Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Rozwadowskiej, matki ośmioletniego Marka


Halina Rozwadowska ur.1911
w 1944 zam. przy ul. Sienkiewicza
syn Marek 8 lat
za: Halina Rozwadowska
?Wspomnienia ważne i nieważne"
Wydawnictwo MON
Warszawa 1966
s.351-375

         Pod koniec sierpnia bomba zburzyła naszą sześciopiętrową kamienicę na Sienkiewicza. Kondek i Halina przybiegli, aby nas z Markiem stamtąd zabrać. Dołączyliśmy do ich powstańczego oddziału i ten sposób, wraz z wojskiem, przeszliśmy przez aleje Jerozolimskie.
         Staliśmy się bezdomni i odtąd rozpoczęła się nasza wędrówka. Rozpoczęliśmy ja na Marszałkowskiej pod nr 60. Gdy i ten dom zburzyła bomba, przeszliśmy na Wilczą, wreszcie dotarliśmy na naszą Jaworzyńską. (...) Nie mieliśmy nic do jedzenia, dziecko było głodne. Chodziłam więc po ziemniaki na Pole Mokotowskie, czołgając się po nie na działki ogrodnicze. (...)
         Cisza po kapitulacji [Powstania Warszawskiego] i rozkaz opuszczenia miasta nie ucieszyły nikogo. Ludzie zbierali tobołki, ale wychodzić nie chcieli. Wszystko było skończone. (...)
         Szłam przy furce, na której ktoś umieścił mi dziecko, sama nie pomyślałam o tym. Szliśmy długo. Moje bose nogi w drewniakach nie czuły zmęczenia. Pociąg, mający nas odwieźć do Pruszkowa, składał się z otwartych lor. Wepchnięta do jednej z nich nie szukałam oparcia o jej krawędź, jak to robili inni. Stałam tak, jak mnie wepchnięto. Zaczął kropić deszcz, którego tak wyglądaliśmy w spieczonej słońcem i pożarem Warszawie, potem padał już gęsto, zacinał z ukosa, aż zamienił się w ulewę. (...) Zwykle niesforne dziecko było teraz dziwnie milczące i poważne. Chowało twarz w moje brudne szmaty. Nie nakrywałam go, nie miałam już czym, zresztą nie myślałam o nim, nie myślałam już o niczym. (...) Nic mnie nie obchodziła obecność dziecka, które tak zawsze chciałam mieć przy sobie. Jedyna bliska istota była mi teraz zbędna i niepotrzebna.
         W ogromnej hali w Pruszkowie ludzie krzątali się, wyciągali termosy, rozsupływali toboły, mościli legowisko. Nie miałam termosu, nie miałam tobołów. Nie chciałam pić, nie myślałam, że muszę zadbać o małego i gdzieś go ułożyć. Siedziałam skurczona na czyjejś walizce, patrząc bezmyślnie przed siebie, a chłopiec, ledwie żywy ze zmęczenia, drzemał oparty o moje kolana. Jacyś ludzie w białych kitlach raz po raz wywoływali jakieś nazwiska i adresy. Usłyszałam i moje, ale nie odzywałam się i nie reagowałam. W końcu stanęli przede mną nieznani chłopiec i dziewczyna w białych kitlach. Mówili, że ktoś wydał im polecenie mnie odszukać. Wychodzili do każdego transportu z Warszawy. Szukali mnie wśród uchodźców od kilku dni, aż wreszcie znaleźli. (...)Wetknęli mnie i dziecku do ręki kubek z gorącą herbatą. Odsunęłam go, nie chciałam niczego, niechże mnie zostawią w spokoju, niech sobie idą i nic do mnie nie mówią. Nie odchodzili. Wciąż powtarzali i wbijali mi do głowy, że jutro, jak tylko konwój odprowadzi nas za bramę, mamy się starać odłączyć od szeregu, wmieszać się w tłum mieszkańców Pruszkowa, który zapewne jak zwykle będzie stał na chodnikach z chlebem i datkami żywności dla warszawiaków, po czym zgłosić się do przychodni lekarskiej i tam czekać, aż po mnie przyjdą i zabiorą. 
         Słuchałam, choć nie chciało mi się słuchać. (...) Myśleli zapewne, że jestem niespełna rozumu i powtarzali w kółko: "Przychodnia, czekać aż zabiorą". Wreszcie dziewczyna nie wytrzymała. Przyklękła przy małym, spytała, czy chce jeszcze herbaty, i przyniosła mu drugi kubek, kawałek chleba i pomidor. Chłopak jadł łapczywie. Ziarnka i sok z pomidora tryskały mu na kombinezonik, więc jej zlizywał, nie chcąc darować ani kropelki. Byliśmy stłoczeni jak śledzie w beczce. (...) 
         Chłopiec i dziewczyna wrócili i umieścili nas w zakamarku, gdzie było trochę miejsca, którego nikt nie kwapił się zająć. Leżała tam jakaś kobieta, obok stała paląca się świeczka. Zobaczyłam starczą, woskową twarz i otwarte usta trupa. (...) Trup? Niech sobie będzie, nic mnie nie obchodził. Usiadłam na ziemi, opierając się plecami o ścianę. Mały nic nie rozumiał, spał już, obejmując moje kolana.
         Rankiem odnalazła nas inna para młodych ludzi, przysłana przez tamtych, poprzednich. Przynieśli nam herbaty i jakieś kanapki. Tym razem wypiłam parę łyków. Moje przemoczone wczoraj ubranie było wciąż jeszcze wilgotne i dopiero gorący płyn uświadomił mi, jak bardzo byłam zmarznięta. Z przyjemnością wypiłam kubek do dna i spróbowałam uśmiechnąc się na podziękowanie. Młodzi raz jeszcze powtórzyli mi wczorajsze polecenie. Miałam postarać się stanąć w szeregu z samego kraju, reszta pójdzie łatwo. Będzie nas eskortował wehrmacht, to nie żandarmi, wiedzą o ucieczkach i patrzą na nie przez palce (...)
         Wyszliśmy wraz z innymi. Ktoś zaczął mnie popychać i ustawiać w szeregu - zobaczyłam dziewczynę w białym kitlu, która pouczała mnie wczoraj. Stałam posłusznie, tak jak mnie ustawiła, z brzegu i trzymałam syna za rękę. Wciąż nas liczono, staliśmy bardzo długo. Wreszcie czoło pochodu ruszyło i przyszła nasza kolej. Posuwaliśmy się żółwim krokiem. Kolumna zdawała się nie mieć końca. Było w niej wiele starych ludzi i dzieci różnego wieku. 
         Wyszliśmy na ulicę. Zwarte szeregi mieszkańców Pruszkowa stały na chodnikach iprzypatrywały się nam milcząco. Wielu płakało. Niezliczona ilość rąk wyciągała ku nam bochenki chleba, pomidory, małe paczki, papierosy. (...) Obojętnie minęłam rękę z papierosami. Papierosy znikły, lecz ręka, która je wyciągnęła wyszarpnęła nas z szeregu. Tłum rozstąpił się i natychmiast zwarł. Znaleźliśmy się za palisadą zwartych pleców. Ręka z papierosami należała do kobiety, która trzymała ją teraz na moim ramieniu i dokądś prowadziła. Nie usuwałam tej ręki, chociaż była mi zbędna, mogłam przecież iść sama.
         Zapach karbolu i środków dezynfekcyjnych uświadomił mi, że jesteśmy w poradni lekarskiej, o której wczoraj mówili młodzi. (...)
         Pielęgniarka przyprowadziła do mnie Marka. Wystraszony, patrzył na mnie z lękiem i obejmował tak gorąco i żarliwie, że wróciła do mnie świadomość jego istnienia. Wzięłam go na kolana, chociaż był na to za duży i wkrótce zaczął mi ciążyć. Oparłam głowę o stół i po raz pierwszy zasnęłam.(...) Przypomniałam sobie, że ktoś miał przyjść po nas i zabrać. Zapytałam o to kobietę, sprzątaczkę z przychodni, która nas nakarmiła. Powiedziała, że nikt nie przychodził i chyba nie przyjdzie, bo wnet godzina policyjna. (...) Kobieta, pokazując na ogromny kubeł wrzącej na płycie wody, zaproponowała nam kąpiel, a potem nocleg w jej służbówce.(...) W ustawionej na środku kuchni balii usadowiłam najpierw małego, umyłam mu głowę i szorowałam kawałkiem ofiarowanej szmatki. Zamiast zwykłych protestów piszczał z uciechy i nie chciał wyjść z kąpieli. Pozwoliłam mu na tę rozkosz i czekałam cierpliwie, aż zgodził się wyjść. Niepodobna na umyte i czyste ciało włożyć brudną bieliznę. Poczciwa kobieta narzuciła na Marka kitel lekarski, z wierzchu otuliła chustką i od razu zabrała się do prania w niecce jego bielizny. (...) 
         Następnego dnia przyszła po nas młoda dziewczyna. Pozostaliśmy na razie u jej rodziców. (...) Noc spędzona w łóżku, kąpiel, czysta skóra i bielizna, nie mówiąc już o wypitym rano mleku pokrzepiły nas ogromnie. (...)
         Tej samej nocy Marek wymiotował i majaczył w czterdziestostopniowej gorączce. Sprowadzony z przychodni lekarz nie znalazł jednak nic poważnego, ani zapalenia płuc, czego obawiałam się po wczorajszej kąpieli, ani zapalenia mózgu, które było możliwe wobec typowych objawów wysokiej gorączki i wymiotów. Była to po prostu reakcja na to, co mały przeszedł, lekarz nie przewidywał nic groźnego. Zapisał środki uspokajające, modny wówczas na wszystko cibazol i spokój. (...) Zanim gorączka nie spadła, te kilka dni oboje sypialiśmy na słomie ułożonej na podłodze i nakrytej prześcieradłem. Moja apatia i otępienie nie przeszły. Spełniałam wszystkie czynności przy chorym dziecku sumiennie i dokładnie jak automat. Obojętnie i bez właściwego mi w poprzednich znacznie błahszych wypadkach niepokoju.
         Wiadomość, że żandarmeria wyłapuje z Pruszkowa i jego okolic posiadaczy warszawskich kennkart, zmusiła mnie do szybkiej i stanowczej decyzji - nie czekać, aż nieznani, choć życzliwi ludzie zadecydują za mnie, dokąd mamy się udać, tylko jechać do Damianów. Jeśli oni tyle czasu uchowali się bezpiecznie uchowamy się i my. (...)
         Pociąg przyjechał po godzinie policyjnej, noc więc musieliśmy przesiedzieć na dworcu w Ostrowcu. (...) Na Damiana czekaliśmy długo. Był już w Ostrowcu, lecz jak zwykle miał wiele spraw do załatwienia, zanim mógł nas zabrać do Podszkodzia, gdzie byliśmy zaledwie tydzień. (...) 
         Wlokący się za okupacji czas leciał teraz błyskawicznie. (...)Pod koniec stycznia wrócił z oflagu mój mąż. (...) Było nas dwoje, mocno złączonych i związanych z sobą trzecim ogniwem, naszym małym szatanem, nieznośnym, okropnym, lecz nieodzownym naszym dopełnieniem.

 

Kraków, maj 1965

 

 

        

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten