Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Gracjana Flaszczyńskiego


foto

Później władowano nas do wagonów - węglarek wysokich bez dachu i zaczęto wieźć w nieznanym kierunku. Ci, którzy znali się na kierunkach świata, powiedzieli, że nas wiozą na południe. Sądziliśmy, że przewozili nas do Oświęcimia. Efekt był taki, że część osób chciało uciekać, ale na stopniach wagonów stali wartownicy niemieccy. W końcu dojechaliśmy do stacji Harsznica niedaleko Miechowa pod Krakowem. Tam okazało się, że zdjęto posterunki niemieckie i przedstawiciele RGO, czyli Rady Głównej Opiekuńczej, oświadczyli nam, że byliśmy wolni i skierowali nas do fabryki marmelady. Był to olbrzymi duży teren. Ja z rodziną trafiłem do hali, gdzie składowano wiórki drewniane do pakowania skrzynek z marmeladą. Spędziliśmy wygodną noc przerwaną tylko pewnym rosyjskim nalotem. Rano dostaliśmy po kawałku chleba i kawę. Przedstawiciele RGO wyprowadzili nas na olbrzymi plac, gdzie stało sto albo więcej furmanek wiejskich i powiedzieli, żebyśmy się na nie załadowali. Furmani brali po dwie, trzy lub cztery osoby. Okazało się, że wprowadzono dla tych wieśniaków nakaz, aby zabierali ludzi i zabezpieczali, dawali zakwaterowanie i wyżywienie. Ja z rodziną trafiłem do wsi Cisie w powiecie Książ Wielki niedaleko Miechowa. Po przyjeździe odbył się mały "targ niewolników". Przyszli gospodarze i wybierali bardziej sprawnych fizycznie, którzy mogli pomóc w pracach. Trafiłem do pewnej gospodyni, której syn powiedział mi: "chodź do nas, to będziesz miał wygodnie, pomożesz nam w gospodarce". Natomiast moje starsze ciocie trafiły do dwóch lub trzech miejsc. Gospodarze byli bardzo niezadowoleni, ponieważ przybyły starsze osoby, nie nadające się do pracy i nigdy w życiu nie mające styczności z pracą na wsi. Musieli mimo to o nie zadbać, ponieważ "Jędrusie", czyli okoliczni partyzanci, raz czy dwa razy w okresie naszego pobytu, przyszli i pytali się, czy nas nie krzywdzili. Ponieważ warunki bytowania na tej wsi okazały się dla starszych ciotek niezbyt przyjazne, to jedna z nich, która miała męża pochodzącego z Podhala, skontaktowała się listownie z rodziną i wyjechała wraz synem i ze mną. Przyjechaliśmy do wsi Witów koło Zakopanego i tam mieszkaliśmy do tak zwanego "wyzwolenia", czyli do końca stycznia 1945 roku.
     Natomiast moja mama w momencie załadowania do zamkniętych wagonów znalazła się w gronie osób, które postanowiły koniecznie uciec. Ponieważ Niemcy widocznie się spieszyli i nie zrobili im ewidencji, nie zabrali kennkart, więc te dwie, trzy, lub cztery osoby uważając, że miały dużo pieniędzy, postanowiły przekupić kolejarzy i wartowników niemieckich i doszły do wniosku, że to trzeba zrobić bardzo szybko, zanim im zabiorą dokumenty i dopóki przebywają na terenie Generalnej Guberni. Ci państwo mocno się opłacili kolejarzom i Niemcom, oderwali deskę w podłodze i uciekli. Pozostali więźniowie próbowali początkowo stawiać opór, ponieważ bali się, że zostaną rozstrzelani za to, ale zostali przekonani i również uciekli. Później moja mama przedostała się do Krakowa. Tam dotarła do punktu informacyjnego RGO, w którym wszyscy się rejestrowali i tam się dowiedziała, że my mieszkaliśmy na Podhalu i przyjechała do nas.
     Pamiętam, że nie można było wyjechać z Zakopanego, ponieważ zostały zniszczone mosty na trasie kolejowej do Chabówki. Prawdopodobnie w czerwcu 1945 roku rodzina odwiozła nas wozami do pociągu, który dojeżdżał tylko do zerwanego mostu w Chabówce. Stamtąd wahadłowo udaliśmy się do Krakowa, a potem przyjechaliśmy do Warszawy.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten