Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)


       O czwartej rano dotarliśmy do Pruszkowa. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałam, jak wygląda świt... Weszliśmy na duży, ogrodzony teren. Stały tam jakieś hale - ich wnętrza przedstawiały żałosny widok: ludzkie postacie, ciasno stłoczone, leżały pokotem na betonowej podłodze. Jęczące, niedołężne... staruszki i kobiety chore. Kto tylko mógł się poruszać, przebywał na zewnątrz. Każdemu przydzielono po jednym, wojskowym sucharze. Większość ludzi kręciła się bez widocznego celu, płacząc i złorzecząc Niemcom... Obchodziliśmy dookoła mur szukając jakiejkolwiek dziury. Nie znaleźliśmy. Mama, pertraktowała z jakimś przystępnym Niemcem w sprawie wypuszczenia nas w zamian za biżuterię, lecz nic z tego nie wyszło - miała  jej za mało.Po południu, na murach pojawiły się kotły z zupą. Był to zorganizowana akcja ludności Pruszkowa, która z narażeniem życia starała się ulżyć ciężkiej doli Warszawiaków. Wzajemnie pożyczano sobie miski, zaś zupa - okazała się znakomita.
 

***

       Załadowano nas do bydlęcych wagonów z małymi zakratowanymi okienkami. Ruszyliśmy ku swemu przeznaczeniu... Pociąg jechał chyba z tydzień. Jeść ani pić nie dostawaliśmy wcale, gdy więc zdarzały się długie postoje w polu, wzdłuż sznura wagonów migały ogniki sporządzanych na prędce, prymitywnych palenisk, na których gotowano wszystko co kto tylko miał. Kwitł handel wymienny - jego przedmiotem było wszystko: papierosy, tytoń, mydło, zapałki, kasza, mąka, cukier, chleb, suchary. Kubki blaszane za opłatą towarową wypożyczano tylko na kilkanaście minut. Trzeba było mocno dmuchać w zaimprowizowany ogień, żeby w tym czasie ugotować wodę. Mama za tytoń, który przezornie w domu schowała do torebki kupiła garstkę kaszy mannej i wypożyczyła na piętnaście minut kubek. W efekcie zajadałyśmy się... niedogotowaną manną.

***

        Przywieziono nas do Breslau3, gdzie zorganizowano obóz przejściowy. Był to duży teren ogrodzony dwoma rzędami drutu kolczastego. W obozie kłębił się różnojęzyczny tłum. Polacy, Rosjanie, Francuzi, Włosi... Wewnątrz zasieków znajdowały się liczne baraki. Skierowano nas do jednego z nich. Zanim jednak   to nastąpiło, zostaliśmy zapędzeni do mykwy - olbrzymiej sali z prysznicami, gdzie jednocześnie wpuszczano tłum nagich kobiet i dzieci w różnym wieku. Dostałyśmy przydział mydła, które było jakby zrobione z gliny. W baraku wszystkie prycze były zajęte. Miałyśmy do wyboru - albo spać na powietrzu, na ziemi, albo pod pryczami na betonie. Wybrałyśmy to drugie rozwiązanie. Palta spełniały rolę materacy, kołder i poduszek. Podczas spania oblazły nas wszy i pluskwy. Rano mama umyła nam głowy w zimnej wodzie pod pompą, ale to nic nie pomogło. Wszy już z nami zostały.

                                                                     ***

      Na śniadanie dostaliśmy  kawałek czarnego chleba i kubek kawy zbożowej, po które stało się w kilometrowej chyba kolejce, ciągnącej się dookoła obozu, między drutami podwójnego ogrodzenia. Na obiad był kubek bezbarwnego, pozbawionego smaku płynu, w którym pływał niewielki kawałek brukwi. Nawet mi to danie smakowało, bo było rzadkie. Kolacja - taka sama jak śniadanie. Za składkę  zorganizowaną przez kilku osób  (mama dała resztę tytoniu) kupiono od kogoś trochę kaszy jęczmiennej, kartofli, fasolki szparagowej, oraz wypożyczono garnek. Na ognisku ugotowano z tych produktów pyszną zupę. Ponieważ jednak była ona własnością kilku rodzin, podzielono ją sprawiedliwie. Delicje! Do dziś   mam w pamięci ten niepowtarzalny smak...

                                                                ***

          Grupy ludzi wywoływanych po nazwisku pędzono na dworzec. Szliśmy przepiękną ulicą, na której po obu stronach rosły jarzębiny. Po drodze podeszła do nas kobieta i na migi pytała kim jesteśmy i dokąd idziemy. Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć na  drugie pytanie. Domyśliła się sama - z kierunku, w jakim szliśmy. Po czym zniknęła nam z oczu. na dworzec Wbiegła później  zdyszana na dworzec, z koszykiem pomidorów i chlebem. Kim była...? 
      Przyjechaliśmy do miasta Schwidnitz4. Było tu bardzo ładnie - w oddali rysowały się góry... Umieszczono nas w barakach. Pryczy starczyło dla wszystkich. Śniadanie i kolacja - normalne - dostaliśmy  kawałek chleba i kubek kawy zbożowej. Na obiad była zupa - podobno dobra - wokół wszystkie kobiety cmokały, zachwalając mi jej smak, a ja... nie tknęłam jej i już. Tak zaczęła się dla mojej mamy istna męka. Udręka  z dzieckiem, które nie chciało jeść, w warunkach, gdy  nie było czym zastąpić  nie zjedzonej zupy.


4 Schweidnitz  (niem.) - Świdnica.


          

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten