Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Rozwadowskiej, matki ođmioletniego Marka


       W ogromnej hali w Pruszkowie ludzie krzątali się, wyciągali termosy, rozsupływali toboły, mościli legowisko. Nie miałam termosu, nie miałam tobołów. Nie chciałam pić, nie myślałam, że muszę zadbać o małego i gdzieś go ułożyć. Siedziałam skurczona na czyjejś walizce, patrząc bezmyślnie przed siebie, a chłopiec, ledwie żywy ze zmęczenia, drzemał oparty o moje kolana. Jacyś ludzie w białych kitlach raz po raz wywoływali jakieś nazwiska i adresy. Usłyszałam i moje, ale nie odzywałam się i nie reagowałam. W końcu stanęli przede mną nieznani chłopiec i dziewczyna w białych kitlach. Mówili, że ktoś wydał im polecenie mnie odszukać. Wychodzili do każdego transportu z Warszawy. Szukali mnie wśród uchodźców od kilku dni, aż wreszcie znaleźli. (...)Wetknęli mnie i dziecku do ręki kubek z gorącą herbatą. Odsunęłam go, nie chciałam niczego, niechże mnie zostawią w spokoju, niech sobie idą i nic do mnie nie mówią. Nie odchodzili. Wciąż powtarzali i wbijali mi do głowy, że jutro, jak tylko konwój odprowadzi nas za bramę, mamy się starać odłączyć od szeregu, wmieszać się w tłum mieszkańców Pruszkowa, który zapewne jak zwykle będzie stał na chodnikach z chlebem i datkami żywności dla warszawiaków, po czym zgłosić się do przychodni lekarskiej i tam czekać, aż po mnie przyjdą i zabiorą. 
         Słuchałam, choć nie chciało mi się słuchać. (...) Myśleli zapewne, że jestem niespełna rozumu i powtarzali w kółko: "Przychodnia, czekać aż zabiorą". Wreszcie dziewczyna nie wytrzymała. Przyklękła przy małym, spytała, czy chce jeszcze herbaty, i przyniosła mu drugi kubek, kawałek chleba i pomidor. Chłopak jadł łapczywie. Ziarnka i sok z pomidora tryskały mu na kombinezonik, więc jej zlizywał, nie chcąc darować ani kropelki. Byliśmy stłoczeni jak śledzie w beczce. (...) 
         Chłopiec i dziewczyna wrócili i umieścili nas w zakamarku, gdzie było trochę miejsca, którego nikt nie kwapił się zająć. Leżała tam jakaś kobieta, obok stała paląca się świeczka. Zobaczyłam starczą, woskową twarz i otwarte usta trupa. (...) Trup? Niech sobie będzie, nic mnie nie obchodził. Usiadłam na ziemi, opierając się plecami o ścianę. Mały nic nie rozumiał, spał już, obejmując moje kolana.
         Rankiem odnalazła nas inna para młodych ludzi, przysłana przez tamtych, poprzednich. Przynieśli nam herbaty i jakieś kanapki. Tym razem wypiłam parę łyków. Moje przemoczone wczoraj ubranie było wciąż jeszcze wilgotne i dopiero gorący płyn uświadomił mi, jak bardzo byłam zmarznięta. Z przyjemnością wypiłam kubek do dna i spróbowałam uśmiechnąc się na podziękowanie. Młodzi raz jeszcze powtórzyli mi wczorajsze polecenie. Miałam postarać się stanąć w szeregu z samego kraju, reszta pójdzie łatwo. Będzie nas eskortował wehrmacht, to nie żandarmi, wiedzą o ucieczkach i patrzą na nie przez palce (...)

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten