Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wandy Kamienieckiej-Grycko


     1 grudnia wyjechałam z Krakowa do Poronina, gdzie było już wynajęte pomieszczenie, z kilkunastoma dziewczętami z Internatu z ulicy Pańskiej, byłą jego kierowniczką Ireną Kisielnicką i trzema dorosłymi osobami (dwie z nich harcerki z Żoliborza).
     Rozpoczęłyśmy pracę w warunkach trudnych; miałyśmy wszystkie minimalną ilość ubrań, bielizny i stosunkowo małą ilość przydzielonej żywności i pieniędzy na jej dokupowanie. Miejscowi górale, dzięki lokalnemu księdzu proboszczowi, odnosili się do nas życzliwie; dostałyśmy na przykład w prezencie dużą rybę na Boże Narodzenie i kilkanaście główek kapusty. Ale kiedy w parę miesięcy po tym przysłano nam z Krakowa parę worków kartofli, mąki i sproszkowanego mleka, inni górale ukradli nam sporo z tego, a najgorsze, że zabrali sproszkowane mleko. Dziewczęta były zrozpaczone, bo proszku używałyśmy nie tylko jako mleko (rozpuszczone w wodzie), ale i roztarte ze świeżym śniegiem zamieniało się w doskonałe lody.
     Wydział Opieki dosyłał nam stale inne dzieci, sieroty lub pogubione w czasie ewakuacji. Prace prowadziłyśmy metodą harcerską, nie wtajemniczając jednak dzieci w harcerstwo. Byłoby to zbyt niebezpieczne, bo często miałyśmy nieoczekiwane (zwłaszcza w nocy) wizyty Niemców szukających "Polskich Bandytów Leśnych" oraz sprawdzających wiek dzieci. Sporo naszych "dzieci" - to dziewczynki kilkunastoletnie, a nawet parę szesnastoletnich. Trzeba więc było ukrywać je i maskować, jak również i przechowującą się u nas młodą świetliczankę Żydówkę, Halinę (nazwiska nie pamiętam, przechowanie jej zaproponowały nam nasze bezpośrednie władze krakowskie). Halina była nieocenioną pomocą w organizowaniu inscenizacji.
     Gromada nasza rosła. Zorganizowałyśmy nauczanie na różnych poziomach, które znacznie się rozszerzyło po przybyciu harcmistrzyni Ireny Lewandowskiej z mężem. Irena objęła administracyjne kierownictwo Zakładu. Po wycofaniu się Niemców uruchomiono natychmiast szkołę w Poroninie. Wszystkie nasze dzieci nadające się wiekiem posłałyśmy do szkoły. Zwolnione one były z opłat, w zamian za co ja podjęłam się uczenia historii i wiedzy o Polsce Współczesnej w klasie najstarszej - nastolatków.
     Zakład zorganizował parę kominków dla dzieci ze szkoły, które cieszyły się powodzeniem. Wielkim przeżyciem dla starszych dziewczynek była zorganizowana wycieczka w Pieniny do Dworku Cisowego, gdzie byłyśmy gościnnie przyjęte przez kierowniczkę tamtejszego zakładu dla chłopców.
     Wiek dzieci w Zakładzie w Poroninie był różnorodny: od ośmiu do 16 lat. Dzieci wymagały dużej troski, opieki, ale przede wszystkim miłości. Dotknięte okrucieństwem wojny, pozbawione rodziców, niepewne, czy ich kiedykolwiek odnajdą, szukały w nas moralnego oparcia i serca.
     Te najstarsze, które miały wiadomości z Krakowa, czy, aby "to nie powrócił mój tatuś, a może i odnalazła się mama".
     Po niektórych przyjechali ojcowie, czy rodzice, inne, kiedy opuszczałam Zakład znalazły w nim oparcie na czas dłuższy.   

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten