Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)


         Mieszkałam na Wolskiej pod piętnastym, między ulicą Przyokopową a Karolkową, lecz bliżej Karolkowej, bo sąsiednia posesja pod siedemnastym - fabryka Henerberga - była domem narożnym. Fabryka była cicha, niemal niewidoczna, otoczona wielkim murem, obrośniętym dzikim winem.           Dom mojego dzieciństwa był dwupiętrowy od frontu, z dwiema trzypiętrowymi oficynami wewnątrz, po obu bokach. (...)   
         [1 sierpnia 1944 roku] usłyszałam strzały. Najpierw pojedyncze, z oddali, potem coraz więcej i bliżej i wreszcie brzmiał już jeden, nieprzerwany huk, szczęk, detonacje - piekło! Mieszkańcy domu pochowali się do piwnic. Potężne podmuchy detonacji gasiły świece. Strach paraliżował wszelkie działanie. Początkowo nikt nie wiedział, co się dzieje, ale w każdym tliła się iskierka nadziei, że idzie wyzwolenie. Tymczasem do załamania w murze przyskoczyli chłopcy, w biało-czerwonych opaskach i z granatami w rękach. Natychmiast otwarto bramę, dano im pić, otoczono kołem. zewsząd posypały się pytania i wreszcie wszystko stało się jasne... Pamiętam, że głaskałam jednego z nich po rękawie. Wydawali się nam wielcy, piękni i wspaniali. Lokatorzy naszego domu nawiązali kontakt z powstańcami. Stacjonowali oni z tyłu, za naszym domem, w szkole na Krochmalnej. Zorganizowano rozlewanie benzyny w butelki. Pracowali wszyscy: kobiety, mężczyźni i dzieci. Entuzjazm pozwalał stłumić strach i zapomnieć o niedożywieniu... My, dzieci, dumnie przyozdabiałyśmy nasze piersi biało-czerwonymi wstążeczkami.  Strzały i huk z dział, czołgów i innych śmiercionośnych machin nie ustawały. Od eksplozji chwiały się mury. Butelek szybko zabrakło. Na podwórko wszedł wtedy uzbrojony mieszkaniec naszego domu, znany wszystkim, jako kombinator, handlujący z Niemcami. Był posiadaczem własnego samochodu. W czasie okupacji - rzecz niebywała. Zażądał od nas wydania benzyny. Chciał zakopać beczkę w ogródku, żeby po wojnie mieć z niej korzyść - oczywiście własną. Do tego, który stawiał największy opór - do mojego ojca, mierzył z pistoletu. Mama stanęła przed mężem, zasłaniając go. W ludziach narodził się bunt, stanęli w obronie człowieka i przegnali miłego sąsiada. Beczkę oddaliśmy powstańcom.

                                                                      ***

        Ojciec kilka razy w ciągu tych dni robił wypady na ulicę, żeby zorientować się w sytuacji. Na Karolkowej, przy kościele, księża i zakonnicy opiekowali się rannymi. Powstańców w szkole już nie było. Z tyłu, na Krochmalnej, płonęły domy. Dochodziły nas krzyki i jęki ludzi, palących się żywcem w ich wnętrzach. Trwoga dławiła wszystkich. Mama - zapobiegliwa ciułaczka - miała jeszcze szynkę, peklującą się w beczce w naszej piwnicy oraz dwa bochenki chleba. Szynkę trzymała na czarną godzinę, chleb porcjowała oszczędnie, żeby na dłużej starczył.

                                                                      ***

       Po jednej z wielu kolejnych, nieprzespanych nocy, otworzyły się z hukiem, drzwi prowadzące do sieni i usłyszeliśmy wściekłe: raus[1]! Wychodziliśmy kolejno schodami na górę. W naszym kierunku wycelowane były karabiny maszynowe, nad nimi stali rozkraczeni Niemcy. Widok ten wzbudził strach - na jeden moment wstrzymał nasz marsz na górę. Na czoło wysunęła się sąsiadka, pani Laszczukowa, z malutkim dzieckiem na ręku. W niezwykłym odruchu odwagi przeszła przed lufami karabinów, a cała reszta lokatorów powędrowała za nią. Niemcy nie przeszkadzali w ewakuacji, lecz wręcz  poganiali nas do szybszego wychodzenia na ulicę. Z piwnicy wyszłyśmy, niosąc w rękach palta, które mama kazała nam trzymać pod ręką, na wszelki wypadek. Ubrane byłyśmy jednak tylko w cienkie sukienki i letnie obuwie. Nie wzięłyśmy ze sobą chleba i... odłożonej na czarną godzinę szynki. Pani Laszczukowa zdążyła zabrać dla dziecka wózek, który stał koło wejścia do piwnicy. Nie dano nam nawet minuty na zabranie czegokolwiek więcej. Było to szósty sierpnia..., a my opuszczaliśmy nasz dom, żeby już nigdy do niego nie powrócić.... Wydawało mi się wtedy, podczas Powstania, że w piwnicach spędziłam całe wieki, a przecież było to zaledwie sześć dni. Często dziś wracam wspomnieniami do naszego podwórka...

                                                                     ***

       Ulica przedstawiała widok opłakany. Żadne przymiotniki nie opiszą tego, co wtedy zobaczyłam.  Latarnie powyrywane z chodników, wyglądały, jak połamane zapałki. Tramwaje leżały, jak poprzewracane na grzbiet żuki, kostki bruku zostały wydarte z ulicy, wszędzie było mnóstwo potłuczonego szkła.

                                                                     ***

       Wraz z innymi dołączyliśmy do pochodu, idącego środkiem jezdni - kolumny ludzkiej bez początku i bez końca. Z boku, wzdłuż szeregu cywilów, co kilka kroków, szli Niemcy z wycelowanymi w ludzi karabinami. Pędzono nas Wolską w kierunku zachodnim. Po krótkim czasie weszliśmy w tunel ognia. Płakały dzieci, jęczeli podtrzymywani w marszu chorzy i ranni, pękało szkło i z brzękiem upadało na bruk, spadały z pięter rozbite sprzęty i płonące deski, gardłowo wrzeszczeli Niemcy. Serca ściskał lęk.  Szliśmy w niewiadomy i najpewniej czekał nas ciężki los. Pamiętam tragiczną bezsilność mojego ojca, który nie był w stanie mi odpowiedzieć na bezustannie zadawane pytanie - Tatusiu, co z nami zrobią? Podobne bywało wcześniej, podczas nocnych alarmów, gdy stale dociekałam - Tatusiu, bać się?

                                                                      ***

       Wszyscy czworo trzymaliśmy się za ręce. Obok szli sąsiedzi - Laszczukowie, z siedmioletnią Krysią i półrocznym Darkiem. Potykaliśmy się o tobołki i walizki porzucone przez umęczonych marszem ludzi. W ten sposób doszliśmy do kościoła Św. Wojciecha i tu, równy dotąd szereg załamał się. Kobiety z dziećmi wpędzono na teren świątyni, mężczyzn skierowano dalej, na Sokołowską. Wewnątrz kościoła na posadzce siedzieli, lub leżeli starcy i chorzy. Wstał letni, pogodny poranek. Zosia Krupska - koleżanka z naszego domu - wielka patriotka, która w zabawach chciała być Emilią Plater, albo Grażyną, zebrała nas, dzieci, w jedno miejsce i uroczyście dokonaliśmy zakopania w ziemi biało - czerwonych wstążeczek.Około czwartej po południu, Niemcy zawiadomili nas, że będziemy szli pieszo blisko dwadzieścia kilometrów. Ci, którzy nie czują się na siłach: kobiety z dziećmi, chorzy i starzy, mogą pozostać w kościele - będą  przewiezieni samochodami (później dowiedziałam się, że tych, którzy pozostali rozstrzelano). Po naradzie mama i pani Laszczukowa postanowiły iść - wózek  z dzieckiem miały pchać na zmianę. O której wyruszyliśmy nie pamiętam. Wyszliśmy z kościoła, znowu w morze ognia. Pozwolono nam iść bardzo powoli. W pobliżu  Parku Sowińskiego, w zagłębieniu muru palił się stos trupów. Po przeciwległej stronie ulicy płonęły domy razem z ich mieszkańcamiPonownie otoczyły nas odgłosy ginącej stolicy: krzyki i jęki, których nie sposób zapomnieć... Wkrótce minęliśmy granice Warszawy. Niedaleko Jelonek obejrzałam się - zobaczyłam tylko ogromną, krwawą łunę. Przez łzy patrzyłam na ogarnięte pożogą miasto, które dogorywało w rozpaczliwej, samotnej agonii...

                                                                   ***

Tego dnia nic nie jedliśmy, a w kościele piliśmy tylko wodę. Nie odczuwałam jednak w ogóle głodu, bo dotychczas nigdy nie lubiłam jeść,  zawsze byłam dzieckiem bez apetytu. Dalej szliśmy nocą. Bywały chwile, że trzymałam mamę pod rękę i spałam, idąc. Co jakiś czas robiono nam krótkie postoje. Palta na rękach ciążyły, jakby nabrały  wagi stokrotnie większej niż w rzeczywistości. Widzieliśmy, jak kilka razy od kolumny odrywały się pojedyncze postacie i znikały za mijanymi domami. Trwożyliśmy się o tych ludzi, ale chyba udało im się. Jakże im zazdrościliśmy tej odwagi do ucieczki. Dla nas taka droga stanowiła zbyt wielkie ryzyko - dwie kobiety i czworo dzieci, w tym jedno w wózku... wszak podstawowym warunkiem powodzenia takiej eskapady była szybkość działania, a na to nie mieliśmy żadnych szans... Mama i pani Laszczukowa postanowiły trzymać się razem na dobre i złe.


[1] Raus! (niem.) - pot.: wynoś się!

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten