Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Henryka Piotrowskiego


  Relacja Henryka Piotrowskiego

ARCHIWUM ŚRODOWISKA ZGRUPOWANIA "KRYSKA"

Dane:
Henryk Piotrowski w Powstaniu Warszawskim używał pseudonimu "Edward" i był łącznikiem na Czerniakowie.
Ur. 31.07.1930 r. Warszawa
Adres okupacyjny: ul. Fabryczna 16, Warszawa

 

     [...] Przechodziłem już podwórze przy ulicy Fabrycznej 14, skąd przez otwór w murze, przechodziło się na nasze podwórze przy ulicy Fabrycznej 16. I tu w samym otworze zamurowało mnie, słyszę okrzyk: "Hände hoch", i widzę duży grupę SS-manów z bronią gotową do strzału. Nim zrozumiałem, co się stało, i słowa, które były skierowane do mnie, dostałem pod żebra lufą automatu od najbliższego Niemca. Następnie na ich polecenie dołączono mnie do mężczyzn. Niemcy biegali jak opętani, wypędzali ludzi z piwnic, nie pozwalali prawie nic brać z sobą i wypędzali na podwórze. W niektórych mieszkaniach dało się słyszeć strzały, widocznie, jeśli kogoś znaleźli w jakimś ukryciu, to rozstrzeliwali. Wypędzali nas na ulicę i pędzili w kierunku ulicy Rozbrat. Dopiero tu dochodząc do rogu ulic Fabryczna - Rozbrat, ujrzałem ogrom zniszczeń i strat. Nad narożnym blokiem unosił się jeszcze ceglany obłok, a na rumowisku leżały martwe ciała ludzkie. Popędzono nas do Sejmu, tu selekcja i dalszy pochód w Aleje Szucha. Tu ponowna selekcja i przemowa w języku polskim, aby wystąpili volksdeustche oraz bandyci. Tu już z dużą starannością oddzielono nas od ludności cywilnej i dalej za ludnością cywilną popędzono nas do ulicy Rakowieckiej. Rakowiecką pędzono ludzi do Pruszkowa, a nas mężczyzn wpędzono na teren koszar. Tu pod silną eskortą, pod gołym niebem i bez żadnego posiłku przenocowaliśmy. Następnego dnia samochodami przewieziono nas na Okęcie, skąd pociągiem do Niemiec. Na ulicy Rakowieckiej dołączono nas do innej grupy Warszawiaków, tak, że cały nasz transport liczył ponad 500 ludzi.
     We Frankfurcie nad Odrą podzielono nas na poszczególne małe grupy, i rozwieziono do poszczególnych pułków niemieckich. Wojsk niemieckich były tu niezliczone ilości i różne formacje. Tu wzdłuż Odry, między Frankfurtem a Guben, budowano potworną linię obronną. Budowano bunkry, robiono wykopy kryte i odsłonięte ustawiano i maskowano armaty. Na wszystkich szosach robiono zapory. Do tych prac używano nas, oczywiście przy boku grup niemieckich żołnierzy. Każdy Niemiec nawet rekrut 16-letni mógł Polaka zabić, spoliczkować, skopać, a nawet powiesić, nie ponosząc za taki czyn żadnej odpowiedzialności.
     Między innymi i ja byłem już powieszony, tylko dzięki opatrzności Bożej zostałem wyrwany z otchłani śmierci. Fakty te mogą świadczyć o bestialstwie Niemców szczególnie, SS-manów, gdy po przyjeździe do Frankfurtu na tak zwanej komisji lekarskiej, odliczono nas, było nas ponad 500 ludzi. Gdy zbudowaliśmy zapory i inne przeszkody i teren ten zajęły jednostki liniowe, nas a właściwie resztki zebrano na początku marca 1945 r. i wysłano do Berlina. Zmieściliśmy się już do 2 samochodów, gdyż było nas tylko 120. Reszta została wymordowana, kilku wywieźli do obozów koncentracyjnych. W Berlinie w dzielnicy Zelendorf, zajechano z nami do obozu koncentracyjnego i przez dwa dni trzymano nas w izolacji w wydzielonym baraku. Tylko w czasie tak zwanym "ustępowym" spotkaliśmy się z innymi więźniami, dzieląc się z nimi najświeższymi nowinami. Widocznie mieli brak rąk do pracy i po 2 dniach, ponownie załadowano nas w samochody, i jeden samochód pojechał z naszymi ludźmi do Lipska, ja w tym drugim pojechałem do obozu pracy w Berlinie Zelendorf przy fabryce Telefunken. W fabryce Telefunken pracowałem wśród innych więźniów i różnych narodowości. Pracowałem tu od początku marca do 30 kwietnia 1945 r. 30 kwietnia załadowano nas do pociągu i wywieziono do Magdeburga z myślą zatrudnienia nas w zakładach Kruppa.
     Jednak tu, choć z różnymi i ciężkimi przeżyciami doczekaliśmy wyzwolenia przez armię amerykańską. Z Magdeburga poprzez działania Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, skomasowano nas i wywieziono w okolice Hannoweru do miejscowości Hileschaimer. Tu w obozie Polskim pod troskliwą opieką Międzynarodowego Czerwonego Krzyża doszedłem do zdrowia i lepszej równowagi. Muszę zaznaczyć, mimo, że miałem 15 rok życia i stosunkowo byłem dość niski, musiałem dla Niemców pracować na równi z mężczyznami. W obozie Polskim w Hildeschaimer Wald w czasie mojego pobytu, tj. od czerwca 1945 r. do lipca 1946 r. ukończyłem 7 klasę szkoły podstawowej i 1 klasę gimnazjalną. Poza tym jako pełna sierota, byłem zapisany przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż na wyjazd do Anglii lub Szwecji. Jednak miłość do Ojczyzny i Warszawy przesądziła, że drugim transportem, to jest 27 lipca 1946 r. wróciłem do Polski. Nie jestem w stanie opisać uczucia, jakiego doznałem, gdy ujrzałem ponownie Warszawę. Gdy ją opuszczałem we wrześniu 1944 r., była zniszczona i wypalona. Ale to, co ujrzałem po 2 latach, zostawiło niezatarte piętno dla barbarzyńców tego miasta, jak i dla tych, którzy umożliwili dokonać tego barbarzyństwa. Nie miałem rodziców, brat jeszcze nie wrócił z tułaczki wojennej. Dom na Bielanach zniszczony, na ulicy Fabrycznej wypalony i zburzony. Rodzina nie wykazywała chęci zaopiekowania się mną. To też zwróciłem się do Polskiego Czerwonego Krzyża o pomoc. Polski Czerwony Krzyż skierował mnie do Towarzystwa Gniazd Sierocych przy Alei Wojska Polskiego. Stąd po analizie mego życiorysu, wysłano mnie do sierocińca do Wilkowic koło Leszna Wielkopolskiego.
     Będąc już na miejscu poszedłem pod wskazany adres. I tu o dziwo zamiast sierocińca, zastaję małą jednostkę wojskową. Przed budynkiem warta z bronią u nogi. Wartownik melduje mój przyjazd dowódcy warty i dopiero zostaję doprowadzony do dowódcy jednostki. W rozmowie z dowódcą kapitanem Sławomirem Stempniem przedstawiłem się i podałem mój życiorys. Tu dowiedziałem się, że trafiłem do jednostki liczącej blisko 240 chłopców zwanej "Orlęta Warszawy". Kapitan, oficer Powstania Warszawskiego, walczył na Woli, Starówce i w Śródmieściu. Po wyzwoleniu zbiera rozproszonych byłych młodocianych powstańców, będących sierotami i tworzy z nich samodzielną jednostkę, oczywiście pod patronatem Towarzystwa Gniazd Sierocych. Zostaję przydzielony do 4 plutonu, a na pierwszym wspólnym apelu zorientowałem się, że jestem wśród prawdziwych żołnierzy, większość w stopniach podoficerskich. Po apelu spotyka mnie nowa i jakże miła niespodzianka. Odnajduję wśród chłopców 4 kolegów z ławy szkolnej, tj. z 21 Szkoły Powszechnej na Bielanach. Trzech chłopców było wychowankami sierocińca pod nazwą "Nasz Dom" przy Alei Zjednoczenia. Jeden z nich o pseudonimie "Kuba" walczył nawet w czasie Powstania na Czerniakowie. Czwarty chłopiec Sławomir Wróbel był z Marymontu. Życie w jednostce mimo zajęć i nauki płynęło mi bardzo przychylnie, to też dziękowałem Bogu, że znalazłem się tu, wśród swoich kolegów i przyjaciół. Braki w wyszkoleniu i musztrze szybko nadrobiłem i byliśmy dużą i wspólną rodziną.
     Jednak sposób szkolenia i duch wychowania prowadzony przez naszego kapitana nie podobał się władzom Bezpieczeństwa Publicznego. W dniu 5 listopada 1946 r. kapitan nasz został wezwany do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lesznie Wielkopolskim, skąd już do nas nie wrócił.
     7 listopada 1946 r. o godzinie 4.00 rano zostaliśmy zbudzeni i wypędzeni na apel. Tu ujrzeliśmy, że jesteśmy okrążeni przez wojsko Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego z bronią wycelowaną w nas. Dowodzący tą akcją oficer w kilku słowach dał do zrozumienia, że nie jesteśmy aresztowani, ale przechodzimy pod inne dowództwo i oczekuje od nas pełnego posłuszeństwa i dyscypliny wojskowej. Załadowano nas do samochodów i zawieziono do koszar w Lesznie Wielkopolskim. Tu wydzielono nam część bloku koszarowego i nakazano usunąć wszystkie dystynkcje wojskowe. Tak, że staliśmy się wszyscy szeregowymi, oraz zrobiono nowy podział na plutony. Oczywiście dowódcami plutonów zostali wprowadzeni polityczni pułku. Przez kilka dni robiliśmy bunt, odmawiając wychodzenia na apele i wykłady polityczne. Później w cichej zmowie robiliśmy ucieczki po 2, najwyżej 3 chłopców. Na mnie przyszła kolej w dniu 7 grudnia 1946 r., uciekliśmy pociągiem do Warszawy. Nie dawaliśmy sobie żadnych adresów ze względu na ewentualny pościg lub poszukiwania. Rozchodziliśmy się każdy w swoją stronę i w ten sposób nasza jednostka pod nazwą "Orlęta Waszawy" przestała istnieć.       

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten