Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leokadii Ciekanowskiej


Leokadia Ciekanowska, z domu Grochowiecka, lat 32, zamieszkała przy ul. Twardej 46; w czasie okupacji barmanka w barze-jadłodajni przy ul. Wolskiej 11 (za: Exodus Warszawy. Ludzie i Miasto po Powstaniu 1944. t. 1 Pamiętniki. Relacje. Muzeum Historyczne m. st. Warszawy, Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 1992

         [Ze szpitala przy Płockiej] popędzono nas na ulicę Górczewską róg Moczydło i osadzono w olbrzymiej hali o dużych, otwartych wrotach. W tym czasie oddzielono od nas 25 mężczyzn lekarzy i nawet chorych i wyprowadzono na egzekucję. (...) 
         W czasie przyprowadzania nowych grup ludzi przesuwałam się do otwartych wrót hali i po pewnym czasie znalazłam się na dworze przed halą. W pewnej odległości od wrót ciekła woda z uszkodzonej rury. Pilnujący nas żołnierz zezwolił mi na donoszenie wody niedużym garnkiem do hali, gdzie podawano ją dzieciom i najbardziej potrzebującym. Podczas takiego kursowania, wśród zapadłego zmroku, jakiś żołnierz niemiecki, którego twarzy nie widziałam, ujął mnie za rękę i wcisnął do dłoni kilka kostek cukru, które oddałam matkom płaczących dzieci. W czasie któregoś tam kursu po wodę inny żołnierz niemiecki odwrócił się do mnie plecami i kazał wyjąć z wiszącego mu u pasa chlebaka topione serki, zapowiadając przy tym, abym nie wyjęła mu wszystkich. Oczywiście wyjęłam mu wszystkie i rozdałam matkom z dziećmi.
         Nad ranem jakiś wartownik przyprowadził kozę. Któraś z kobiet doiła ją, a ja rozlewałam w niedużą szklaneczkę, którą przytykały matki do ust najmłodszym, kilkumiesięcznym dzieciom. W pewnym momencie wartownik rzucił do nas dużą poduszkę, którą dałam jednej kobiecie dla rannego dziecka. Kobieta ta wyszła ze mną ze szpitala wraz ze swoim mężem. Mieli ze sobą dwoje dzieci półroczne i ranne dwu- i półroczne, imieniem Tadzio. Kiedy z hali zabierali mężczyzn na rozstrzał, ów mężczyzna ranne dziecko pozostawił żonie. Zaczęłam opiekować się Tadziem, który bardzo płakał, gdyż mnie nie znał. Kobieta ta stale powtarzała Tadziowi, aby mówił do mnie mamo.
        6 sierpnia w niedzielę, kiedy z Moczydła pędzono nas w stronę Jelonek, niosłam na rękach rannego Tadzia. Matka Tadzia powiedziała mi, że we wsi Górce ma brata. Pomyślałam, że dobrze byłoby, ażeby z tymi dziećmi mogła dotrzeć do rodziny. Widziałam, jak Niemcy w czasie pędzenia nas puścili niewidomą staruszkę z opiekunką. A może i mojej nieznajomej uda się odłączyć od kolumny? Poradziłam kobiecie, ażeby z dziećmi pozostała nad rowem przy drodze, a ja jednocześnie zwolniłam kroku, starając się iść na końcu kolumny. Pomyślałam sobie, że jeśli Niemcy każą kobiecie iść dalej w kolumnie, to znów pomogę jej nieść rannego Tadzia.. Konwojenci jednak nie zwrócili na nią uwagi i kobieta została z dziećmi poza idącą kolumną. 
         Przy wszystkich mijanych domach wzdłuż ulicy Górczewskiej leżały zwłoki pozabijanych ludzi. Przy wyjściu z każdego domu - były to przeważnie domy parterowe - z jednej strony sieni leżeli zabici mężczyźni, z drugiej zaś zabite kobiety i dzieci. Przy jednym z domków widziałam leżącą zabitą niewiastę, trzymającą w ostatnim uścisku na ręku martwe niemowlę.

 

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten