Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)


Mirosława Grabowska
ur. 15.11.1933 Warszawa
adres okupacyjny: ul. Wolska 15 m.28

            Ulica Wolska rozpoczynała się od Przyokopowej. Pierwsza przecznica w kierunku zachodnim to Karolkowa, następną - Młynarska . W tym miejscu panował wówczas największy ruch. Jeździły tu tramwaje, samochody i dorożki.
           Po parzystej stronie, gdy skręciło się w Przyokopową, widoczny był największy bazar w kraju - słynny Kercelak. Można tam było kupić dosłownie wszystko. Poza artykułami spożywczymi, warzywami, mięsem i rybami, nowe i używane ubrania, obuwie, psy, koty, króliki, papugi, gołębie, kanarki... a nawet tramwaj, staw w Saskim Ogrodzie i kolumnę Zygmunta! Grała orkiestra, przekupnie wychwalali głośno zalety sprzedawanych towarów, gotowały się w kociołkach parówki, piętrzyła się na straganach czekolada, pomarańcze, banany, cytryny.
            Pod numerem drugim był Ogródek Jordanowski. Na krótkim odcinku od Przyokopowej do Młynarskiej znajdowały się trzy kina: pod szóstym, pod czternastym i przy Młynarskiej. Między Karolkową, a Młynarską, po stronie parzystej, było wesołe miasteczko z teatrem rewiowym i cyrkiem - Wenecją  zwane. A sklepów... całe mnóstwo! Przeważnie maleńkie, ale jeden obok drugiego i towarów wszelakich był w nich dostatek. Można powiedzieć, że niemal nie wychodząc z domu, dało się kupić każdy artykuł - różnorodne, świeżutkie pieczywo, najlepszy nabiał, dorodne warzywa i owoce, całą gamę najprzeróżniejszych wędlin. A słodycze! Istna powódź pysznych rozmaitości! 
            Z uzyskaną od mamy - którąś z kolei - pięciogroszówką, biegło się na róg Karolkowej, po czym, z zapartym tchem i zachwytem w oczach, człowiek przyglądał się magicznej czynności napełniania syfonów i obserwował każdy ruch rąk nakładających do rożka lody za "piątkę".

***

          Poza domokrążcami - wykrzykującymi na podwórkach: "Lutuuuję, reeeperuję, gaaarnki pobielam! Staaare szmaty, stare ubrania kupuuuję!", przykuwały dziecięcą uwagę uderzenia młotka w kowadełko, zwiastujące usługę ostrzenia noży. Były też takie cuda, jak orkiestry podwórkowe, duety wokalne, kobieta w beczce, którą partner przebijał szpadami, akrobacje na dywaniku i wreszcie - trzymetrowej wysokości człowiek. Biegła za nim po ulicy gromada dzieciaków, od których nie mógł się opędzić. Jakież ogromne było ich rozczarowanie, jak brutalnie rozwiewała się wiara w jego niezwykłość, kiedy człowiek ów skręcał na któreś z podwórek i tam wyłaniał się ze stroju, jak ze skorupy, jako zwykły, normalny mężczyzna. Siadał na murku, czy kamieniu i wycierał spocone czoło, a wielka jego powłoka stała oparta niedbale o ścianę.

***

          Mieszkałam na Wolskiej pod piętnastym, między ulicą Przyokopową a Karolkową, lecz bliżej Karolkowej, bo sąsiednia posesja pod siedemnastym - fabryka Henerberga - była domem narożnym. Fabryka była cicha, niemal niewidoczna, otoczona wielkim murem, obrośniętym dzikim winem. 
          Dom mojego dzieciństwa był dwupiętrowy od frontu, z dwiema trzypiętrowymi oficynami wewnątrz, po obu bokach. Czworobok podwórka zamykał parterowy domek po przeciwległej stronie bramy. Bramą nazywano nie tylko ciężkie, żelazne wierzeje, ale także tunel pod budynkiem frontowym łączący je z podwórkiem.  Dzieciństwo spędziłam na parterze tego budynku, do którego z tyłu przylegało boisko gimnazjum męskiego z wejściem od ulicy Krochmalnej. Na środku podwórka był nisko obmurowany ogródek, w którym kwitły bzy i nasturcje - do dziś najbardziej lubiane przeze mnie kwiaty. Na wprost bramy stał trzepak - nowoczesny, metalowy - ulubione miejsce zabaw dzieciarni z całej kamienicy. Dziś ten odcinek Wolskiej, to cicha, ślepa uliczka - niemalże zaułek.

                                                                       ***

           Wojna spadła na moje niespełna sześć lat wyciem syren alarmowych, nalotami, bombardowaniem, wielką paniką i głodem.
              Żeby kupić rano chleb, stawało się w kolejce przed piekarnią już wczesnym wieczorem. Bywały dni, kiedy chleba zabrakło i odchodziło się z niczym. Głód utrzymał się przez pierwsze kilka miesięcy okupacji.
              Mężczyźni zostali powołani na wojnę. W rodzinie pozostały tylko kobiety i dzieci. Do naszego domu przyszły obydwie siostry mamy z dziećmi - starsza Marta i młodsza Anna. Nie wiadomo było, na jak długo - na przetrwanie w ten najgorszy czas, bo razem raźniej.
              Zapasy żywności kurczyły się. Już prawie nie było co jeść. Ktoś zdobył trochę mąki żytniej. Zrobiono z niej kluski do zupy pomidorowej. Pamiętam ich obrzydliwy smak i wygląd. Były w ciemne kropki i kłuły w podniebienie. Oczywiście nie chciałam ich jeść.
              Pewnego dnia, pod koniec września, ciotka Marta wróciła ze spaceru zwiadowczego i zapytała mamę, czy przyjmie uciekiniera z frontu, gdyż człowiek ten nie ma gdzie przenocować. Mama gwałtownie zaprotestowała, że i tak ciasno, że nie ma miejsca. Wtedy drzwi się otworzyły i stanął w nich ojciec. Radość była wielka, że jest cały i zdrowy. Wkrótce wrócili również wujkowie i razem z ciotkami oraz dziećmi opuścili nasze mieszkanie.

                                                                   ***

        Naloty trwały stale, ale najbardziej pamięta się te nocne, kiedy mama budziła ze snu i siłą ciągnęła do piwnicy lewej oficyny, szumnie zwanej schronem. Piwnice oświetlane były świecami.
         Niemcy wkroczyli do Warszawy. Tryumfalnie jechali ulicą Wolską samochodami ciężarowymi.
        Jednym z wielu pierwszych zarządzeń niemieckich był nakaz oddania radia. Rodzice zamiast oddać, tuż przed wojną nabyte, radio marki Philips (stanowiło wielki luksus - mało kto posiadał w owym czasie radio lampowe), schowali je pod węglem. Piwnica nasza była duża, ciągnęła się pod całym domem, a wejście miała w przedpokoju. Ja i Nina - siostra starsza ode mnie o dwa lata, niby nic o istnieniu radia nie wiedziałyśmy, ale kiedy szłyśmy do piwnicy po węgiel, pokazywałyśmy sobie miejsce jego ukrycia i przysięgałyśmy, że nikomu nic nie powiemy.

                                                                     ***

          Pierwszy okres wojny był bardzo ciężki. Podstawowe wyżywienie stanowił kartkowy chleb. Codzienny bochenek był dzielony sprawiedliwie na cztery części, następnie mama ze swej ćwiartki odkrawała kromkę dla siebie, a pozostałą część oddawała nam - Ninie i mnie.
            Ojciec, poza umiejętnościami zawodowymi, nie odznaczał się zaradnością. Był asfalciarzem, na własną rękę wykonywał roboty pod szyldem: Przedsiębiorstwo Robót Asfaltowych - Edward Grabowski, Wolska 15 m.28, tel.5-94-48.
          
W sezonie letnim zatrudniał kilkunastu robotników. Tylko..., kto w tym okresie asfaltował nawierzchnie?
            Cały ciężar utrzymania domu spadł  więc na mamę. Chwytała się wielu rzeczy: fabrykowała mydło domowym sposobem, jeździła na wieś po mąkę, kaszę itp. 
            Podczas wyjazdów mamy domem zajmował się ojciec. A gotował... strach wspominać! Te wymyślane przez ojca potrawy, do dziś stanowią przedmiot śmiechu, kiedy wspólnie z Niną opowiadamy o nich naszym dzieciom. Mama z podróży wracała wykończona fizycznie i nerwowo, a zarobek był mały. Nadludzkim wysiłkiem przydźwigany worek z kaszą, czy mąką, najczęściej zabierali Niemcy. 
            Wreszcie mama wpadła na pomysł robienia papierosów. Zaczęło się od maleńkiej ilości robionej przez nas czworo, lecz stopniowo interes się rozkręcał. Doszło do tego, że wytwórnia mamy, podrabiająca państwowe papierosy, zatrudniała kilka osób. Wtedy nie było już najgorzej - żaden luksus, ale nie było źle. Tym bardziej, że ojciec też dorywczo wykonywał swój zawód.
            Nastąpiła pewna stabilizacja materialna. Jednak do końca cukier był na kartki, najczęściej słodziło się sacharyną. Masła nie jedliśmy. Mięso było tylko w niedzielę. Czekolady ani kakao nie widzieliśmy przez całą wojnę. Ale był przynajmniej chleb, a w niedzielę mięso.
            Kiedyś ktoś przyniósł wiadomość, że na Wolskiej, pod dwudziestym, sprzedają po niskiej cenie masło z bloku, pochodzące z okradzionego niemieckiego wagonu kolejowego, stojącego na bocznicy dworca. Okradanie Niemców należało wówczas do bohaterskich czynów. Mama wysłała mnie po to masło, a potem widziałam, jak z lubością jadła grubo posmarowany nim chleb.

                                                                ***

            W naszym domu mieszkał pan Hauser z synem i synową. Niedługo po wkroczeniu Niemców do Warszawy, starszy pan Hauser stał się folksdojczem. Przeprowadził się do dzielnicy zamieszkałej przez Niemców. Czerpał z dobrodziejstw okupanta, kupował w sklepach dla nas Polaków niedostępnych. Do tego samego nakłaniał syna i synową - na próżno. Syn i synowa pozostali w starym domu. Wręcz straszono ich i grożono. Nie ugięli się. Syn powiedział, że tu się urodził, wychował i jest Polakiem. Do końca klepał okupacyjną biedę, jak my wszyscy.

                                                                   ***

              Podstawowym źródłem światła były karbidówki, bo elektryczność wyłączano. Artyści prześcigali się z wymyślaniem przeróżnych ich kształtów. Płomień z nich był  chybotliwy, strzelający i cuchnący.

                                                                   ***

             Pamiętam pewne wydarzenie. Ojciec, kiedy miał robotę, lubił wpaść do jakiejś knajpki na obiad z wódeczką. Podczas jednego z takich wypadów poznał niemieckiego żołnierza. W jaki sposób, tego potem sam nie pamiętał, dość, że jeden do drugiego się przysiadł.
            Jakie było przerażenie mamy, nasze i całej kamienicy, kiedy ojciec, od bramy przez całe podwórko, wiódł umundurowanego Niemca, jak najlepszego przyjaciela. Brak słów, żeby oddać tę grozę...
            Już  od progu wołał, że przyprowadził kamrata na domowy obiad. Ze strachu nie byliśmy w stanie nic powiedzieć, tylko spełnialiśmy jego życzenia. Kiedy obydwaj panowie biesiadowali, obficie zakrapiając dania bimbrem, całe otoczenie znajdowało się w stanie przerażonej gotowości. Początkowo wszystko układało się dobrze, panowie klepali się poufale po ramionach, ucztując coraz głośniej. W pewnym jednak momencie ojciec zawołał "Hitler kaput". Koniec! Skończyła się przyjaźń... 
           Niemiec zerwał się, zaczął wrzeszczeć, wyciągnął z kabury pistolet i wycelował w ojca. Nina wypadła z pokoju i chwyciła za lufę.
          Całe mieszkanie wypełniły krzyki, szlochy, wrzaski ojca i szwargotanie niemieckiego żołnierza. Ojca trzeba było trzymać, bo rwał się do bicia.
          Ponieważ Niemiec był już nieco osłabiony od nadmiaru wypitego bimbru, odważnej, a przy tym dyplomatycznej sąsiadce, znającej język niemiecki udało się wyprowadzić go na ulicę. Kiedy się tam znalazł, dozorca zamknął bramę od środka. Cała kamienica czekała w strachu na konsekwencje. Mogły być tragiczne - egzekucja, lub obóz koncentracyjny.
           Nic się jednak nie stało. Może Niemcowi film się urwał i nie pamiętał, gdzie był. Ja przez cały czas siedziałam w kucki, przyklejona do ściany i wymiotowałam z przerażenia.

                                                                 ***

         W którymś roku wojny, podczas nocnego nalotu, spłonął Kercelak - nigdy już nie wrócił do swej świetności, mimo że po wojnie postawiono w tym miejscu kilkanaście bud. Zginęły śmiercią naturalną wśród ruin i zgliszcz.

                                                                ***

          Najbliższa szkoła była na Karolkowej, tuż przy Wolskiej. Trochę dalej, na Młynarskiej - stała, ciesząca się zasłużoną renomą, była szkoła tramwajarzy. Dzięki staraniom mamy, Nina zaczęła chodzić, właśnie do niej, w 1938 roku, ja - w roku 1940. Niedługo było nam dane się uczyć w tym przestronnym gmachu z ogrodem i boiskami. Niemcy zajęli budynki (również przedszkola i gimnazjum) i aż do Powstania tułałyśmy się po różnych szkołach, gdzie lekcje odbywały się na zmiany i trwały do późnych godzin wieczornych. W jednym budynku mieściło się kilka szkół i dopóki uczniowie jednej nie wyszli, dopóty dzieci z następnej nie mogły wejść do środka. Jeśli przyszło się do szkoły wcześniej, trzeba było czekać na zewnątrz, bez względu na pogodę, chociażby padał deszcz, śnieg, czy był mróz. Po wejściu do budynku trzeba było błyskawicznie się rozbierać i pędzić do klasy, gdyż przerwa między lekcjami różnych szkół trwała zaledwie dziesięć minut. Szkoła, w której skończyłam czwartą klasę, mieściła się w ponurym, czteropiętrowym budynku przy ulicy Leszno - róg Żelaznej. Na szarej elewacji wyryty był duży napis: Collegium Nobilium[1]. Lokalizacja ta miała dużą zaletę, bowiem blisko było do gmachu sądu, gdzie biegaliśmy kręcić się w obrotowych drzwiach. 
         Tak nadszedł rok 1944. Nina skończyła właśnie sześć klas szkoły podstawowej i po egzaminie wstępnym została przyjęta do tajnego gimnazjum Żmichowskiej. W nagrodę dostała od ojca srebrny zegarek. Zaczęły się nareszcie wakacje - najmilsza każdemu uczniowi pora...

                                                                     ***

           Dostałam świadectwo ukończenia czwartej klasy zaś  w nagrodę za dobrą naukę - książkę o historii Polski. Nasz wychowawca, pan Rokicki, zapowiedział, że przez wakacje mam ją przeczytać.          Książka ta zatruwała mi perspektywę letniego odpoczynku, bo jakoś mi nie szła - mimo, że lubiłam czytać. Z początku sięgnęłam po nią z entuzjazmem, ale znudziła mi się już po kilkunastu stronach. Wracałam jednak do niej uporczywie, pomna słów nauczyciela, który uprzedził, że w przyszłym roku szkolnym będziemy się potajemnie uczyć historii Polski i musimy się do tego przygotować. Z drugiej strony, lektura ta - oczywiście zakazana, wręczona i przenoszona ukradkiem - miała  fascynujący posmak konspiracji. Przez cały czas nauki pan Rokicki starał się wyrobić w nas patriotyzm. Cichutko śpiewaliśmy polskie pieśni narodowe, nauczyciel opowiadał nam też o bohaterskich dziejach Polski. W takich chwilach, na czatach, na korytarzu stało dwóch chłopców. Mieli uprzedzać o grożącym nam niebezpieczeństwie. Pewnego dnia podczas czytania historii Polski zapragnęłam, żeby stało się coś, co nie pozwoliłoby mi przeczytać tej książki. No i stało się...

                                                                      ***

           Usłyszałam strzały. Najpierw pojedyncze, z oddali, potem coraz więcej i bliżej i wreszcie brzmiał już jeden, nieprzerwany huk, szczęk, detonacje - piekło! Mieszkańcy domu pochowali się do piwnic. Potężne podmuchy detonacji gasiły świece. Strach paraliżował wszelkie działanie. Początkowo nikt nie wiedział, co się dzieje, ale w każdym tliła się iskierka nadziei, że idzie wyzwolenie. Tymczasem do załamania w murze przyskoczyli chłopcy, w biało-czerwonych opaskach i z granatami w rękach. Natychmiast otwarto bramę, dano im pić, otoczono kołem. zewsząd posypały się pytania i wreszcie wszystko stało się jasne... Pamiętam, że głaskałam jednego z nich po rękawie. Wydawali się nam wielcy, piękni i wspaniali. Lokatorzy naszego domu nawiązali kontakt z powstańcami. Stacjonowali oni z tyłu, za naszym domem, w szkole na Krochmalnej. Zorganizowano rozlewanie benzyny w butelki. Pracowali wszyscy: kobiety, mężczyźni i dzieci. Entuzjazm pozwalał stłumić strach i zapomnieć o niedożywieniu... My, dzieci, dumnie przyozdabiałyśmy nasze piersi biało-czerwonymi wstążeczkami. Strzały i huk z dział, czołgów i innych śmiercionośnych machin nie ustawały. Od eksplozji chwiały się mury. Butelek szybko zabrakło. Na podwórko wszedł wtedy uzbrojony mieszkaniec naszego domu, znany wszystkim, jako kombinator, handlujący z Niemcami. Był posiadaczem własnego samochodu. W czasie okupacji - rzecz niebywała. Zażądał od nas wydania benzyny. Chciał zakopać beczkę w ogródku, żeby po wojnie mieć z niej korzyść - oczywiście własną. Do tego, który stawiał największy opór - do mojego ojca, mierzył z pistoletu. Mama stanęła przed mężem, zasłaniając go. W ludziach narodził się bunt, stanęli w obronie człowieka i przegnali miłego sąsiada. Beczkę oddaliśmy powstańcom.

                                                                  ***

           Ojciec kilka razy w ciągu tych dni robił wypady na ulicę, żeby zorientować się w sytuacji. Na Karolkowej, przy kościele, księża i zakonnicy opiekowali się rannymi. Powstańców w szkole już nie było. Z tyłu, na Krochmalnej, płonęły domy. Dochodziły nas krzyki i jęki ludzi, palących się żywcem w ich wnętrzach. Trwoga dławiła wszystkich. Mama - zapobiegliwa ciułaczka - miała jeszcze szynkę, peklującą się w beczce w naszej piwnicy oraz dwa bochenki chleba. Szynkę trzymała na czarną godzinę, chleb porcjowała oszczędnie, żeby na dłużej starczył.

                                                                  ***

        Po jednej z wielu kolejnych, nieprzespanych nocy, otworzyły się z hukiem, drzwi prowadzące do sieni i usłyszeliśmy wściekłe: raus[2]! Wychodziliśmy kolejno schodami na górę. W naszym kierunku wycelowane były karabiny maszynowe, nad nimi stali rozkraczeni Niemcy. Widok ten wzbudził strach - na jeden moment wstrzymał nasz marsz na górę. Na czoło wysunęła się sąsiadka, pani Laszczukowa, z malutkim dzieckiem na ręku. W niezwykłym odruchu odwagi przeszła przed lufami karabinów, a cała reszta lokatorów powędrowała za nią. Niemcy nie przeszkadzali w ewakuacji, lecz wręcz  poganiali nas do szybszego wychodzenia na ulicę. Z piwnicy wyszłyśmy, niosąc w rękach palta, które mama kazała nam trzymać pod ręką, na wszelki wypadek. Ubrane byłyśmy jednak tylko w cienkie sukienki i letnie obuwie. Nie wzięłyśmy ze sobą chleba i... odłożonej na czarną godzinę szynki. Pani Laszczukowa zdążyła zabrać dla dziecka wózek, który stał koło wejścia do piwnicy. Nie dano nam nawet minuty na zabranie czegokolwiek więcej. Było to szósty sierpnia..., a my opuszczaliśmy nasz dom, żeby już nigdy do niego nie powrócić....
         Wydawało mi się wtedy, podczas Powstania, że w piwnicach spędziłam całe wieki, a przecież było to zaledwie sześć dni. Często dziś wracam wspomnieniami do naszego podwórka...

                                                                ***

          Ulica przedstawiała widok opłakany. Żadne przymiotniki nie opiszą tego, co wtedy zobaczyłam.  Latarnie powyrywane z chodników, wyglądały, jak połamane zapałki. Tramwaje leżały, jak poprzewracane na grzbiet żuki, kostki bruku zostały wydarte z ulicy, wszędzie było mnóstwo potłuczonego szkła.

                                                               ***

        Wraz z innymi dołączyliśmy do pochodu, idącego środkiem jezdni - kolumny ludzkiej bez początku i bez końca. Z boku, wzdłuż szeregu cywilów, co kilka kroków, szli Niemcy z wycelowanymi w ludzi karabinami. Pędzono nas Wolską w kierunku zachodnim. Po krótkim czasie weszliśmy w tunel ognia. Płakały dzieci, jęczeli podtrzymywani w marszu chorzy i ranni, pękało szkło i z brzękiem upadało na bruk, spadały z pięter rozbite sprzęty i płonące deski, gardłowo wrzeszczeli Niemcy. Serca ściskał lęk.  Szliśmy w niewiadomy i najpewniej czekał nas ciężki los. Pamiętam tragiczną bezsilność mojego ojca, który nie był w stanie mi odpowiedzieć na bezustannie zadawane pytanie - Tatusiu, co z nami zrobią? Podobne bywało wcześniej, podczas nocnych alarmów, gdy stale dociekałam - Tatusiu, bać się?

                                                                    ***

          Wszyscy czworo trzymaliśmy się za ręce. Obok szli sąsiedzi - Laszczukowie, z siedmioletnią Krysią i półrocznym Darkiem. Potykaliśmy się o tobołki i walizki porzucone przez umęczonych marszem ludzi. W ten sposób doszliśmy do kościoła Św. Wojciecha i tu, równy dotąd szereg załamał się. Kobiety z dziećmi wpędzono na teren świątyni, mężczyzn skierowano dalej, na Sokołowską. Wewnątrz kościoła na posadzce siedzieli, lub leżeli starcy i chorzy.
         Wstał letni, pogodny poranek. Zosia Krupska - koleżanka z naszego domu - wielka patriotka, która w zabawach chciała być Emilią Plater, albo Grażyną, zebrała nas, dzieci, w jedno miejsce i uroczyście dokonaliśmy zakopania w ziemi biało - czerwonych wstążeczek.
          Około czwartej po południu, Niemcy zawiadomili nas, że będziemy szli pieszo blisko dwadzieścia kilometrów. Ci, którzy nie czują się na siłach: kobiety z dziećmi, chorzy i starzy, mogą pozostać w kościele - będą  przewiezieni samochodami (później dowiedziałam się, że tych, którzy pozostali rozstrzelano). Po naradzie mama i pani Laszczukowa postanowiły iść - wózek  z dzieckiem miały pchać na zmianę. O której wyruszyliśmy nie pamiętam. Wyszliśmy z kościoła, znowu w morze ognia. Pozwolono nam iść bardzo powoli. W pobliżu  Parku Sowińskiego, w zagłębieniu muru palił się stos trupów. Po przeciwległej stronie ulicy płonęły domy razem z ich mieszkańcami.Ponownie otoczyły nas odgłosy ginącej stolicy: krzyki i jęki, których nie sposób zapomnieć...

                                                                 ***

         Wkrótce minęliśmy granice Warszawy. Niedaleko Jelonek obejrzałam się - zobaczyłam tylko ogromną, krwawą łunę. Przez łzy patrzyłam na ogarnięte pożogą miasto, które dogorywało w rozpaczliwej, samotnej agonii...

                                                                 ***

       Tego dnia nic nie jedliśmy, a w kościele piliśmy tylko wodę. Nie odczuwałam jednak w ogóle głodu, bo dotychczas nigdy nie lubiłam jeść,  zawsze byłam dzieckiem bez apetytu.Dalej szliśmy nocą. Bywały chwile, że trzymałam mamę pod rękę i spałam, idąc. Co jakiś czas robiono nam krótkie postoje. Palta na rękach ciążyły, jakby nabrały  wagi stokrotnie większej niż w rzeczywistości. Widzieliśmy, jak kilka razy od kolumny odrywały się pojedyncze postacie i znikały za mijanymi domami. Trwożyliśmy się o tych ludzi, ale chyba udało im się. Jakże im zazdrościliśmy tej odwagi do ucieczki. Dla nas taka droga stanowiła zbyt wielkie ryzyko - dwie kobiety i czworo dzieci, w tym jedno w wózku... wszak podstawowym warunkiem powodzenia takiej eskapady była szybkość działania, a na to nie mieliśmy żadnych szans... Mama i pani Laszczukowa postanowiły trzymać się razem na dobre i złe.

                                                                  ***

       O czwartej rano dotarliśmy do Pruszkowa. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałam, jak wygląda świt... Weszliśmy na duży, ogrodzony teren. Stały tam jakieś hale - ich wnętrza przedstawiały żałosny widok: ludzkie postacie, ciasno stłoczone, leżały pokotem na betonowej podłodze. Jęczące, niedołężne...staruszki i kobiety chore. Kto tylko mógł się poruszać, przebywał na zewnątrz. Każdemu przydzielono po jednym, wojskowym sucharze. Większość ludzi kręciła się bez widocznego celu, płacząc i złorzecząc Niemcom... Obchodziliśmy dookoła mur szukając jakiejkolwiek dziury. Nie znaleźliśmy. Mama, pertraktowała z jakimś przystępnym Niemcem w sprawie wypuszczenia nas w zamian za biżuterię, lecz nic z tego nie wyszło - miała  jej za mało. Po południu, na murach pojawiły się kotły z zupą. Był to zorganizowana akcja ludności Pruszkowa, która z narażeniem życia starała się ulżyć ciężkiej doli Warszawiaków. Wzajemnie pożyczano sobie miski, zaś zupa - okazała się znakomita.

                                                                 ***

        Załadowano nas do bydlęcych wagonów z małymi zakratowanymi okienkami. Ruszyliśmy ku swemu przeznaczeniu... Pociąg jechał chyba z tydzień. Jeść ani pić nie dostawaliśmy wcale, gdy więc zdarzały się długie postoje w polu, wzdłuż sznura wagonów migały ogniki sporządzanych na prędce, prymitywnych palenisk, na których gotowano wszystko co kto tylko miał. Kwitł handel wymienny - jego przedmiotem było wszystko: papierosy, tytoń, mydło, zapałki, kasza, mąka, cukier, chleb, suchary. Kubki blaszane za opłatą towarową wypożyczano tylko na kilkanaście minut. Trzeba było mocno dmuchać w zaimprowizowany ogień, żeby w tym czasie ugotować wodę. Mama za tytoń, który przezornie w domu schowała do torebki kupiła garstkę kaszy mannej i wypożyczyła na piętnaście minut kubek. W efekcie zajadałyśmy się... niedogotowaną manną.

                                                                 ***

        Przywieziono nas do Breslau3, gdzie zorganizowano obóz przejściowy. Był to duży teren ogrodzony dwoma rzędami drutu kolczastego. W obozie kłębił się różnojęzyczny tłum. Polacy, Rosjanie, Francuzi, Włosi... Wewnątrz zasieków znajdowały się liczne baraki. Skierowano nas do jednego z nich. Zanim jednak   to nastąpiło, zostaliśmy zapędzeni do mykwy - olbrzymiej sali z prysznicami, gdzie jednocześnie wpuszczano tłum nagich kobiet i dzieci w różnym wieku. Dostałyśmy przydział mydła, które było jakby zrobione z gliny. W baraku wszystkie prycze były zajęte. Miałyśmy do wyboru - albo spać na powietrzu, na ziemi, albo pod pryczami na betonie. Wybrałyśmy to drugie rozwiązanie. Palta spełniały rolę materacy, kołder i poduszek. Podczas spania oblazły nas wszy i pluskwy. Rano mama umyła nam głowy w zimnej wodzie pod pompą, ale to nic nie pomogło. Wszy już z nami zostały. Na śniadanie dostaliśmy  kawałek czarnego chleba i kubek kawy zbożowej, po które stało się w kilometrowej chyba kolejce, ciągnącej się dookoła obozu, między drutami podwójnego ogrodzenia. Na obiad był kubek bezbarwnego, pozbawionego smaku płynu, w którym pływał niewielki kawałek brukwi. Nawet mi to danie smakowało, bo było rzadkie. Kolacja - taka sama jak śniadanie. Za składkę  zorganizowaną przez kilku osób  (mama dała resztę tytoniu) kupiono od kogoś trochę kaszy jęczmiennej, kartofli, fasolki szparagowej, oraz wypożyczono garnek. Na ognisku ugotowano z tych produktów pyszną zupę. Ponieważ jednak była ona własnością kilku rodzin, podzielono ją sprawiedliwie. Delicje! Do dziś   mam w pamięci ten niepowtarzalny smak...

                                                                  ***

            Grupy ludzi wywoływanych po nazwisku pędzono na dworzec. Szliśmy przepiękną ulicą, na której po obu stronach rosły jarzębiny. Po drodze podeszła do nas kobieta i na migi pytała kim jesteśmy i dokąd idziemy. Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć na  drugie pytanie. Domyśliła się sama - z kierunku, w jakim szliśmy. Po czym zniknęła nam z oczu. Na dworzec wbiegła później  zdyszana na dworzec, z koszykiem pomidorów i chlebem. Kim była...?

                                                                 ***

            Przyjechaliśmy do miasta Schwidnitz4. Było tu bardzo ładnie - w oddali rysowały się góry... Umieszczono nas w barakach. Pryczy starczyło dla wszystkich. Śniadanie i kolacja - normalne - dostaliśmy  kawałek chleba i kubek kawy zbożowej. Na obiad była zupa - podobno dobra - wokół wszystkie kobiety cmokały, zachwalając mi jej smak, a ja... nie tknęłam jej i już. Tak zaczęła się dla mojej mamy istna męka. Udręka  z dzieckiem, które nie chciało jeść, w warunkach, gdy  nie było czym zastąpić  nie zjedzonej zupy.

                                                                ***

            Pewnego dnia, samochodem ciężarowym przyjechał "kupiec" - starszy, szczupły mężczyzna z długimi wąsami. Nazwaliśmy go Wąsalem. Ustawiono nas w półkole, a on - jak niewolników na rynku - wybierał sobie ten żywy towar,  pokazując ludzi palcem. Mama cichutko wyraziła życzenie, żeby chociaż udało się nam pojechać w te góry. Przynajmniej mielibyśmy zapewniony ładny widok. Tak też się stało.

                                                               ***

          Samochód coraz bardziej zbliżał się do gór. Przyjechaliśmy do wsi o nazwie Oberweijstritz5. Wzdłuż płynęła bystra, górska rzeka.  Domki były śliczne, niektóre usytuowane na zboczach gór. Nad wsią dominowała fabryka okuć do skrzynek na amunicję. Nieopodal nad rzeką stał drewniany barak. Tam zamieszkałyśmy. Na nas trzy dostałyśmy dwie prycze, parter i piętro z siennikami i poduszkami wypchanymi sianem oraz trzy koce. Przydzielono każdemu blaszaną miskę, kubek i łyżkę. Kobiety pracowały w fabryce dwanaście godzin, a dzieci powyżej lat dziesięciu "tylko" osiem. Nina - dwa lata starsza ode mnie - musiała pracować dwanaście godzin, ja uniknęłam tego dzięki błagalnym prośbom, zakończonym uzyskaniem od Niemców zgody na pozostawienie mnie w baraku jako krank6. Na dowód choroby, mama wypchnęła mnie na przód demonstrując moją chudość i trupiobladą twarz - przyrzekła pracować za nas obie. Poza tym mama podając mój wiek, zaniżyła go o jeden rok. Za pracę otrzymywano zapłatę w markach. Odtąd, codziennie o piątej rano rozlegało się wołanie Wąsala - Aufstehen7! Aufstehen!

                                                               ***

         Po krótkich ablucjach poprzedzonych przepychaniem się do umywalni, barak pustoszał. Umywalnia było to pomieszczenie dość spore, wzdłuż jednej ściany stała jakby skrzynia z otworami, która  pełniła rolę latryny. Wzdłuż drugiej znajdowało się długie betonowe koryto z kranami - oczywiście z zimną wodą. Między salami sypialnymi było duże pomieszczenie, w którym stała kuchnia węglowa, z której wszyscy mogli korzystać.

                                                              ***

          W fabryce były dwie piętnastominutowe przerwy, śniadaniowa i obiadowa. Mama i Nina miały mieć to udogodnienie, że ja im przygotuję śniadanie, a potem obiad i zmyję naczynia. Miały mieć, ale nie miały, a jeśli to bardzo krótko. Przesypiałam przerwę śniadaniową i obiadową. Przez te piętnaście minut z przebyciem krótkiego zresztą odcinka drogi z fabryki do baraku mama i Nina musiały przynieść (z odstaniem w kolejce) z pobliskiego domu kawę na śniadanie i zupę na obiad, zjeść i wykonać rozpaczliwą i syzyfową czynność: obudzić mnie i wmusić cokolwiek do jedzenia. Przelewałam się przez ręce i zaciskałam usta. Nie pomagały ani prośby, ani pokrzykiwania. Wszyscy myśleli, że ja już długo nie pożyję...

                                                                 ***

                   Raz w tygodniu - w sobotę dostawałyśmy prowiant na cały tydzień. Same wspaniałości. Na nas trzy bochenek i trzy ćwiartki chleba, 0,5 ćwiartki margaryny, ze 20 dkg dżemu, 15 dkg cukru w papierku i trzy maleńkie serki topione. Prowiant ten miał wystarczyć na siedem śniadań i kolacji dla trzech osób, bo do tego dostawałyśmy już tylko gorącą kawę zbożową. Człowiek istota słaba, nie mógł tej małości rozdzielić na cały tydzień. Nawet przy oszczędnej gospodarce w środę nie było już nic. Dla mnie mama wydobywała jeszcze potem z ukrycia jakiś kawałek chleba.
          Z początku, jeszcze wczesną jesienią można powiedzieć, że witaminowo stałyśmy wcale nieźle. W pobliżu baraku było pole, a na nim marchew i cebula. Nina podkradała tego ile mogła. Cebulę jadło się wprost jak jabłka. Jabłka też owszem były i to dużo. Dobrodziejstwem dla nas okazał się wózek z małym Darkiem Laszczukiem. Po pracy, lub w niedzielę Nina pakowała Darka w wózek, zabierała Krysię i mnie i szłyśmy na "spacer' na szosę. A szosa - istny raj. Po obydwu stronach rosły jabłonie. Rozglądałyśmy się uważnie i jak nikogo nie było widać, trzęsłyśmy drzewami szybko i ile sił starczyło. Potem już spokojniejsze zbieranie bo to niby "tylko z ziemi" i niby tylko kilka, a Darek rósł w górę w swoim małym wózku podnoszony jabłkami jak lewarkiem. W domu wyładowywałyśmy łupy, dzieląc się sprawiedliwie.
          Spałyśmy we trzy na dolnej pryczy. Skłoniło nas do tego kilka przyczyn. Przede wszystkim było cieplej no i garnęłyśmy się do mamy, której bliskość dawała poczucie bezpieczeństwa i osłodę niedoli.    Nina urządziła na górnej pryczy magazyn nadwyżki jabłek. Upychała je do opróżnionej z siana poduszki i siennika. Mówiła, że robi zapasy "na wojnę". Zapasy wojenne po niedługim czasie zaczęły kapać nam na głowy i musiałyśmy je wyrzucić.

                                                                 ***

            Okolica była piękna. W niedzielę chodziłyśmy na spacery. Wolno nam było chodzić pod warunkiem posiadania na rękawie opaski z literą "P". Przechodząc koło piekarni, która mieściła się w ślicznym domku obrośniętym dzikim winem, wchodziłyśmy do środka z prośbą o sprzedaż chleba. Na początku dawali po kromce nie biorąc marek, potem, kiedy przychodziło więcej chętnych nie dawali już nic. Za marki w miejscowym sklepie można było kupić zeszyt, ołówek, ocet, sól i gliniaste mydło. We wsi była jeszcze piwiarnia, ze stolikami wystawionymi na zewnątrz. Na początku byłyśmy tam częstymi gośćmi, bo w gablocie stała sałatka ziemniaczana i nawet ją normalnie sprzedawali, ale krótko, potem zniknęła z gabloty i mówili, że nie ma. Od chłopów a raczej chłopek na wsi nie udało niczego kupić. Kobiety te różnymi sposobami próbowały tłumaczyć nam, że mężowie są na wojnie, one muszą odstawiać kontyngenty, a w domu mają dzieci do nakarmienia.
            Dzieci do lat siedmiu dostawały ćwierć litra mleka dziennie. Mama jakimś cudownym sposobem wywalczyła przydział i dla mnie, ja oczywiście pić go nie chciałam, ale lubiłam chodzić po mleko. Szło się najczęściej do szefowej (żony właściciela fabryki) do domku mieszkalnego przy fabryce. Szefowa dawała wózek drabiniasty z dyszlem, kartki na mleko i bańki. Część mleka ze sklepu przywoziło się do niej, a część do naszego baraku. Po przywiezieniu do niej mleka dostawało się kawałek chleba z margaryną. Z powodu tego chleba dzieci sprawiedliwie dzieliły dyżury przy wyjazdach po mleko. Dla mnie poza chlebem było wielką przyjemnością postanie przez chwilę w normalnym mieszkaniu przypominającym własny dom, gdzie nie było wielkiej sali, wzdłuż ścian piętrowych pryczy i długiego stołu i ław...

                                                                  ***

              Jesienią skończyły się jabłka, marchew i cebula.  Pewnego dnia, my dzieci z baraku poszłyśmy na pole po wykopanych ziemniakach z nadzieją, że coś jednak znajdziemy. Istotnie, każde z nas uzbierało trochę drobniutkich jak orzechy laskowe ziemniaków. Miałam ich pół miseczki. Cieniutko obrałam i ugotowałam z nich zupę. Smaku tej kartoflanki nie zapomnę do końca życia.

                                                                  ***

         W każdą sobotę widziałyśmy mieszkańców wsi, jak na rowerach lub wózkach z dyszlem wieźli placki do piekarni, do upieczenia.
          W naszym baraku mieszkało kilka Rosjanek z małymi dziećmi. Dzieci te zaczęły umierać. W mojej dziecięcej wyobraźni nie było miejsca na smutek z powodu śmierci obcego dziecka, tym bardziej, że nieznanego, z innej sali. Było natomiast zadowolenie, gdyż po pogrzebie, na którym były wszystkie mieszkanki baraku i Rosjanie mieszkający w pobliskim domu, matki zmarłych dzieci wszystkich częstowały ciastem. Skąd je wyczarowały - trudno pojąć.
            Tęskniłyśmy za Polską, domem i ojcem. Nie wiadomo było, co się z nim dzieje. Jedna z naszych sąsiadek z ulicy Wolskiej - pani Trębicka - wyjechała z dziećmi jeszcze przed Powstaniem do swoich krewnych na wieś koło Sochaczewa. 
           Przed wojną pan Trębacki, dyrektor mleczarni w Sochaczewie, wraz z żoną i dwoma synami w wieku gimnazjalnym mieszkali w domku z ogródkiem, w Trojanowie - dzielnicy Sochaczewa. Byłam tam, bo w pewne wakacje pani Trębicka, jadąc odwiedzić rodziców i swoje dzieci, zabrała mnie na kilka dni do Glinek. Wtedy pierwszy raz widziałam wieś.Po drodze wstąpiłyśmy do jej teściów w Trojanowie. Przedwojennym, dość powszechnym zwyczajem, wzięli oni z pobliskiej wsi dziewczynę do posług. Była młoda i ładna. Rosła wraz z chłopcami. Jeden po drugim, w odstępie roku zdali maturę. Obydwaj zakochali się w Sabinie i obydwaj chcieli się z nią ożenić. Rodzice nie mieli rady, musieli się zgodzić, wybrać miała Sabina. Zdecydowała się na starszego - Henryka. Osiedlili się w Warszawie, w naszym domu, w oficynie na trzecim piętrze. Mieli troje dzieci.
            Pewnej nocy, w czasie okupacji, obudziły nas wrzaski niemieckich żołdaków i stukot podkutych butów. Weszli przez bramę na podwórko, a potem schodami w górę. Obudzeni mieszkańcy całej kamienicy zamarli z przerażenia i trwogi. Po kogo? Mogli przyjść po każdego. Głośny, bo zwielokrotniony ciszą nocy łomot w drzwi, krzyki, płacz.... Zabrali pana  Trębickiego. Nigdy już nie wrócił.
          Znałyśmy jej aktualny adres. Innego zaczepienia nie miałyśmy, bo poza Warszawą nie miałyśmy żadnej rodziny ani znajomych. Mama i ojciec - tak  jak ich przodkowie - byli mieszkańcami Warszawy. Mama napisała do pani Trębickiej list z zapytaniem, czy nie wie czegoś o ojcu i podała jej nasz adres. Niedługo czekałyśmy na odpowiedź. Dostałyśmy ją od ojca. Okazało się, że ojciec i pan Laszczuk również postanowili trzymać się razem. Uciekli z pociągu wiozącego ich do Niemiec i dotarli do wsi Glinki, w której obecnie przebywała, i z której pochodziła pani Trebicka. Tam się zainstalowali.
          Pan Laszczuk po niedługim czasie urządził się bardzo wygodnie i dostatnio dzięki swojemu zawodowi, który przydatny jest w każdych okolicznościach - był krawcem. Mój ojciec z łaski został przyjęty przez pewnego gospodarza, pomagał mu w pracy i dostawał za to liche pożywienie i kąt do spania. Pan Laszczuk po całej wsi opowiadał o zaradności mojej mamy i o nieporadności, a także lekkomyślności swojej żony. Mawiał żartem, że jak wrócą ich żony, to jego przyjedzie taksówką, za którą będzie musiał zapłacić, a jak się zjawi Grabowska, to jej mężowi polepszy się byt. Jeszcze przed Powstaniem powtarzał, że gdyby był mężem mojej mamy, to ulica Wolska byłaby ich.

                                                                     ***

        Wkrótce do pani Laszczukowej przyszła ogromna paczka z żywnością, a my dostałyśmy... słoik smalcu i trochę sucharów. Rzewnymi  łzami polewałyśmy te nasze jakże skromne skarby, a przede wszystkim list. Wiedziałyśmy dobrze, że kosztem wielkich wyrzeczeń zdobył ojciec dla nas te wspaniałości. Cieszyłyśmy się, że żyje i smuciłyśmy się, że jest mu tak źle. Gospodarz nieustannie wymawiał mu, że go darmo utrzymuje.

                                                                     ***

            Pewnego dnia, jeszcze przed otrzymaniem odpowiedzi na list mama stawiała sobie karty. Jedna z sąsiadek pryczowych poprosiła, żeby powróżyć i jej. Mama wywróżyła jej duży prezent i dobre wiadomości. W naszych warunkach znaczyło to, że nadejdzie   paczka z żywnością i wiadomość o bliskich z kraju. Jakoś mama utrafiła. Po niedługim czasie sąsiadka ta otrzymała od męża olbrzymią paczkę i wiadomość, że żyje i jest mu dobrze. Coś nam z tego skapnęło. Odtąd niemal wszystkie kobiety ciągnęły do mamy po dobre wieści. Przychodzili również Rosjanie, pracujący w fabryce, ba nawet Polacy pracujący u bauerów. Ci, co mieli coś do jedzenia, przynosi jako zapłatę za kabałę garstkę mąki, kilka jabłek, kawałek chleba, trochę białego sera. Sława mamy rozeszła się tak daleko, że kiedyś przysłał po wróżkę bauer9. Mama zabrała mnie ze sobą w nadziei, że może dostanę coś do jedzenia. Istotnie. Zjadłam kilka kawałków chleba z melasą. Tłumaczką była Rosjanka pracująca u bauera, młoda ładna dziewczyna imieniem Żenia. Bauer miał syna na froncie i nie miał od niego żadnych wiadomości, mawiał, że jak się wojna skończy, a syn wróci, to ożeni się z Żenią i razem zostaną na gospodarstwie.

                                                                      ***

         W niedziele w baraku było wesoło. Po południu przychodzili Rosjanie z harmoszką, w kuchni tworzyło się koło patrzących a w środku odbywały się tańce.

                                                                       ***

         Mama często powtarzała ciche życzenie, żeby tylko znaleźć się w Breslau, bo stamtąd jest szosa prosto do Warszawy, tylko ją odszukać i już jesteśmy w domu, na Wolskiej. Projekt ucieczki wyszedł chyba od Niny.
        Zaczęło się robić zimno. Sąsiadka z pryczy za coś tam uszyła nam obydwóm spodnie z koca, proste, z gumkami u dołu nogawek i w pasie.
        Po sobotnim przydziale Nina kupiła na stacji bilety do Szweidnitz. Prowiant załadowałyśmy do wózka, razem z Darkiem  i cichcem w sześcioro wsiedliśmy do pociągu. Na miejscu  Nina miała kupić bilety do Breslau. Na tę okazję nauczyła się słów niemieckich potrzebnych do ich zdobycia.
        W Szweidnitz byłyśmy nie po raz pierwszy, bo mama, typowa mieszczka tęskniła za miastem, czasem więc w niedzielę jechałyśmy pociągiem, a czasem szłyśmy pieszo do odległego o dziesięć kilometrów miasta pochodzić po ulicach.
         Bilety kupiła Nina bez przeszkód i w poczekalni dworcowej jak typowi podróżni popijaliśmy przy stoliku lemoniadę oczekując na pociąg. Opaski z literą "P" były oczywiście schowane. Nie siedzieliśmy długo, gdy przed nami jak spod ziemi pojawiło się dwóch żandarmów, którzy nas wylegitymowali i zrewidowali. Ze była to ucieczka - nie mieli wątpliwości. Zaprowadzili nas do komisariatu i zamknęli w areszcie. Dostałyśmy zupę. Wszystkie moje towarzyszki zachwalały ją, mama mówiła, że to ta sama zupa, jaką jedzą niemieccy żandarmi, a więc musi być dobra. Tłumaczenia były daremne, nie chciałam jej jeść. Jadłam chleb kosztem mamy i Niny, bo tylko chleb tolerowałam.

                                                                        ***

         Następnego dnia zaprowadzono nas do Arbeitsamtu9 i postawiono przed oblicze jakiegoś urzędnika. Nie wypierałyśmy się ucieczki. Mamusia wystawiła mnie przed sobą jako główny powód naszej eskapady, mówiąc, że kinder krank10 i musi jechać do kraju, żeby mnie móc dobrze odżywić. Przez tłumacza zapytano nas, gdzie chciałyśmy jechać. Stwierdziłyśmy, że oczywiście do Warszawy. Odpowiedziano nam, że Warszawy już nie ma - istnieje . Patrzyłyśmy na mówiącego to człowieka, jak na majaczącego w gorączce. Nie uwierzyłyśmy w żadne jego słowo. Treść jego wypowiedzi nie mieściła się nam w głowie: Warszawy nie ma? Jak to nie ma? Warszawy...? Naszego miasta - wielkiego miasta - nie ma? Gdzie niby nagle się podziało...? Ustąpiłyśmy mu, jak komu choremu, a mama orzekła, że w takim razie pojechałybyśmy na wieś koło Sochaczewa gdzie mieszkają znajomi i gdzie są nasi ojcowie oraz mężowie. Wówczas wygłosił poważną mowę mniej więcej tej treści -  Tam jest w tej chwili front i byłybyśmy narażone na głód, poniewierkę i przemoc sowieckich żołnierzy, a tutaj jesteśmy pod ich opieką, dają nam jeść i nic złego się nie dzieje. Planuje  się wywóz matek z dziećmi do Generalnej Guberni  i jeśli to nastąpi będzie o nas pamiętał a tymczasem mamy uczciwie pracować dla dobra niemieckiego narodu i  fűrera11. "Do domu" odwieźli nas żandarmi.  W ten sposób skończyła się nasza nikła nadzieja na wolność i powrót do kraju.

                                                                      ***

           Niemcy, z którymi zetknęliśmy się w Oberweistritz nie byli źli, jak na panujące czasy. W fabryce ich rodacy pracowali dwanaście godzin, tak samo, jak Polki i Rosjanie. Nie bito nas, mieliśmy swobodę poruszania się (oczywiście w pewnych granicach), poza tym - nie żyliśmy za drutami.

                                                                      ***

         W fabryce żądali solidnej pracy, ale tego wymaga przecież każdy pracodawca. Jedzenie, a głównie chleba było mało, ale u nich też z tym nie było najlepiej.
         Nina i inne dzieci pracowały w oddzielnej, przeszklonej hali na pierwszym piętrze, z oddzielnym wejściem po  schodach, które były umieszczone po zewnętrznej stronie budynku. Najmłodsi składali zawiasy pracując młotkiem na kowadle - pod nadzorem garbatego majstra nazwiskiem Szprige. Całą fabrykę pod względem technicznym nadzorował inżynier - ryży  blondyn, którego Polki nazywały Rudym.Kiedy się zbliżał, ostrzegały się wzajemnie, cicho przekazując sobie hasło: Rudy. Wkrótce Niemki przejęły zwyczaj - na widok wiadomej osoby - Rudy - szeptali już wszyscy.Wszystkim rządził gestapowiec, ubrany na czarno, poza tym, w ogóle, cały czarny. Polki nadały mu zresztą takie przezwisko. Za to szef - właściciel fabryki był spokojnym, cichym człowiekiem, który nie wadził nikomu.
Zdarzało się, że w hali u Niny dzieciaki, znużone monotonną pracą urządzały sobie zabawę w chowanego. Szukającym zaś zostawał... Herr12 Szprige. Jedno z dzieci stawało w oknie na czatach - z tego miejsca można było dostrzec każdego, kto szedł do hali. Byłam kiedyś świadkiem takiej zabawy, kiedy Nina kazała mi przyjść do fabryki, bo znów coś uknuła. Weszłam w momencie, kiedy majster właśnie szukał dzieciarni Udawał, że nikogo nie widzi i nie może znaleźć, wreszcie wszystkie głowy wynurzyły się jednocześnie zza stołów chórem wołając: Herr Szprige, Herr Szprige, Her Szprige! Dobry to był człowiek. Nina tego dnia miała dla mnie kiść winogron, którą upatrzyła sobie kilka dni temu na murze domu szefa.

                                                                ***

             Wszystkie matki całą swoją inwencję wkładały w to, aby z niczego ubrać, przede wszystkim, własne dzieci. Mimo ich największych starań i tak nie udawało się skompletować całej, potrzebnej każdemu, garderoby. Wśród nas znajdowała się również - zupełnie sama, czternastoletnia Stefa. Jej rodziców zabito, jeszcze w Warszawie. Ubrania dla niej nie miał więc kto skombinować. Wtedy, o dziwo, z inicjatywy her Szprigego Niemki z fabryki zrobiły jej na drutach czapkę, szalik, rękawiczki oraz skarpetki. Przyniosły, przeznaczone także dla niej, też podniszczone spodnie i kurtkę.

                                                                ***

         Mama początkowo pracowała przy maszynie w dużej hali. Było tam kilkadziesiąt stanowisk pracy. Potem została przeniesiona do innej, niewiele mniejszej. Stało tam urządzenie, które miał ogromnie długie i wysoko zawieszone pasy transmisyjne - to właśnie przy nim mamie kazano pracować. W drugiej części hali stał ogromny piec, przez którego drzwi dwudziestoletni Rosjanin Kola wkładał i wyjmował szczypcami rozżarzone żelazo. Pracowali w tej hali tylko we dwoje, tydzień na nocną zmianę, tydzień na dzienną. W każdą sobotę Kola - jak  wszyscy Rosjanie kończył pracę wcześniej. Na nocnej zmianie już nie pracował - gdzieś, wraz z resztą Rosjan, jeździł. Na moje pytanie dokąd jadą, Kola odpowiadał, że do teatru. Polki natomiast, mówiły między sobą, że Niemcy podlizują się Rosjanom i dlatego dają im pewne ulgi. Nieważne, zresztą, jak było naprawdę - faktem jest jednak, że mama w sobotnie noce - w wielkiej, ciemnej hali, zostawała sama... Małe światełko wydobywało z mroku tylko maszynę, przy której pracowała. Co godzina jedna z Niemek przynosiła materiał do roboty, a inna zabierała pracę wykonaną przez mamę. Pewnej soboty, mama niespodziewanie, zupełnie się rozkleiła. Płakała przy tym gorzko - nad naszym losem, z tęsknoty za krajem, mężem, Warszawą i domem. Rozpaczy sprzyjała noc i samotność. Dramat ten miał na szczęście świadka - sytuację dostrzegła bowiem jedna z Niemek, po czym wyszła - ale za chwilę znów wróciła... Pocieszała mamę serdecznie, głaskała ją po plecach, przytulała... Co jakiś czas wymieniała ją następna. Na zmianę, dyżurowały tak przy mamie całą noc...  Jak widać, nawet na poniewierce, można było znaleźć  ludzi wrażliwych na cudzą niedolę - jednak  mowa niemiecka, twarda i gardłowa, a słyszana wszędzie wokół, była nam nadal nienawistna...

                                                                 ***

            Pewnego dnia Wąsal oświadczył, że szykuje się do Polski transport kobiet z dużą ilością dzieci. Krążyła pogłoska, że to dlatego, że Amerykanie postawili ultimatum: albo Niemcy zwolnią matki z dziećmi, albo oni zburzą znajdujące się w górach zbiorniki wodne - co groziło zalaniem okolicy w promieniu dziesięciu kilometrów. Wiadomość podana przez Wąsala potwierdziła się wkrótce. W pierwszej turze, do Generalnej Guberni, wyjechała od nas kobieta z siedmiorgiem dzieci i pani Laszczukowa. W następnej kolejności byłyśmy my. Dostałyśmy prowiant na drogę: po ćwiartce chleba i małej kostce sztucznego miodu.

                                                                 ***

          Była piękna, słoneczna pogoda -  choć szczypał spory mróz. Jechałyśmy luksusowo, pociągiem osobowym, ale niestety... nie ogrzewanym. Podróż wiodła znajomym szlakiem: z przesiadką w Szchwaidnitz i w Breslau. Po drodze był kilkudniowy postój w uroczym miasteczku - Frankenstein. Pobyt tu różnił się od codzienności w Oberweistritz tym, że nikt z mojej rodziny nie musiał pracować, a na obiad jadłyśmy kawałki liści kapuścianych, zalane wrzątkiem bez soli. Jako szczęśliwe posiadaczki marek wybrałyśmy się do miasta po sól. Niestety, nie było jej w sklepach. Poza tym - za marki nie można było kupić już nic...

                                                                ***

              W jednaj z sal baraku siedziały stare kobiety - wyglądające równie egzotyczne, jak Cyganki - ubrane w długie, szerokie, czarne suknie. Mama powiedziała nam, że to, Łotyszki.

                                                                ***

              Po kilku dniach kontynuowałyśmy podróż. Pierwszą - brzmiącą cudowną  polszczyzną, nazwą stacji - była Częstochowa. Wysiadłyśmy na chwilę i poszłyśmy do bufetu. Wokół rozbrzmiewał wspaniały, swojski gwar ojczystego języka, wszędzie kręcili się Polacy. Ogarnęło nas wielkie wzruszenie... Mama wydobyła schowane głęboko polskie pieniądze i kupiła nam chałkę. Prawdziwą, polską, bielutką... Jadłyśmy małymi kęskami, delektując się - chwytałyśmy nawet najmniejsze okruszki, żeby nic z tego smakołyku nie uronić. Ogromna radość ściskała gardło.

                                                                ***

               W Krakowie, wprost ze stacji zaprowadzono nas do punktu RGO13. Po drodze, przygodnie napotkani  przechodnie wypytywał nas, cośmy za jedne, skąd i dokąd jedziemy. Od kilku z nich usłyszeliśmy obelgi i wyzwiska. Od swoich, od Polaków! W polskiej mowie, za którą tak tęskniłyśmy...!   Wytykano nam Powstanie, zarzucano brak odpowiedzialności, urągano, że teraz trzeba nas żywić i komentowano, że... dobrze nam tak! Bardzo dotkliwie raniły nas te krzywdzące oskarżenia i obelgi. Jeśli ktoś miałby potępiać Powstanie i jego przebieg, to my, Warszawiacy - jako ci,  którzy najdotkliwiej odczuli jego skutki. W naszym środowisku Powstanie było traktowane, jako wielkie dzieło, z którego byliśmy dumni. Dotychczas nie słyszałyśmy na ten temat słowa krytyki - był to  wielki, heroiczny zryw Warszawiaków.

                                                                  ***

           W punkcie RGO dostałyśmy po kubku gorącej kawy z mlekiem i suchary wojskowe. Zakwaterowano nas w starym, mrocznym i zimnym klasztorze, o wilgotnych murach. Biegały tam swobodnie szczury. Po tygodniu wydali nam dokumenty i mogłyśmy ruszyć dalej. Pojechałyśmy pociągiem do Skierniewic, żeby stamtąd dostać się do wsi Glinki, pięć kilometrów od stacji kolejowej Leonów. Pytałyśmy ludzi o drogę.  Szłyśmy szosą, podwożone czasem kawałek przez furmanki. Mróz był tęgi, śnieg skrzył się w słońcu i skrzypiał pod nogami. Do wsi Bednary, już po zmroku, podwiózł nas jakiś chłop i pozwolił wejść do chałupy. Było tam ciepło, rozchodziły się nęcące zapachy przygotowywanych na święta potraw. Następnego dnia wypadała wszak Wigilia... Przyjęto nas gościnnie. Dostałyśmy po kawałku postnego ciasta i gorącej kawy z mlekiem. Spałyśmy w kuchni na wiązce słomy. Nareszcie nie było nam zimno. Rano ruszyłyśmy w dalszą drogę - miałyśmy  do przebycia około piętnastu kilometrów. Wędrowałyśmy cały czas pieszo. W Leonowie zamiast pójść w prawo, poszłyśmy w lewo od szosy i dotarłyśmy aż nad Bzurę. Tam zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak, gdyż już dawno powinnyśmy być na miejscu, a tu - zamiast wsi - rzeka i pustkowie. Okazało się, że szłyśmy w odwrotnym kierunku i w ten sposób nasza droga wydłużyła się do dwudziestu kilometrów.  Kolejny przystanek zrobiłyśmy już prawie u celu, we wsi, która nazywała się Bożymówka. W gościnnym domu najadłyśmy się i ogrzały. Mama postawiła gospodyni kabałę.
          W Glinkach u państwa Zimochodzkich - rodziców pani Trębickiej - znalazłyśmy się późnym popołudniem. Trwały właśnie przygotowania do wieczerzy wigilijnej. Nikt się nas nie spodziewał. Pani Zimochodzka postawiła przed nami talerze z parującymi krojonymi kluskami, okraszonymi skwarkami, z białym, świeżym, rozgniecionym serem. Dzisiaj mam już dużo lat. Od czasu do czasu, robię taką potrawę, w nadziei, że może wreszcie uda mi się osiągnąć niebiański smak, jaki miały tamte kluski. Jak dotąd nie udało mi się.
           Na pytanie o ojca powiedziano nam, że wyjechał do Warszawy gdzie Niemcy przyjmują ochotników do pracy przy umacnianiu okopów. Dopiero teraz zrozumiałyśmy naprawdę, jak źle mu tu tutaj było. Gospodarz z sąsiedniej wsi, u którego kwaterował ojciec, ciągle wymawiał mu jedzenie. Tu nie mogli go wziąć, bo jak przyszli obaj z Laszczukiem, to było już na miejscu dwóch innych uciekinierów, nie daliby rady. Pierwsze święta bez was - nie dziw, że nie wytrzymał. Poszedł zobaczyć, czy wasz dom w Warszawie stoi. Ogarnął nas wielki żal. Mama omówiła tę sprawę z państwem Laszczukami i Zimochodzkimi i pojechała śladem ojcem. My też chciałyśmy jej towarzyszyć w tej podróży, ale mama , bardzo rozsądnie, wolała nas zostawić w cieple i mieć pewność, że nie będziemy głodne, bo nie wiadomo było, jak tam się ułoży.   Przykro nam było - w  święta, w obcym domu, bez rodziców... Po kilku jednak dniach wrócili razem. Jak go znalazła - nie  mieliśmy pojęcia. Przedsiębiorcza mama przywiozła do sprzedania jakieś ciuchy, kupione we Włochach, za przedpowstaniowe pieniądze ukryte gdzieś w zakamarkach palta. Wynajęła pokój u gospodarza w sąsiedniej wsi - Dołowatce. Zamieszkaliśmy tam we czworo. Mamusia zabawiła z nami bardzo krótko, tyle tylko, żeby nas jakoś urządzić i pojechała do Włoch po następną partię towarów do sprzedania. Ze wsi wiozła na handel mąkę i kaszę. Znów na nią spadł ciężar utrzymania nas czworga... Mieszkałyśmy u tego samego gospodarza, u którego wcześniej ojciec pracował, ale jego pozycja znacznie wzrosła, gdyż mama za wszystko płaciła gotówką. Miał już pieniądze na jedzenie i dach nad głową, a dla tego akurat człowieka gotówka liczyła się najbardziej. Jedzenie co prawda, było marne, ale przynajmniej go nie brakowało.Wkrótce zjawiła się mama i oznajmiła, że tylko patrzeć, jak Warszawa będzie wolna, a może teraz  już jest. Nic tu po nas... Czas wracać do domu. Trzeba tam organizować życie. Rodzice postanowili, że na razie pojadą we dwoje,  po nas wrócą  później. Ale na Ninę nie było siły. Uparła się, że z nimi pojedzie i koniec. Zostawili mnie samą. W jakim zakresie zabezpieczyli mnie materialnie u gospodarzy - tego nie wiem - w  każdym razie zaczęło się dla mnie istne piekło.  Miałam wymawiany każdy kęs chleba, każdą łyżkę zupy. Przez matkę gospodarza byłam wyzywana od darmozjadów i podrzutków. Mówiła, że po mnie wcale nie przyjadą i na ich głowy spadnie jeszcze jedna gęba do żywienia. Gospodarz nic nie mówił tylko patrzył na mnie spode łba. Było mi bardzo źle - pod jego spojrzeniami cofałam się ze strachu pod ścianę. Do tego bardzo tęskniłam za rodzicami. Zdarzały się też lepsze chwile, gospodyni po cichu, w tajemnicy przed mężem i teściową dawała mi gdzieś w kąciku chleb ze słoniną. W takich momentach najbardziej wzruszałam się i szłam popłakać gdzieś w ukryciu.

                                                                 ***

        Warszawa była już, z pewnością, wolna. Rosyjskie wojska przechodziły przez wieś, pobliską szosą jechały czołgi. Rosjanie kwaterowali we wsi, również w naszej chałupie.. 
         Po zainstalowaniu się, w wyzwolonej dopiero co Warszawie, mama z Niną wyruszyły po mnie. Ojciec został żeby zbić łóżko do spania i zgromadzić trochę opału.
         Pociągi pasażerskie jeszcze nie jeździły, gdyż rezerwowane były wyłącznie dla wojska. Mama i Nina szły więc pieszo. Miały do przebycia siedemdziesiąt kilometrów, a tego roku był wielki mróz. Nie  ustawały zamiecie, szalały zawieje i zadymki. Wiatr zrywał dachy stodół. Chodzenie podczas tej zimy było koszmarem. Buty miały drewniane podeszwy. Do ich zelówek przyklejał się śnieg, szczególnie ten miękki, mało ubity. Po kilkunastu krokach pięty zapadały się, a czubki butów wznosiły. Trzeba było przystawać i zmarzniętymi rękami odrywać śnieg od zelówek. Po kilkunastu krokach sytuacja powtarzała się - jednak te dwie słabe istoty, w niezbyt cieplej odzieży zmagały się z mrozem i wiatrem. Nina miała zaledwie trzynaście lat. Czasami podwozili je furmankami litościwi ludzie. Jedzenia ze sobą nie miały, bo i skąd. Mama miała pieniądze, i była pewna, że cos po drodze kupi. Pieniądze jednak okazały się bezwartościowe - w tym czasie nowe były już w obiegu, więc na prośbę o sprzedanie chleba, pytali o lubelskie pieniądze. Jeśli ich nie było - nie było mowy o chlebie. Tak działo się we wszystkich napotkanych gospodarstwach. Czasem ktoś przez szparę w drzwiach, wysuwał kawałek chleba jak żebraczkom. Nie było się nawet gdzie ogrzać. Mama poganiała Ninę tak, że obie prawie biegły - wiedzione już tylko wolą przetrwania... Mama, zdając sobie sprawę z tego, że nigdzie ich nie wpuszczą, by mogły się ogrzać, prosiła jedynie o sprzedanie chleba - wysyłając Ninę na przód. Jeśli dostała w formie jałmużny, jedną kromkę - biegła z nią do przodu i dawała Ninie mówiąc, że sama już jadła. W jednej ze wsi sołtys przymusowo wyznaczył im na noc kwaterę. Wskazany gospodarz zaprowadził je do stodoły i dał po kawałku chleba. Rano, chcąc podziękować z nocleg i przy okazji ogrzać się przed dalszą drogą, skierowały się do chałupy. Nie zdążyły do niej dojść - gospodarz    wyszedł im naprzeciw. stanowczo nakazał poczekać na podwórku, zaś sam udał się do stodoły sprawdzić, czy czegoś nie ukradły. Dopiero po tych oględzinach mogły iść dalej. Kilka kilometrów przed Szymanowem, napotkany chłop zabrał je na wóz. Zbliżał się wieczór. Mama poprosiła go o nocleg. Na to usłyszała: Ja to bym was wziął, ale moja stara nie pozwoli. Trącaj pani tę małą, bo zaśnie i zamarznie... Do tej chałupy nie chodź pani, bo skąpi... Do tej też nie... Ta najbliższa, to straszna bieda... Wdowa z synem... Zarabia praniem, sama nic nie ma.... Najlepiej idź pani do sołtysa, on musi wyznaczyć przymusowo, jak na mnie trafi, to przenocuję, bo mus to mus... Mama tego dnia nic nie jadła, a przez dwa poprzednie - tylko po kromce chleba. Nina dostawała ich po kilka, a w jednym gospodarstwie wyniesiono jej nawet pół talerza barszczu. Zsiadły z wozu. Nie miały już sił i ich wola też słabła... Zmarznięte nogi i ręce były jak kołki. Nie  wiele myśląc zapukały do najbliższej chatki - tej  nędznej, najbiedniejszej. Drzwi otworzyły się natychmiast i buchnęła w nie gorąca para z balii. Mama nie była w stanie nic powiedzieć, zachwiała się tylko - lecz już wyciągnęły się w jej kierunku dobrotliwe ręce. Chłopiec znalazł się u boku kobiety, nie wiadomo skąd i krzyknął: Mamo, tam z tyłu stoi jeszcze dziewczyna. Wciągnięto je do środka, rozebrano, mamę ułożono na łóżku pod pierzyną. Wpuszczano jej stopniowo do ust łyżeczką gorące mleko. Ninę również nakarmiono. Obydwie spały tej nocy pod pierzyną na łóżku chłopca, a on na wiązce słomy na ziemi. Czy los, choć trochę, wynagrodził wielką dobroć tych ludzi?

                                                                  ***

          Rano, nakarmione i napojone gorącym mlekiem, zaopatrzone w chleb, wyruszyły w dalszą drogę. Chłopak wiózł Ninę sankami, dobrych kilka kilometrów. Szły nigdzie nie wstępując, pieczołowicie niosąc otrzymany chleb - dar tych dobrych, życzliwych ludzi, jakby kawałek ich serca - mogły dzięki niemu uniknąć kolejnych upokorzeń w podróży. Do mnie dotarły wyczerpane zupełnie. Wykończony głodem organizm mamy. odmówił w końcu posłuszeństwa. Jak tylko weszły za próg, mama po prostu upadła na podłogę i już nie wstała... Teściowa gospodyni - wiedźma, leczyła mamę ziołami i dokarmiła ostrożnie. Nie robiła tego dla nas, lecz ze strachu, żeby mama nie umarła - miałaby wtedy na głowie pogrzeb i jeszcze utrzymanie nas dwóch. Dzięki tej wyrachowanej opiece, mama jakoś stanęła na nogi.

                                                                   ***

       Nadszedł nareszcie czas powrotu! Poszłyśmy pieszo na stację kolejową Leonów. Dowiedziałyśmy się tam, że pociągi pasażerskie nadal nie kursują. Przejeżdżają tylko składy wojskowe i często nawet się nie zatrzymują. Czasami jednak przy stają pociągi  towarowe, ale nie wiadomo, które i kiedy. Może będzie to dziś, może jutro, a może dopiero za tydzień... Rozłożyłyśmy się na stacji obozem. jak Cyganie, stapiając się wkrótce z tym, którzy już czekali od kilku dni. Spałyśmy na podłodze, bo wszystkie ławki były już zajęte. Pociąg - towarowy, z węglem - zatrzymał  się dopiero czwartego dnia. Wszystkie wagony były odkrytymi platformami. Na niektórych znajdowały się strażnicze budki bez drzwi, z jedną tylko, tylną ścianką. Udało nam się wcisnąć w jedną z nich. Na stojąco, smagane mroźnym wiatrem, dojechałyśmy do Warszawy, na Dworzec Zachodni. Zdążałyśmy do ukochanego miasta, jak ptaki, które wracają do swoich gniazd...

                                                                ***

            Warszawa przedstawiała widok opłakany. Dróżki miedzy gruzami wyglądały, jak górskie przełęcze - ulice rozpoznawało się na wyczucie. Nie można było odróżnić, gdzie chodnik, a gdzie jezdnia. Wokół widziało się jedynie zgliszcza, przysypane śniegiem Gdzieniegdzie tylko stał jeszcze szkielet wypalonego domu.
          Nie mogłam się doczekać, kiedy dojdziemy do naszego domu. Spodziewałam się zastać go takim, jakim zostawiłam. Jakie wielkie było zatem moje rozczarowanie na jego widok - front wprawdzie stał, ale była to tylko ruina - straszyły wypalone mury bez sufitów i podłóg, bez schodów, z pustymi oczodołami okien bez ram. Z oficyn zostały bezładnie spiętrzone kupy gruzów. W naszym mieszkaniu uczepione jednym rogiem do wypalonego muru, zwisało coś, co było dawniej telefonem... Podwórko też wyglądało zupełnie inaczej - małe, bez śladu bzu i nasturcji - w niczym już nie przypominało tego z moich snów.
        Rodzice moi nie należeli do stada ludzkich hien, których wówczas, po spustoszonym wojną mieście, grasowało mnóstwo. Nie zamierzali żerować na cudzej krzywdzie. Nie wybrali nam więc ocalałego od zniszczeń lokalu, zdatnego do zamieszkania od zaraz, choć przecież można było taki znaleźć. Cóż jednak poczęlibyśmy, gdyby wrócili jego prawowici właściciele...?
        Naszym obecnym domem stała się suterena pod oficyną, do której wpełzało się, niemal na czworakach, przez dziurę wybitą w rumowisku. Na zewnątrz leżał gruz, ale mocne sklepienie wytrzymywało jego napór.
        Okienko ojciec oszklił, wyszperaną gdzieś, ocalałą jakimś cudem, szyba. Na środku mieszkania własnoręcznie zainstalował okrągły piecyk węglowy, od którego rura wypuszczona została przez dziurę na zewnątrz.
         Łóżko stanowiła jedna, zbita z desek, duża prycza. Spaliśmy na niej wszyscy razem, we czworo, żeby było cieplej. Mieliśmy tylko jedną kołdrę, wydobytą z gruzów własnej piwnicy - w ogóle, w tym akurat pomieszczeniu ocalało wszystko - poza, oczywiście, beczką peklowanej szynki i radiem - jednak niestety, niewiele więcej tam było - kilka książek, trzy stare talerzyki (które, nie wiadomo skąd, się tam znalazły), kilka fotografii i mój portret z komunii. Na jednym z tych talerzyków, co roku, w każdą Wigilię leży opłatek. Kołdra wrzucona tam kiedyś z powodu starości, kiedy rodzice kupili nową. Miała pozbijaną watę, poza tym - była cienka i oczywiście bez powleczenia. Za to poduszkami nie było kłopotu, bo w podwórkach brodziło się w pierzu - zbieraliśmy je po prostu rękami - tylko potem, podczas snu, kłuły nas ostre kawałki szkła...
        Rodzice nie wzięli nic z obcego mieszkania, czy piwnicy. Na umeblowanie naszego nowego domu składało się to, co ocalało z ruin starego i co, ze znalezionych kawałków, zdołaliśmy złożyć sami. Oprócz łóżka i piecyka przynieśliśmy kilku desek. Ułożyliśmy je misternie na cegłach - konstrukcja ta z powodzeniem imitowała, całkiem przyzwoity, stół. Nadmiar majątku nam, w najbliższym czasie, nie groził - za to wszy, jak konie, mieliśmy wszyscy! Do tych wcześniej posiadanych - niemieckich - zdobytych już podczas pierwszego noclegu w twierdzy14 dołączyły, tym razem rodzime - z naszej własnej, piwnicznej kołdry. Kiedy tam trafiły? I oczywiście pluskwy, wielkie, czerwone, które oblazły całą Warszawę. Posiadaliśmy jeden garnek, również wydobyty z naszej piwnicy. Był duży, aluminiowy z oberwanym uchem. Służył kiedyś do gotowania szynki. Zostało nam jeszcze trochę żywności przywiezionej ze wsi: duży bochen chleba, trochę kaszy i mąki. Zapasów ubywało jednak zbyt szybko. W Warszawie nic jeszcze nie funkcjonowało. Ludzie dopiero napływali do miasta. Nie było pieniędzy, bo skąd, ani pracy, bo niby gdzie?
         Kiedy żywność się skończyła, mama i Nina poszły na Pragę - przekroczyły po lodzie zamarzniętą Wisłę - żeby sprzedać obrączkę. Chciały kupić coś do jedzenia oraz odzież. Udało im się dostać chleb, kartofle i kaszę. Zanim jednak wróciły do domu kartofle zmarzły. Podczas tej wyprawy spotkały znajomą, która poinformowała mamę, że w pięcioizbowym mieszkaniu, gdzie ona zajmuje jeden pokój, jest wolny jeszcze jeden w dobrym stanie, w oknach są nawet szyby. Było to na ulicy Próżnej, pod siódmym, na trzecim piętrze. Przeprowadziliśmy się natychmiast. Zgodnie ze zwyczajem wszystkich ówczesnych mieszkańców Warszawy, zostawiliśmy na wypalonym murze, w domu na Wolskiej, napis z nazwiskiem i obecnym adresem. Pokój był rzeczywiście w dobrym stanie - duży, widny, o dwóch oknach z szybami. Miał jednak dużą dziurę w ścianie, prowadzącą do sąsiedniego, jeszcze nie zamieszkanego pomieszczenia. Mebli właścicieli w mieszkaniu nie było - pewno zostały rozkradzione. Po podłodze walały się w nieładzie fotografie - pięknej, eleganckiej kobiety i jakiegoś oficera. Ojciec wstawił piecyk, przyniesiony z Wolskiej, ale rurę wypuścił tym razem przez okno, wyjąwszy przedtem szybę. Przestrzeń między rurą a oknem wypełnił dyktą.

                                                               ***

           Na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich z Marszałkowską powstało targowisko. Tam pierwszy raz, od niepamiętnych czasów, zobaczyłam szynkę. Wspominam jeszcze dziś jej wygląd - była piękna, wielka, sznurowana, z małą obwódką tłuszczu - i cenę - 550 złotych za kilogram! Napatrzyłam się wtedy do syta - bo tylko na nią, niestety, mogłam popatrzeć - nie było bowiem za co jej kupić, W domu goniliśmy resztkami kaszy jaglanej. Gotowało się ją na wodzie bez tłuszczu - danie to stanowiło cały nasz posiłek. Ciągle, na okrągło to samo -  kasza jaglana. Na chleb wciąż nie było nas stać... Za ostatnie pieniądze, mama kupiła trochę fasoli i kartofli, z których wspólnie ugotowałyśmy zupę. My same jej nie jadłyśmy - byłby to za duży zbytek. Garnek włożyłyśmy do kosza z wiórami i przykryłyśmy ściereczką. Mama i Nina zabrały ten skarb na targowisko - które wtedy już przeniesione było na ulicę Poznańską - gdzie zajęły się sprzedażą Podczas kiedy one handlowały, ja gotowałam kolejną zupę. Wróciły zmarznięte, z resztkami nie sprzedanej, bo już zimnej, zupy na dnie garnka. Poszły zaraz sprzedawać następną. Tę podgrzaną resztkę zjadłyśmy później we trzy, dzieląc się  sprawiedliwie. Tę zupę kupowali nie tylko sprzedawcy z targowiska, ale również zwyczajni przechodnie. Wielu z nich wyłuskiwało z kieszeni ostatnie grosze, aby móc zapłacić za niespodziewany luksus, jakim był dla nich talerz gorącej, domowej zupy - często pierwszy od wielu miesięcy... Klientów nie brakowało, lecz sprzedaż trwała zaledwie jeden dzień, gdyż zysk - okazał się dla nas zbyt mały, bowiem, kiedy miłosierne przekupki widziały, że amator zupy, po przeszukaniu wszystkich kieszeni, nie mógł zapłacić żądanej sumy, dawały mu porcję za to, co miał, litując się nad biedakiem... Choć więc nie był to żaden złoty interes - w końcu jednak, za uzyskane dzięki niemu pieniądze pozwoliły nam na zrobienie pewnych zapasów żywności, w postaci - a jakże - kaszy jaglanej...
         Od sąsiadki, dawnej znajomej, mama pożyczyła trochę pieniędzy, za które kupiła kilogram tytoniu. Rozważyła go w papierki po dwa, trzy i pięć dekagramów i poszła sprzedawać. Od tej pory, wszystko zaczęło iść nieco lepiej, nie było wreszcie  problemu z kupnem tej przeklętej kaszy, a mama powoli mogła spłacac nasze długi.

                                                                     ***

  Pewnego dnia ojciec wracał z Wolskiej z powiązanymi blatami i nogami kilku taboretów, które wygrzebał spod gruzów naszego domu. Zamierzał je zmontować do naszego użytku. Zapadał już zmrok, gdy na drodze spotkał rodzinę z tobołkami. Widok taki nie był niczym niezwykłym - ludzie  wciąż jeszcze, wracali do domów, bądź przybywali do Warszawy, aby się w niej  osiedlić. Niektórzy z nich przesiedlali się właśnie - ze  wschodu - na zachód. Wędrowcy zaczepili ojca, gdy ich mijał. Prosili o wskazanie w gruzach miejsca, w którym mogliby spokojnie i bezpiecznie spędzić noc. On zaś popatrzył na nich, otaksował wzrokiem i powiedział - Bezpiecznie? Z tymi tobołkami, tu napadają dla każdej rzeczy - butów z nóg, palta, rękawiczek, czy czapki - jak niby z takim majdanem mielibyście być bezpieczni? W tych ruinach zostalibyście nadzy i bosi!. Podróżni byli zrozpaczeni. Nie mieli się gdzie podziać, ulitował się więc, mówiąc: ?U mnie w domu jedzenia nie ma, możecie dostać tylko kaszy jaglanej.  Łóżek też nie ma, ale podłoga wolna, możecie przenocować". Zaufali mu wtedy - matka, jej dwóch dorosłych synów i dziesięcioletnia córka - przesiedleńcy ze wschodu na zachód... prawdę mówiąc, nie mieli innego wyboru. Po przyjściu do naszego domu zaczęli wyciągać z tobołków jedzenie: chleb, słoninę i bimber. To oni zrobili kolację. Jaka ona była pyszna! Częstowaliśmy się jednak wstrzemięźliwie, bo przed nimi jeszcze długa droga. Jakież było nasze przerażenie, kiedy w pewnej chwili ojciec - po wypiciu pół szklanki musztardówki bimbru padł jak nieżywy. Wycieńczony organizm nie zdołał wytrzymać tak stężonej dawki alkoholu. Usiłowaliśmy go ocucić wszystkimi dostępnymi sposobami. Jakoś się nam udało, wrócił wreszcie do przytomności. Rano goście odeszli, ale wcześniej, jedliśmy jeszcze  na śniadanie ich chleb.

                                                                   ***

           Po zachodzie słońca, nieoświetlone miasto wyglądało jak wymarłe - nikt, kto miał odrobinę rozumu w głowie - o tej porze  nie wychylał nos za próg.Napady w tym czasie w Warszawie były na porządku dziennym. Włosy jeżyły się na głowie ze strachu, kiedy po zapadnięciu zmroku, słyszało ze wszystkich stron się wołanie o pomoc... Była taka jedna, pamiętna noc - w okolicy nie zmrużył wtedy oka, chyba nikt - mieszkańcy całej ulicy siedzieli czujnie zamknięci na cztery spusty w swoich mieszkaniach, niemal nieprzytomni ze strachu. Obudziło nas głuche walenie w drzwi - jakby   łomów czy siekier - po czym rozległo się przeraźliwe wołanie o ratunek. Dobiegały skądś ochrypłe wrzaski. Głosy, na zmianę cichły i natężały się... Ojciec tłumaczył nam, żeby się nie bać, bo przecież  do nas nie wejdą - nie  mają  po co. Przyszli najpewniej do kogoś, o kim wiedzieli, że ma majątek. W pewnej chwili usłyszeliśmy huk - to były strzały napastników, potem jeszcze zabrzmiał warkot samochodu i nagle wszystko ucichło.

                                                                   ***

        Wodę nosiło się do domu w wiadrze - szło się po nią straszny kawał drogi, a ręce z trudem utrzymywały ten ogromny  ciężar - pochodziła ona z   pompy, znajdującej się Placu Grzybowskim, na olbrzymim podwórku, na tyłach kościoła. To był nasz obowiązek - Niny i mój -  a jeszcze  należało do nas zabezpieczenie opału, oczywiście drewna. Na szczęście tego było mnóstwo.Wszędzie, z gruzów wystawały niedopalone listwy, futryny i deski. Po drewno chodziło się jednak całą grupą. Była to wielka przygoda - zbierać  byle gdzie, to nie sztuka - musiało być trochę utrudnień... Tak więc banda wyrostków z całej okolicy, pod przewodnictwem najsilniejszych chłopaków wspinała się do góry - po czym się dało -  na same szczyty wypalonych domów. Jeśli, z pół zawalonego sufitu, wystawał gdzieś kawałek deski, ciągnęliśmy ją wspólnie, z całych sił. Najczęściej cała chwiejna reszta waliła się, a my zmykaliśmy co sił w nogach. Jakoś zawsze udawało się nam uciec... W naszych wędrówkach po opał, osiągnęliśmy takie rekordy wysokości, jak dachy domu Pasty i Prudencjalu15. Na ten ostatni, na samą górę, udało nam się kiedyś wbiec po cudem ocalałych schodach. Cała konstrukcja stała, niezniszczona jak opoka - prawie nie zniszczona.Nina w tych wspinaczkach zawsze była w czołówce. Kiedy rodzice dowiedzieli się o naszych wyprawach, kategorycznie nam ich zabronili.

                                                                     ***

         Pewnego dnia obydwie siedziałyśmy w domu i piekłyśmy z otrąb placki na blasze. Ponieważ były to już resztki - a stanowiły pożądaną odmianę, po nieśmiertelnej kaszy - postanowiłyśmy z jedzeniem poczekać, aż upieczemy wszystkie. Wtedy się podzielimy i będziemy miały wrażenie, że jest ich więcej. Decyzja ta zemściła się na nas okrutnie. Gdy stałyśmy przy piecyku, przyszedł znajomy ojca, zapytać, kiedy można go zastać. Usiadł w pobliżu i grzał sobie ręce, zjadając przy tym kolejno pieczone placki... Bez słowa odprowadzałyśmy wzrokiem jedzenie, wstydziłyśmy się zaprotestować. Jak już wszystko zjadł, to sobie poszedł.

                                                                      ***

         W tym czasie, wzdłuż całej ulicy Marszałkowskiej, jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać sklepiki. W budkach, w nie tynkowanych pomieszczeniach, byleby tylko był dach nad głową i podłoga - obojętnie, z czego. Sprzedawano w nich najróżniejsze wędliny - od najdroższych, do najtańszych, poza tym kawior, słodycze, tkaniny, ubrania - słowem wszystko, na czym dało się zarobić pieniądze. W wagonach tramwajowych otwierano pierwsze kawiarnie i restauracje. Miasto budziło się z długiego odrętwienia i na nowo nabierało chęci do życia...

                                                                  ***

         Przyszła wiosna... wydawała się nam nadzwyczaj piękna - zwłaszcza z Ogrodem Saskim w pobliżu. Świat stopniowo odzyskiwał utracone barwy... Byt też się nam poprawił - nareszcie mieliśmy w domu chleb, a w niedzielę nawet masło do niego. Pierwsze masło wąchaliśmy wszyscy - pamiętam, że  pachniało nam ono samą wiosną. Mogliśmy teraz pozwalać sobie na rozpustę -  mama pewnej niedzieli, ugotowała na kurze rosół, ze wspaniałym, cienkim - jak tylko ona potrafiła robić - makaronem. Ojciec w tym czasie pracował w jakimś przedsiębiorstwie komunalnym. Zapłatą za pracę były trzy bochenki chleba  i butelka oleju na tydzień. Dyrekcja tego zakładu urządziła, dla dzieci pracowników, spóźnioną choinkę noworoczną w salach gmachu BGK16  Wiersze dla dzieci recytował sam Ładosz. Dostałyśmy paczki ze słodyczami - pierwszymi, jakie jadłyśmy od wielu miesięcy. 

                                                                  ***

           Zaczęła się pojawiać - rozproszona podczas wojennej zawieruchy - rodzina. Przyszła do nas z trojgiem dzieci żona najmłodszego brata mamy. Nie miała gdzie się podziać. Jej dom był w gruzach. O wujku nie było wiadomości. Nie wrócił z obozu. Ojciec wyszykował jej pokój obok nas, sklecił prycze. Klepała jeszcze większą biedę niż my - zaczynała - od początku - na domiar złego - tylko w pojedynkę. My ten pierwszy, najtrudniejszy okres, mieliśmy już za sobą. Wkrótce przyszła do nas najmłodsza siostra mamy. Przyniosła wiadomość, że obok niej jest wolny jeden lokal - niewielki pokój z małą kuchnią - a właściciele na pewno nie wrócą. Sama była już urządzona we własnym mieszkaniu, na Gibalskiego. Cała ta ulica ocalała. Skwapliwie skorzystaliśmy z tej wspaniałej okazji... nowe mieszkanie było lepsze niż zajmowane przez nas obecnie, może rzeczywiście, trochę małe - za to dwuizbowe, z wodą i czynną ubikacją. Przenieśliśmy do niego nasze nędzne meble: prycze, taborety i trochę pościeli. Umieściliśmy na ulicy Wolskiej nowy napis z obecnym adresem.
          Odnalazła nas babcia, matka naszego ojca. Przyniosła mu wiadomości o rodzinie. Na Starówce w Powstaniu zginęło dwóch jego braci i czworo bratanków. Opowiadała, że jeden z synów został trafiony odłamkiem - stało się to trzynastego sierpnia, kiedy powstańcy zdobyli niemiecki czołg, nie wiedząc, że jest to pułapka. Leżał na bruku podwórka i błagał: Mamo, niech mi mama poprawi nogi, tak strasznie mnie bolą, a nóg już nie miał, zostały urwane. Wkrótce zmarł. Babcia zamieszkała z nami i zajmowała się domem. Dotąd ten obowiązek spoczywał na Ninie i mnie. Był taki podział pracy: Nina sprzątała, a ja gotowałam. Rodziców nie było przez cały dzień. Wychodzili rano - mama  handlować, a ojciec do zakładu.. Po robocie ojciec szedł do mamy i wracali razem, kiedy zapadał zmierzch. Nieśli towar, ciężką wagę szalkową i odważniki, w co zdążyła się już mama wyposażyć. Babcia była u nas krótko. Dostała wiadomość, że jej jedyna córka po wyzwoleniu z obozu pozostała na Ziemiach Odzyskanych. Wyjechała do niej.  Latem wróciła z obozu moja ulubiona ciotka - najstarsza  siostra mamy, najbardziej z nami zżyta - z  córką Marysią, starszą od Niny o sześć lat i Mirką młodszą ode mnie. Do Powstania mieszkała blisko nas, na Chłodnej 51. Był jeszcze z nimi malutki Krzyś - syn Marysi, który urodził się w maju, tuż przed Powstaniem. Nic nie było wiadomo o najstarszym synu ciotki Marty - Janku, który walczył w Powstaniu.  Był on moją dumą. Nasz najstarszy brat, chociaż nie rodzony, miał aż dwadzieścia dwa lata. W moich oczach jego wielki autorytet podnosił fakt przynależności przez całą wojnę do AK17. O wujku, mężu ciotki, również nie mieliśmy wiadomości18. Zrozumiałe więc było, że wszyscy razem zamieszkali u nas. Dom nasz był bardzo ciasny, pokój miał zaledwie dwanaście metrów kwadratowych, ale należał do nas.Poza tym mieliśmy co jeść, może niewiele, ale nie głodowaliśmy. Było - przede  wszystkim, pod dostatkiem chleba - nawet mięso w niedzielę.

                                                                     ***

       Ciotka poszyła nam koszule nocne z białego, spadochronowego nylonu, który przywiozła ze sobą z Niemiec. Były to pierwsze koszule nocne od czasów sprzed Powstania. Zaczęły się też wkrótce problemy z ubraniami - najgorsze chyba - dla Mirki... rzeczy po Marysi pierwsza nosiła Nina, po niej ja, a na końcu - Mirka. Na nią - najmłodszą z nas - wypadało donaszanie najbardziej zniszczonych ubrań. Obydwie byłyśmy straszliwie zbuntowane, ale nie było rady - brakowało pieniędzy na kupno ubrań całej naszej czwórce. Pewnego dnia wrócił Janek. W dobie niezgrabnych tłumoków i tobołków, zdartych butów i połatanych ubrań, stanął w drzwiach - w garniturze z angielskiej wełny i z elegancką walizką w ręku - wyglądał, jak z żurnala. Przyniósł same cuda - dary, otrzymane od Amerykanów, wyzwolicieli obozu jenieckiego, w którym był uwięziony. Wyjął parę tabliczek czekolady, kilka puszek konserw, suchary, a nawet kupon materiału, z którego uszyty został później płaszcz dla Marysi - on również przebył, w ustalonej kolejności - drogę, aż do rąk Mirki.

                                                                     ***

          Wieczorem podłoga całego pokoju zamieniała się w jedno wielkie legowisko. Spało nas siedem osób - rodzice  w kuchni. Może było trochę ciasno, za to, jak wesoło! Niby kładliśmy się spać, lecz opowiadaniom i śpiewom nie było końca - tak długo, że zniecierpliwieni rodzice pukali w ścianę, uciszali nas, żebyśmy wreszcie zasnęli. Między innymi Janek opowiadał nam kiedyś pewną, smutną historyjkę, nie pozbawioną jednak wojennego humoru... Był już późny wrzesień, z żywnością było bardzo źle. W piwnicach i mieszkaniach opuszczonych kamienic nie udawało się już znaleźć nic do jedzenia. Wszyscy byli głodni. Od kilku dni jedli tylko po kromce chleba dziennie. W rzadkich chwilach, wolnych od walki, drażnili się wzajemnie opowiadaniem o smakowitych potrawach. Pomysłowość ich, w wyszukiwaniu w pamięci coraz to innych dań, nie miała granic. A żołądki ściskał narastający stale głód. Pewnego dnia Janek i jego kolega zobaczyli, jak z czeluści piwnicy wyłoniła się pani z pieskiem. Porozumieli się wzrokiem... Podeszli do niej i poprosili -Proszę pani, pani da nam tego pieska - A po co wam? - Chcemy go zjeść. Pani była zgorszona i oburzona. Chłopcy jednak z całą bezwzględnością - właściwą młodości, z całkowitym brakiem zrozumieniem dla przywiązania człowieka do zwierzęcia - zastrzelili  psa. Oprawili go i zanieśli dziewczętom, mówiąc, że udało się im znaleźć dużego królika. Te zaś, uradowane niespodziewanym łupem, przygotowały pieczeń i zaraz odbyła się wielka uczta...

                                                                     ***

        Wszyscy rozglądaliśmy się za mieszkaniem dla ciotki i jej rodziny. Znaleziono wreszcie, na trzecim piętrze, pokój z kuchnią - bez tynku, okien i drzwi, w wysokim wypalonym domu, przy ulicy Chłodnej. Ojciec z Jankiem przystąpili do montowania drzwi i okien. O tynku, nikt nawet nie myślał - nie było pieniędzy, ani materiałów.
         Wróciła żona brata ojca, tego zabitego w Powstaniu. Przywiozła ze sobą starszego syna, trzynastoletniego Włodka. Młodszego zostawiła na wsi u rodziny. Jej mieszkanie na Starówce, przy ulicy Sowiej, było zupełnie zniszczone. Naturalnie, zatrzymała się u nas. Mieszkanie nasze było jak z gumy, poza tym - panowała w nim ciągła rotacja, bo wyprowadzali się jedni, a wprowadzali drudzy, tymczasowo, oczywiście. Oprócz najbliższych, rodzice przygarniali na nocleg również ludzi, którzy wracali z obozów, stawali bezradnie na ulicy i nie wiedzieli, gdzie się podziać. Wszyscy oni spali na podłodze, a rano wychodzili, żeby znaleźć rodzinę czy jakieś stałe lokum.

                                                                     ***

          Tymczasem - kończyły się nasze, niespodziewanie długie - wakacje. Nieubłaganie, zbliżał się termin zapisów do szkoły... Nina została przyjęta do Gimnazjum Handlowego przy ulicy Górnośląskiej. My, to znaczy Włodek, ja i Mirka trafiłyśmy do mojej dawnej szkoły - na Młynarskiej do VI, V, i III klasy. Krzyś zapisany został do przedszkola, również na Młynarskiej. Nietypowe były te powojenne przygotowania do nowego roku szkolnego - nie było za co kupić nam fartuchów, ani teczek. Życie jednak powoli zaczynało się normować...
Maj rok 1974

 


[1] Collegium Nobilium(łac. -  dawniej zakład nauk. Dla młodzieży szlacheckiej.

[2] Raus! (niem.) - pot.: wynoś się!

3 Breslau (niem.) - Wrocław.

4 Schweidnitz  (niem.) - Świdnica.

5 Oberweistritz (niem) - Bystrzyca Górna

6 krank (niem) - chory.

7 aufstehen (niem) - wstawać.

9 Bauer (niem.) - chłop, wieśniak.

9 Arbeitsamt (niem.) - urząd pośrednictwa pracy.

10 Kranke kind (niem.) - chore dziecko.

11 Führer (niem.) - wódz.

12 Herr (niem.) - pan.

13 RGO - Rada Główna Opiekuńcza, centralna polska instytucja opieki społecznej, dzialająca w Generalnej Guberni w latach 1940 - 45

14 Festung Breslau (niem.) - Twierdza Wrocław. W maju 1945 roku armia radziecka toczyła zacięte walki o wyzwolenie miasta, zamienionego w twierdzę.

15 Prudencjal - przed wojną był to najwyższy gmach w stolicy. Obecnie mieści się w nim hotel Warszawa.

16 BGK - Bank Gospodarstwa Krajowego, mieszczący się wtedy na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Zaraz po wojnie był siedzibą Magistratu.

17 AK - Armia Krajowa - polska , konspiracyjna organizacja wojskowa, działająca w kraju, w okresie okupacji hitlerowskiej, podporządkowana rządowi emigracyjnemu w Lądynie.

18 Nie wrócił nigdy - zginął w obozie koncentracyjnym, w Buchenwaldzie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten