Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)


        Pewnego dnia, samochodem ciężarowym przyjechał "kupiec" - starszy, szczupły mężczyzna z długimi wąsami. Nazwaliśmy go Wąsalem. Ustawiono nas w półkole, a on - jak niewolników na rynku - wybierał sobie ten żywy towar,  pokazując ludzi palcem. Mama cichutko wyraziła życzenie, żeby chociaż udało się nam pojechać w te góry. Przynajmniej mielibyśmy zapewniony ładny widok. Tak też się stało.

                                                                  ***

          Samochód coraz bardziej zbliżał się do gór. Przyjechaliśmy do wsi o nazwie Oberweijstritz5. Wzdłuż płynęła bystra, górska rzeka. Domki były śliczne, niektóre usytuowane na zboczach gór. Nad wsią dominowała fabryka okuć do skrzynek na amunicję. Nieopodal nad rzeką stał drewniany barak. Tam zamieszkałyśmy. Na nas trzy dostałyśmy dwie prycze, parter i piętro z siennikami i poduszkami wypchanymi sianem oraz trzy koce. Przydzielono każdemu blaszaną miskę, kubek i łyżkę.
         Kobiety pracowały w fabryce dwanaście godzin, a dzieci powyżej lat dziesięciu "tylko" osiem. Nina - dwa lata starsza ode mnie - musiała pracować dwanaście godzin, ja uniknęłam tego dzięki błagalnym prośbom, zakończonym uzyskaniem od Niemców zgody na pozostawienie mnie w baraku jako krank6. Na dowód choroby, mama wypchnęła mnie na przód demonstrując moją chudość i trupiobladą twarz - przyrzekła pracować za nas obie. Poza tym mama podając mój wiek, zaniżyła go o jeden rok. Za pracę otrzymywano zapłatę w markach. Odtąd, codziennie o piątej rano rozlegało się wołanie Wąsala - Aufstehen7! Aufstehen!

                                                                   ***

         Po krótkich ablucjach poprzedzonych przepychaniem się do umywalni, barak pustoszał. Umywalnia było to pomieszczenie dość spore, wzdłuż jednej ściany stała jakby skrzynia z otworami, która  pełniła rolę latryny.  Wzdłuż drugiej znajdowało się długie betonowe koryto z kranami - oczywiście z zimną wodą. Między salami sypialnymi było duże pomieszczenie, w którym stała kuchnia węglowa, z której wszyscy mogli korzystać.

                                                                    ***

          W fabryce były dwie piętnastominutowe przerwy, śniadaniowa i obiadowa. Mama i Nina miały mieć to udogodnienie, że ja im przygotuję śniadanie, a potem obiad i zmyję naczynia. Miały mieć, ale nie miały, a jeśli to bardzo krótko. Przesypiałam przerwę śniadaniową i obiadową. Przez te piętnaście minut z przebyciem krótkiego zresztą odcinka drogi z fabryki do baraku mama i Nina musiały przynieść (z odstaniem w kolejce) z pobliskiego domu kawę na śniadanie i zupę na obiad, zjeść i wykonać rozpaczliwą i syzyfową czynność: obudzić mnie i wmusić cokolwiek do jedzenia. Przelewałam się przez ręce i zaciskałam usta. Nie pomagały ani prośby, ani pokrzykiwania. Wszyscy myśleli, że ja już długo nie pożyję...

                                                                     ***

          Raz w tygodniu - w sobotę dostawałyśmy prowiant na cały tydzień. Same wspaniałości. Na nas trzy bochenek i trzy ćwiartki chleba, 0,5 ćwiartki margaryny, ze 20 dkg dżemu, 15 dkg cukru w papierku i trzy maleńkie serki topione. Prowiant ten miał wystarczyć na siedem śniadań i kolacji dla trzech osób, bo do tego dostawałyśmy już tylko gorącą kawę zbożową. Człowiek istota słaba, nie mógł tej małości rozdzielić na cały tydzień. Nawet przy oszczędnej gospodarce w środę nie było już nic. Dla mnie mama wydobywała jeszcze potem z ukrycia jakiś kawałek chleba.
         Z początku, jeszcze wczesną jesienią można powiedzieć, że witaminowo stałyśmy wcale nieźle. W pobliżu baraku było pole, a na nim marchew i cebula. Nina podkradała tego ile mogła. Cebulę jadło się wprost jak jabłka. Jabłka też owszem były i to dużo. Dobrodziejstwem dla nas okazał się wózek z małym Darkiem Laszczukiem. Po pracy, lub w niedzielę Nina pakowała Darka w wózek, zabierała Krysię i mnie i szłyśmy na "spacer' na szosę. A szosa - istny raj. Po obydwu stronach rosły jabłonie. Rozglądałyśmy się uważnie i jak nikogo nie było widać, trzęsłyśmy drzewami szybko i ile sił starczyło. Potem już spokojniejsze zbieranie bo to niby "tylko z ziemi" i niby tylko kilka, a Darek rósł w górę w swoim małym wózku podnoszony jabłkami jak lewarkiem. W domu wyładowywałyśmy łupy, dzieląc się sprawiedliwie.
         Spałyśmy we trzy na dolnej pryczy. Skłoniło nas do tego kilka przyczyn. Przede wszystkim było cieplej no i garnęłyśmy się do mamy, której bliskość dawała poczucie bezpieczeństwa i osłodę niedoli.   Nina urządziła na górnej pryczy magazyn nadwyżki jabłek. Upychała je do opróżnionej z siana poduszki i siennika. Mówiła, że robi zapasy "na wojnę". Zapasy wojenne po niedługim czasie zaczęły kapać nam na głowy i musiałyśmy je wyrzucić.

                                                                   ***

        Okolica była piękna. W niedzielę chodziłyśmy na spacery. Wolno nam było chodzić pod warunkiem posiadania na rękawie opaski z literą "P". Przechodząc koło piekarni, która mieściła się w ślicznym domku obrośniętym dzikim winem, wchodziłyśmy do środka z prośbą o sprzedaż chleba. Na początku dawali po kromce nie biorąc marek, potem, kiedy przychodziło więcej chętnych nie dawali już nic. Za marki w miejscowym sklepie można było kupić zeszyt, ołówek, ocet, sól i gliniaste mydło. We wsi była jeszcze piwiarnia, ze stolikami wystawionymi na zewnątrz. Na początku byłyśmy tam częstymi gośćmi, bo w gablocie stała sałatka ziemniaczana i nawet ją normalnie sprzedawali, ale krótko, potem zniknęła z gabloty i mówili, że nie ma. Od chłopów a raczej chłopek na wsi nie udało niczego kupić. Kobiety te różnymi sposobami próbowały tłumaczyć nam, że mężowie są na wojnie, one muszą odstawiać kontyngenty, a w domu mają dzieci do nakarmienia.
         Dzieci do lat siedmiu dostawały ćwierć litra mleka dziennie. Mama jakimś cudownym sposobem wywalczyła przydział i dla mnie, ja oczywiście pić go nie chciałam, ale lubiłam chodzić po mleko. Szło się najczęściej do szefowej (żony właściciela fabryki) do domku mieszkalnego przy fabryce. Szefowa dawała wózek drabiniasty z dyszlem, kartki na mleko i bańki. Część mleka ze sklepu przywoziło się do niej, a część do naszego baraku. Po przywiezieniu do niej mleka dostawało się kawałek chleba z margaryną. Z powodu tego chleba dzieci sprawiedliwie dzieliły dyżury przy wyjazdach po mleko. Dla mnie poza chlebem było wielką przyjemnością postanie przez chwilę w normalnym mieszkaniu przypominającym własny dom, gdzie nie było wielkiej sali, wzdłuż ścian piętrowych pryczy i długiego stołu i ław...

                                                                      ***

         Jesienią skończyły się jabłka, marchew i cebula.  Pewnego dnia, my dzieci z baraku poszłyśmy na pole po wykopanych ziemniakach z nadzieją, że coś jednak znajdziemy. Istotnie, każde z nas uzbierało trochę drobniutkich jak orzechy laskowe ziemniaków. Miałam ich pół miseczki. Cieniutko obrałam i ugotowałam z nich zupę. Smaku tej kartoflanki nie zapomnę do końca życia.

                                                                       ***

         W każdą sobotę widziałyśmy mieszkańców wsi, jak na rowerach lub wózkach z dyszlem wieźli placki do piekarni, do upieczenia.
          W naszym baraku mieszkało kilka Rosjanek z małymi dziećmi. Dzieci te zaczęły umierać. W mojej dziecięcej wyobraźni nie było miejsca na smutek z powodu śmierci obcego dziecka, tym bardziej, że nieznanego, z innej sali. Było natomiast zadowolenie, gdyż po pogrzebie, na którym były wszystkie mieszkanki baraku i Rosjanie mieszkający w pobliskim domu, matki zmarłych dzieci wszystkich częstowały ciastem. Skąd je wyczarowały - trudno pojąć. (...)

                                                                      ***

        Wkrótce do pani Laszczukowej przyszła ogromna paczka z żywnością, a my dostałyśmy... słoik smalcu i trochę sucharów. Rzewnymi  łzami polewałyśmy te nasze jakże skromne skarby, a przede wszystkim list. Wiedziałyśmy dobrze, że kosztem wielkich wyrzeczeń zdobył ojciec dla nas te wspaniałości. Cieszyłyśmy się, że żyje i smuciłyśmy się, że jest mu tak źle. Gospodarz nieustannie wymawiał mu, że go darmo utrzymuje.

                                                                      ***

            Pewnego dnia, jeszcze przed otrzymaniem odpowiedzi na list mama stawiała sobie karty. Jedna z sąsiadek pryczowych poprosiła, żeby powróżyć i jej. Mama wywróżyła jej duży prezent i dobre wiadomości. W naszych warunkach znaczyło to, że nadejdzie   paczka z żywnością i wiadomość o bliskich z kraju. Jakoś mama utrafiła. Po niedługim czasie sąsiadka ta otrzymała od męża olbrzymią paczkę i wiadomość, że żyje i jest mu dobrze. Coś nam z tego skapnęło. Odtąd niemal wszystkie kobiety ciągnęły do mamy po dobre wieści. Przychodzili również Rosjanie, pracujący w fabryce, ba nawet Polacy pracujący u bauerów. Ci, co mieli coś do jedzenia, przynosi jako zapłatę za kabałę garstkę mąki, kilka jabłek, kawałek chleba, trochę białego sera. Sława mamy rozeszła się tak daleko, że kiedyś przysłał po wróżkę bauer9. Mama zabrała mnie ze sobą w nadziei, że może dostanę coś do jedzenia. Istotnie. Zjadłam kilka kawałków chleba z melasą. Tłumaczką była Rosjanka pracująca u bauera, młoda ładna dziewczyna imieniem Żenia. Bauer miał syna na froncie i nie miał od niego żadnych wiadomości, mawiał, że jak się wojna skończy, a syn wróci, to ożeni się z Żenią i razem zostaną na gospodarstwie.

                                                                      ***

         W niedziele w baraku było wesoło. Po południu przychodzili Rosjanie z harmoszką, w kuchni tworzyło się koło patrzących a w środku odbywały się tańce.

                                                                      ***

         Mama często powtarzała ciche życzenie, żeby tylko znaleźć się w Breslau, bo stamtąd jest szosa prosto do Warszawy, tylko ją odszukać i już jesteśmy w domu, na Wolskiej. Projekt ucieczki wyszedł chyba od Niny.
        Zaczęło się robić zimno. Sąsiadka z pryczy za coś tam uszyła nam obydwóm spodnie z koca, proste, z gumkami u dołu nogawek i w pasie.
        Po sobotnim przydziale Nina kupiła na stacji bilety do Szweidnitz. Prowiant załadowałyśmy do wózka, razem z Darkiem  i cichcem w sześcioro wsiedliśmy do pociągu. Na miejscu  Nina miała kupić bilety do Breslau. Na tę okazję nauczyła się słów niemieckich potrzebnych do ich zdobycia.
        W Szweidnitz byłyśmy nie po raz pierwszy, bo mama, typowa mieszczka tęskniła za miastem, czasem więc w niedzielę jechałyśmy pociągiem, a czasem szłyśmy pieszo do odległego o dziesięć kilometrów miasta pochodzić po ulicach. Bilety kupiła Nina bez przeszkód i w poczekalni dworcowej jak typowi podróżni popijaliśmy przy stoliku lemoniadę oczekując na pociąg. Opaski z literą "P" były oczywiście schowane. Nie siedzieliśmy długo, gdy przed nami jak spod ziemi pojawiło się dwóch żandarmów, którzy nas wylegitymowali i zrewidowali. Ze była to ucieczka - nie mieli wątpliwości. Zaprowadzili nas do komisariatu i zamknęli w areszcie. Dostałyśmy zupę. Wszystkie moje towarzyszki zachwalały ją, mama mówiła, że to ta sama zupa, jaką jedzą niemieccy żandarmi, a więc musi być dobra. Tłumaczenia były daremne, nie chciałam jej jeść. Jadłam chleb kosztem mamy i Niny, bo tylko chleb tolerowałam.

                                                                    ***

         Następnego dnia zaprowadzono nas do Arbeitsamtu9 i postawiono przed oblicze jakiegoś urzędnika. Nie wypierałyśmy się ucieczki. Mamusia wystawiła mnie przed sobą jako główny powód naszej eskapady, mówiąc, że kinder krank10 i musi jechać do kraju, żeby mnie móc dobrze odżywić. Przez tłumacza zapytano nas, gdzie chciałyśmy jechać. Stwierdziłyśmy, że oczywiście do Warszawy. Odpowiedziano nam, że Warszawy już nie ma - istnieje . Patrzyłyśmy na mówiącego to człowieka, jak na majaczącego w gorączce. Nie uwierzyłyśmy w żadne jego słowo. Treść jego wypowiedzi nie mieściła się nam w głowie:Warszawy nie ma? Jak to nie ma? Warszawy...? Naszego miasta - wielkiego miasta - nie ma? Gdzie niby nagle się podziało...? Ustąpiłyśmy mu, jak komu choremu, a mama orzekła, że w takim razie pojechałybyśmy na wieś koło Sochaczewa gdzie mieszkają znajomi i gdzie są nasi ojcowie oraz mężowie. Wówczas wygłosił poważną mowę mniej więcej tej treści -  Tam jest w tej chwili front i byłybyśmy narażone na głód, poniewierkę i przemoc sowieckich żołnierzy, a tutaj jesteśmy pod ich opieką, dają nam jeść i nic złego się nie dzieje. Planuje  się wywóz matek z dziećmi do Generalnej Guberni  i jeśli to nastąpi będzie o nas pamiętał a tymczasem mamy uczciwie pracować dla dobra niemieckiego narodu i  fűrera. "Do domu" odwieźli nas żandarmi. W ten sposób skończyła się nasza nikła nadzieja na wolność i powrót do kraju.

                                                                    ***

         Niemcy, z którymi zetknęliśmy się w Oberweistritz nie byli źli, jak na panujące czasy. W fabryce ich rodacy pracowali dwanaście godzin, tak samo, jak Polki i Rosjanie. Nie bito nas, mieliśmy swobodę poruszania się (oczywiście w pewnych granicach), poza tym - nie żyliśmy za drutami.

                                                                   ***

        W fabryce żądali solidnej pracy, ale tego wymaga przecież każdy pracodawca. Jedzenia, a głównie chleba było mało, ale u nich też z tym nie było najlepiej. Nina i inne dzieci pracowały w oddzielnej, przeszklonej hali na pierwszym piętrze, z oddzielnym wejściem po  schodach, które były umieszczone po zewnętrznej stronie budynku. Najmłodsi składali zawiasy pracując młotkiem na kowadle - pod nadzorem garbatego majstra nazwiskiem Szprige. Całą fabrykę pod względem technicznym nadzorował inżynier - ryży  blondyn, którego Polki nazywały Rudym.Kiedy się zbliżał, ostrzegały się wzajemnie, cicho przekazując sobie hasło: Rudy. Wkrótce Niemki przejęły zwyczaj - na widok wiadomej osoby - Rudy - szeptali już wszyscyWszystkim rządził gestapowiec, ubrany na czarno, poza tym, w ogóle, cały czarny. Polki nadały mu zresztą takie przezwisko. Za to szef - właściciel fabryki był spokojnym, cichym człowiekiem, który nie wadził nikomu. Zdarzało się, że w hali u Niny dzieciaki, znużone monotonną pracą urządzały sobie zabawę w chowanego. Szukającym zaś zostawał... Herr12 Szprige. Jedno z dzieci stawało w oknie na czatach - z tego miejsca można było dostrzec każdego, kto szedł do hali. Byłam kiedyś świadkiem takiej zabawy, kiedy Nina kazała mi przyjść do fabryki, bo znów coś uknuła. Weszłam w momencie, kiedy majster właśnie szukał dzieciarni. Udawał, że nikogo nie widzi i nie może znaleźć, wreszcie wszystkie głowy wynurzyły się jednocześnie zza stołów chórem wołając: Herr Szprige, Herr Szprige, Her Szprige! Dobry to był człowiek. Nina tego dnia miała dla mnie kiść winogron, którą upatrzyła sobie kilka dni temu na murze domu szefa.

                                                                    ***

         Wszystkie matki całą swoją inwencję wkładały w to, aby z niczego ubrać, przede wszystkim, własne dzieci. Mimo ich największych starań i tak nie udawało się skompletować całej, potrzebnej każdemu, garderoby. Wśród nas znajdowała się również - zupełnie sama, czternastoletnia Stefa. Jej rodziców zabito, jeszcze w Warszawie. Ubrania dla niej nie miał więc kto skombinować. Wtedy, o dziwo, z inicjatywy her Szprigego Niemki z fabryki zrobiły jej na drutach czapkę, szalik, rękawiczki oraz skarpetki. Przyniosły, przeznaczone także dla niej, też podniszczone spodnie i kurtkę.

                                                                    ***

         Mama początkowo pracowała przy maszynie w dużej hali. Było tam kilkadziesiąt stanowisk pracy. Potem została przeniesiona do innej, niewiele mniejszej. Stało tam urządzenie, które miał ogromnie długie i wysoko zawieszone pasy transmisyjne - to właśnie przy nim mamie kazano pracować. W drugiej części hali stał ogromny piec, przez którego drzwi dwudziestoletni Rosjanin Kola wkładał i wyjmował szczypcami rozżarzone żelazo. Pracowali w tej hali tylko we dwoje, tydzień na nocną zmianę, tydzień na dzienną. W każdą sobotę Kola - jak  wszyscy Rosjanie kończył pracę wcześniej. Na nocnej zmianie już nie pracował - gdzieś, wraz z resztą Rosjan, jeździł. Na moje pytanie dokąd jadą, Kola odpowiadał, że do teatru. Polki natomiast, mówiły między sobą, że Niemcy podlizują się Rosjanom i dlatego dają im pewne ulgi. Nieważne, zresztą, jak było naprawdę - faktem jest jednak, że mama w sobotnie noce - w wielkiej, ciemnej hali, zostawała sama... Małe światełko wydobywało z mroku tylko maszynę, przy której pracowała. Co godzina jedna z Niemek przynosiła materiał do roboty, a inna zabierała pracę wykonaną przez mamę. Pewnej soboty, mama niespodziewanie, zupełnie się rozkleiła. Płakała przy tym gorzko - nad naszym losem, z tęsknoty za krajem, mężem, Warszawą i domem. Rozpaczy sprzyjała noc i samotność. Dramat ten miał na szczęście świadka - sytuację dostrzegła bowiem jedna z Niemek, po czym wyszła - ale za chwilę znów wróciła... Pocieszała mamę serdecznie, głaskała ją po plecach, przytulała... Co jakiś czas wymieniała ją następna. Na zmianę, dyżurowały tak przy mamie całą noc...  Jak widać, nawet na poniewierce, można było znaleźć  ludzi wrażliwych na cudzą niedolę - jednak  mowa niemiecka, twarda i gardłowa, a słyszana wszędzie wokół, była nam nadal nienawistna...

                                                                      ***

    


9 Bauer (niem.) - chłop, wieśniak.

9 Arbeitsamt (niem.) - urząd pośrednictwa pracy.

10 Kranke kind (niem.) - chore dziecko.

11 Führer (niem.) - wódz.

12 Herr (niem.) - pan.


 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten