Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Mieczysława Muszla


  Relacja Leszka Mieczysława Muszla

ARCHIWUM STOWARZYSZENIA SZARYCH SZEREGÓW

Dane:
Leszek Mieczysław Muszel
W konspiracji był harcerzem w Szarych Szeregach na Powiślu o pseudonimie "Biały". W Powstaniu Warszawskim brał udział w służbie pomocniczej przy batalionie "Chrobry I".
Ur. 17.03.1931 r. Warszawa
Syn: Mieczysława i Bronisławy z d. Marciniak
Adres zamieszkania podczas okupacji: ul. Litewska 11; ul. Orla 11.

 

     11 sierpnia 1944 r. w godzinach rannych Niemcy opanowali nasz budynek i natychmiast zostaliśmy wyprowadzeni i wypędzeni całą kolumną w kierunku Woli ulicą Długą, Rymarską, Placem Bankowym, Elektoralną do Chłodnej, a następnie zapędzeni do kościoła św. Karola Boromeusza. W kościele wypełnionym po brzegi ludźmi, w upale, przebywaliśmy bez wody. Niemcy trzymali nas kilkanaście godzin, po czym ponownie wypędzili nas w uformowanych kolumnach. Całą drogę szliśmy wśród ruin i zgliszczy pełnych trupów, widok był przerażający. Za ulicą Młynarską z bramy szpitala chorób zakaźnych św. Stanisława wyjechał Niemiec na motorze z koszem chyba dla zastraszenia prosto w pędzonych ludzi. Ja idąc, kulejąc z boku kolumny, nie zdążyłem odskoczyć. Niemiec wjechał na mnie. Zostałem silnie pokaleczony i potłuczony. Przed szpitalem zauważyłem personel szpitalny i Niemców, którzy podbiegli do mnie i zanieśli do szpitala. Jeden z ostatnich bloków został przeznaczony dla ludności, a pozostałe zajęli Niemcy. Pawilon polski był przeładowany ranną ludnością. Chorzy leżeli na podłodze i w piwnicach. Nimi opiekowały się siostry zakonne, które robiły, co mogły, pomimo braku lekarstw i środków opatrunkowych. Niemcy nic nie dawali. Siostry dzieliły żywność, szykując zapasy. Miały pełne worki suszonego chleba, niezjedzone kromki przez poprzednich chorych. Tych pacjentów podobno Niemcy wyprowadzili i rozstrzelali w polu za szpitalem. Do końca sierpnia siostry gotowały kawę na śniadanie i kolację oraz podawały parę sucharków. Na obiad jedliśmy krupnik - plujkę, wodę z kaszą i robakami. Po paru dniach podkurowałem się i zacząłem włóczyć się po oddziale i terenie. Dowiedziałem się, że za murem z tyłu szpitala są jakieś ogródki działkowe, więc namówiłem jednego chłopaka, by poszedł ze mną po warzywa, ponieważ panował straszny głód. On się zgodził, wzięliśmy poszewki i ruszyliśmy w drogę. Chorzy nam odradzali i przestrzegali przed grożącym niebezpieczeństwem, ponieważ Niemcy strzelali do ludzi jak do kaczek. Nie bacząc na ostrzeżenia, poszliśmy. Rzeczywiście opłaciło się, przynieśliśmy bardzo dużo warzyw, którymi obdzieliliśmy rannych. Takich wypraw dokonaliśmy kilkanaście. Pewnego razu dowiedzieliśmy się, że za szpitalem i zajezdnią tramwajową na ulicy Młynarskiej przy ulicy Karolkowej znajduje się klasztor, w którym istniał sad. Pomimo tego, że było to dość daleko, poszliśmy i po przedostaniu się przez dziurę w płocie do środka, zostaliśmy oczarowani widokiem. Zauważyliśmy niczym w raju dużo kwiatów i drzew owocowych pełnych różnych owoców. Napełniliśmy nimi poszewki i za koszule, dźwigając ledwie, z duszą na ramieniu, powróciliśmy szczęśliwie do szpitala. Siostry i chorzy podziwiali nas, mówiąc, że chyba jesteśmy pod opatrznością Bożą, że tak szczęśliwie nam się udawało za każdym razem powrócić. Któregoś dnia przyszedłem na teren fabryki Franaszka, która była po sąsiedzku. Tam zobaczyłem straszny widok rozkładających się ciał ludzkich. Z miejsca się wycofałem, nie mówiąc nic o tym nikomu, by nie wytworzyć paniki wśród chorych. W szpitalu też było niebezpiecznie, ponieważ przyjeżdżali SS-mani i gestapowcy, rozkazywali wszystkim wyjść przed blok, ustawiali nas w szeregu i pod strażą przechadzali się przed nami, wyszukując na oko, jak mówili, "polskich bandytów". Takich selekcji było kilka, z których zawsze wyciągali 3-4 mężczyzn, po czym odprowadzali za wysypisko i niemal na naszych oczach zabijali.
     Pod koniec sierpnia Niemcy zaczęli ewakuować podwodami szpital do podwarszawskich miejscowości. Ja trafiłem do Milanówka do fabryki jedwabiu. Przebywaliśmy tam w strasznych warunkach, w dużej hali na gruzie wyłożonym słomą. Przykrywałem się kocem, który otrzymałem w szpitalu. Po paru dniach uciekłem do Grodziska Mazowieckiego. Następnie cały czas szedłem pieszo mimo wieczornego chłodu w krótkich, podartych spodenkach i koszulce do Błonia, gdzie spotkałem się przypadkowo z matką, ponieważ nie wiedziałem, że tam znalazła się razem z bratem. W Błoniu mieszkało bardzo dużo ludzi z Warszawy. Ażeby jakoś przeżyć, wziąłem się za handel papierosami, które w większości sprzedawałem Niemcom i wojsku innej narodowości, byli wśród nich Kozacy w swoich strojach. Zamieszkaliśmy kątem (w kuchni) u miejscowej rodziny, u której doczekaliśmy wyzwolenia przez Ruskich i Wojsko Polskie. Zapanowała nieopisana radość, która częściowo przygasła, kiedy jeszcze w styczniu powróciliśmy do Warszawy na dalszą tułaczkę, bo mieszkanie nasze (dom) zostało zupełnie zniszczone. Po rocznym pobycie w Warszawie kątem u znajomych, z braku własnego mieszkania, pojechaliśmy do Łodzi.     

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten