Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krzysztofa Radlicza


foto

W jakiej formie była pańska mama?
     Dobrej. Lekarz wziął mnie na dziesięciodniowe dozowanie żywności. To było dla mnie makabryczne, bo widziałem, że inni jedzą wszystko, czekoladę, owoce. Byliśmy tam do 15 czerwca, mama pracowała w Hettstaedtcie (?) w komitecie kombatanckim dla polskich żołnierzy, których kierowano do Frankfurtu nad Menem, gdzie była ta główna organizacja, która zajmowała się tymi rzeczami. Dowiedzieliśmy się wówczas, że ten teren, na którym się znajdowaliśmy  ma zająć armia radziecka. U gospodarza mieszkał Polak spod Lwowa, który doskonale się orientował, jak będzie wyglądała sytuacja. Miał on platformę z traktorem, władowaliśmy się na tę platformę, a on nas przewiózł, mimo oporów patroli amerykańskich, do Sandershausen, skąd przejechaliśmy pociągiem do rzeki Fuldy. Tam niestety był zerwany most, trzeba było przedostać się kładką na drugą stronę rzeki, skąd następnego dnia wsiedliśmy w pociąg do Kassel do obozu UNRRA. Na początku zakwaterowano nas na jakimś strychu, a później wysiedlono Niemców i dostaliśmy ładne mieszkanie, dwupokojowe, z dużą kuchnią. Mieszkaliśmy tam ja, mama i taka koleżanka mamy, pani Stanisława Sieradzka, a w kuchni mieszkała pani Ninka Noskowska. Wszyscy w obozie, którzy pracowali, oprócz służby administracyjnej, która miała super kuchnię, mieli kuchnię "B", dla osób niepracujących była przeznaczona kuchnia "C", kuchnia "C", to był suchy prowiant. Ponieważ chciałem się odżywić, zacząłem pracować jako pomocnik elektromontera, w związku z tym miałem z UNRRA przydział ubrań, czekolady, papierosów i innych rzeczy. Mówię o tych papierosach, ponieważ Niemcy papierosów nie mieli. Często mieliśmy też przydziały różnych puszek z mięsem. Niemcy tego nie mieli, chodziliśmy więc do sąsiedniej wsi i skupowaliśmy od Niemców pościel, poduszki, obrusy i inne tego typu rzeczy.
Papierosy to świetny towar wymienny.
    
Tak, skupowaliśmy za papierosy i za te puszki. Proszę sobie wyobrazić, że za dwie paczki tytoniu, razem 10 dkg, mogłem kupić złoty zegarek, tytoń to była wtedy prawdziwa wartość. Tam, w sierpniu lub wrześniu, utworzona została drużyna harcerska, najpierw męska, a potem również żeńska.
Drużyna harcerska utworzona z Polaków, którzy znaleźli się na tym terenie?
    
Tak. To była drużyna harcerska im. Zawiszy Czarnego. Mieliśmy wielkie ułatwienia ze strony opiekunki harcerstwa, madame Pelagou Pelegrie. Mieliśmy organizowane kursy, wycieczki, kursy terenoznawstwa oraz uczyliśmy się przyrzeczenia i prawa harcerskiego. Dopiero wtedy spełniły się moje marzenia, w końcu mogłem być prawdziwym harcerzem. Przyrzeczenie harcerskie zorganizowano w związku z odbywającym się w Fuldze 22 lutego 1946 roku, zjazdem harcerskim, gdzie byli skauci z różnych części Europy. Największym przeżyciem dla mnie, było to, że mogłem przed komendantem hufca i przed kapelanem harcerstwa w Niemczech oraz oficerem łącznikowym z Londynu składać przyrzeczenie harcerskie. To była dla mnie najbardziej wzruszająca chwila, kiedy usłyszałem hymn oraz mogłem powiedzieć: "Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu". Myślę, że swoim postępowaniem, starałem się to wypełniać i dotychczas tego nie zaniechałem. Były trzy zamachy na polskich liderów, które skończyły się poważnym pobiciem, konsekwencją był szpital, ale to były głupstwa. Z osobistych odczuć, najbardziej przykre dla mnie było, że ci wszyscy ludzie, którzy wracali do Polski, byli uważani przez miejscowych decydentów, za zdrajców. Ja, który otrzymałem Krzyż Harcerski numer 113C, zostałem pozbawiony tego krzyża.
Dlatego, że chciał pan wrócić do Polski?
    
Tak.
Proszę powiedzieć, czy w czasie pobytu w Niemczech chodził pan do szkoły? Czy była tam polska szkoła?
    
We wrześniu zorganizowano polskie gimnazjum, gdzie dyrektorem szkoły był docent meteorologii, Romuald Gumiński, moja ciotka, Elżbieta Bogatkiewicz,  była polonistką, chemikiem był inżynier Schodkowski, fizykiem był Rosjanin polskiego pochodzenia, Igor Brodzki, biologiem Kirgiszew, pochodzący z Białorusi, geografem - Tatar, anglistką była pani z AK - Gąsiorowska, łacinniczką była Jola Starzewska, późniejszy członek Akademii Belgijskiej, studiowała w Belgii medycynę.
W Niemczech chodził pan przez rok do szkoły?
    
Niecały rok.
Kiedy nastąpił powrót do Polski?
    
Powrót do Polski nastąpił w marcu.
To była decyzja mamy?
    
Moja. Ja sobie nie wyobrażałem życia bez Warszawy, to jest jakieś takie ukochanie miejsca swojego. Mama chciała jeszcze odwlec nasz powrót, chciała się dowiedzieć, co się dzieje z moim bratem. Zostaliśmy repatriowani ciężarówkami na stację w Kassel, gdzie załadowano nas do wagonów, w których byliśmy tylko rodzinami, w przedziale było sześć osób. Mieliśmy bardzo, bardzo dużo bagażu. Dostaliśmy przydział suchego prowiantu na siedem dni, to były całe stosy. Było tam około dwustu paczek papierosów amerykańskich, każdy dostawał. Podróż ciągnęła się bardzo długo, wiele mostów było zniszczonych, więc nie jechaliśmy w prostej linii. Przejeżdżaliśmy przez Pragę i przez Dziedzice. Nasza podróż tym pociągiem skończyła się w Dziedzicach, tam wysiedliśmy, a reszta osób pojechała z Dziedzic bezpośrednio do Warszawy i innych miejsc. My mieliśmy ciotkę w Krakowie, mama tam pojechała.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten