Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wandy Kamienieckiej-Grycko


  Relacja Wandy Kamienieckiej-Grycko

MUZEUM HARCERSTWA

Dane:
Wanda Kamienicka-Grycko, harcmistrzyni, lat 34; w okresie okupacji nosiła pseudonim "Czarna Wanda". W czasie Powstania Warszawskiego opiekowała się dziećmi i niemowlętami w ramach Wojskowej Służby Społecznej w Śródmieściu, organizując żywność, ubrania i zabawy.

     [...] Wszystkie pozostałe dziewczęta na placówce przeszły z Ireną i ze mną do Pruszkowa. Miałyśmy na głowach chusteczki: dziewczynki, żeby wyglądać młodziej, a my dwie starzej. Wychodziłam z Warszawy, z mojego Miasta, z rozpaczą po utracie dwumiesięcznej wolności, po spalonym mieście, z bólem w sercu za całą młodzież harcerską, która zginęła, z niepokojem o te, które odeszły i nie wróciły, z dręczącym pytaniem, czy była to właściwa pora na Powstanie, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem, że zryw powstańczy był nieunikniony i że wszystkie ofiary nie pójdą na marne, że istniał w tym wszystkim jakiś głęboki sens.
     W Pruszkowie cudem udało nam się uniknąć wywozu do Niemiec; Irena Kisielnicka wiedziona jakimś instynktem skierowała całą grupę do bocznego przejścia na perony, gdzie pertraktowałyśmy z niemieckim żołnierzem o przepuszczenie nas do towarowych wagonów poza komisją selekcjonującą ludzi. Żołnierz dał się przekonać, że są to wszystko dzieci polskich żołnierzy w obozach jenieckich. Wagon, w którym znalazłyśmy się, odczepiony został w Jędrzejowie, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Strażnik volksdeustch zezwolił na ulokowanie nas w stodole, poza drutami obozów. Po dwóch dniach pobytu, kiedy zdawało się, że będziemy mogły swobodnie wydostać się. Irena, którą nagle zaaresztowano, uciekła do nas i namówiła, żeby natychmiast w nocy uciekać, a ona do nas po tym dobrnie. Uciekłam nocą z dziewczętami; doszłyśmy do jakiejś małej stacyjki kolejowej, dostałyśmy się świtem do pociągu, rozsypane po wagonach, dojechałyśmy do Krakowa. Irena dotarła do nas następnego dnia przekupując volksdeustcha. Część dziewcząt rozmieściłyśmy po różnych domach, część na punkcie przejściowym, zaczynającego już działać krakowskiego wydziału opieki nad dzieckiem. Nieco później po kilku dniach zebrałyśmy wszystkie wywiezione harcerki i znalazłyśmy schronienie właśnie na tym punkcie przejściowym (nie pamiętam, który to był punkt, ale kierowniczką jego była Hanka Stępniewska - referentka łączności jednego z hufców Chorągwi i moja asystentka na punkcie "Esplanada" w Wojskowej Służbie Społecznej - późniejsza kierowniczka zakładu dla chłopców w Dworku Cisowym).
     W czasie mojego pobytu w Krakowie, ukrywałam się przez jakiś czas przed łapankami warszawiaków w Patronacie nad Więźniami. Nieoceniona "Lilka" Kuśnierzewska, komendanta Pogotowia Śląska, użyczyła Irenie i mnie gościny w ciągu dnia i stołów na nocne spania. "Lilki" nie znałam przed wojną...ale przecież nie trzeba było się znać, bo... "harcerka za siostrę uważa każdą harcerkę", bo... "harcerka niesie pomoc bliźnim". Podczas pobytu w Krakowie nawiązałam oczywiście od razu kontakt z komendantką Pogotowia druhną Józefiną Łapińską, która zaproponowała mi objęcie Domu Dziecka w Poroninie.
     Przed wyjazdem w grudniu wzięłam udział w odprawie komendantek Pogotowia w Kochanowie. Atmosfera tego zebrania była smutna, ale bardzo serdeczna. Po sprawozdaniach otrzymałyśmy rozkaz napisania, tam na miejscu dokładnego sprawozdania z pracy Chorągwi w okresie okupacji i Powstania. Odprawa w Kochanowie, o ile się nie mylę była dwudniowa. Odprawa miała miejsce przed grudniem, bo pierwszego grudnia wyjechałam do Pornina.

MOJA SŁUŻBA HARCERSKA - PORONIN: 1 XII 1944 - 15 IX 1945

     1 grudnia wyjechałam z Krakowa do Poronina, gdzie było już wynajęte pomieszczenie, z kilkunastoma dziewczętami z Internatu z ulicy Pańskiej, byłą jego kierowniczką Ireną Kisielnicką i trzema dorosłymi osobami (dwie z nich harcerki z Żoliborza).
     Rozpoczęłyśmy pracę w warunkach trudnych; miałyśmy wszystkie minimalną ilość ubrań, bielizny i stosunkowo małą ilość przydzielonej żywności i pieniędzy na jej dokupowanie. Miejscowi górale, dzięki lokalnemu księdzu proboszczowi, odnosili się do nas życzliwie; dostałyśmy na przykład w prezencie dużą rybę na Boże Narodzenie i kilkanaście główek kapusty. Ale kiedy w parę miesięcy po tym przysłano nam z Krakowa parę worków kartofli, mąki i sproszkowanego mleka, inni górale ukradli nam sporo z tego, a najgorsze, że zabrali sproszkowane mleko. Dziewczęta były zrozpaczone, bo proszku używałyśmy nie tylko jako mleko (rozpuszczone w wodzie), ale i roztarte ze świeżym śniegiem zamieniało się w doskonałe lody.
     Wydział Opieki dosyłał nam stale inne dzieci, sieroty lub pogubione w czasie ewakuacji. Prace prowadziłyśmy metodą harcerską, nie wtajemniczając jednak dzieci w harcerstwo. Byłoby to zbyt niebezpieczne, bo często miałyśmy nieoczekiwane (zwłaszcza w nocy) wizyty Niemców szukających "Polskich Bandytów Leśnych" oraz sprawdzających wiek dzieci. Sporo naszych "dzieci" - to dziewczynki kilkunastoletnie, a nawet parę szesnastoletnich. Trzeba więc było ukrywać je i maskować, jak również i przechowującą się u nas młodą świetliczankę Żydówkę, Halinę (nazwiska nie pamiętam, przechowanie jej zaproponowały nam nasze bezpośrednie władze krakowskie). Halina była nieocenioną pomocą w organizowaniu inscenizacji.
     Gromada nasza rosła. Zorganizowałyśmy nauczanie na różnych poziomach, które znacznie się rozszerzyło po przybyciu harcmistrzyni Ireny Lewandowskiej z mężem. Irena objęła administracyjne kierownictwo Zakładu. Po wycofaniu się Niemców uruchomiono natychmiast szkołę w Poroninie. Wszystkie nasze dzieci nadające się wiekiem posłałyśmy do szkoły. Zwolnione one były z opłat, w zamian za co ja podjęłam się uczenia historii i wiedzy o Polsce Współczesnej w klasie najstarszej - nastolatków.
     Zakład zorganizował parę kominków dla dzieci ze szkoły, które cieszyły się powodzeniem. Wielkim przeżyciem dla starszych dziewczynek była zorganizowana wycieczka w Pieniny do Dworku Cisowego, gdzie byłyśmy gościnnie przyjęte przez kierowniczkę tamtejszego zakładu dla chłopców.
     Wiek dzieci w Zakładzie w Poroninie był różnorodny: od ośmiu do 16 lat. Dzieci wymagały dużej troski, opieki, ale przede wszystkim miłości. Dotknięte okrucieństwem wojny, pozbawione rodziców, niepewne, czy ich kiedykolwiek odnajdą, szukały w nas moralnego oparcia i serca.
     Te najstarsze, które miały wiadomości z Krakowa, czy, aby "to nie powrócił mój tatuś, a może i odnalazła się mama".
     Po niektórych przyjechali ojcowie, czy rodzice, inne, kiedy opuszczałam Zakład znalazły w nim oparcie na czas dłuższy.  

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten