Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)


         Pewnego dnia Wąsal oświadczył, że szykuje się do Polski transport kobiet z dużą ilością dzieci. Krążyła pogłoska, że to dlatego, że Amerykanie postawili ultimatum: albo Niemcy zwolnią matki z dziećmi, albo oni zburzą znajdujące się w górach zbiorniki wodne - co groziło zalaniem okolicy w promieniu dziesięciu kilometrów. Wiadomość podana przez Wąsala potwierdziła się wkrótce. W pierwszej turze, do Generalnej Guberni, wyjechała od nas kobieta z siedmiorgiem dzieci i pani Laszczukowa. W następnej kolejności byłyśmy my. Dostałyśmy prowiant na drogę: po ćwiartce chleba i małej kostce sztucznego miodu.

                                                                       ***

         Była piękna, słoneczna pogoda -  choć szczypał spory mróz. Jechałyśmy luksusowo, pociągiem osobowym, ale niestety... nie ogrzewanym. Podróż wiodła znajomym szlakiem: z przesiadką w Szchwaidnitz i w Breslau. Po drodze był kilkudniowy postój w uroczym miasteczku - Frankenstein. Pobyt tu różnił się od codzienności w Oberweistritz tym, że nikt z mojej rodziny nie musiał pracować, a na obiad jadłyśmy kawałki liści kapuścianych, zalane wrzątkiem bez soli. Jako szczęśliwe posiadaczki marek wybrałyśmy się do miasta po sól. Niestety, nie było jej w sklepach. Poza tym - za marki nie można było kupić już nic...

                                                                       ***

       W jednaj z sal baraku siedziały stare kobiety - wyglądające równie egzotyczne, jak Cyganki - ubrane w długie, szerokie, czarne suknie. Mama powiedziała nam, że to, Łotyszki.

                                                                       ***

       Po kilku dniach kontynuowałyśmy podróż. Pierwszą - brzmiącą cudowną  polszczyzną, nazwą stacji - była Częstochowa. Wysiadłyśmy na chwilę i poszłyśmy do bufetu. Wokół rozbrzmiewał wspaniały, swojski gwar ojczystego języka, wszędzie kręcili się Polacy. Ogarnęło nas wielkie wzruszenie... Mama wydobyła schowane głęboko polskie pieniądze i kupiła nam chałkę. Prawdziwą, polską, bielutką... Jadłyśmy małymi kęskami, delektując się - chwytałyśmy nawet najmniejsze okruszki, żeby nic z tego smakołyku nie uronić. Ogromna radość ściskała gardło.

                                                                       ***

          W Krakowie, wprost ze stacji zaprowadzono nas do punktu RGO13. Po drodze, przygodnie napotkani  przechodnie wypytywał nas, cośmy za jedne, skąd i dokąd jedziemy. Od kilku z nich usłyszeliśmy obelgi i wyzwiska. Od swoich, od Polaków! W polskiej mowie, za którą tak tęskniłyśmy...! Wytykano nam Powstanie, zarzucano brak odpowiedzialności, urągano, że teraz trzeba nas żywić i komentowano, że...dobrze nam tak! Bardzo dotkliwie raniły nas te krzywdzące oskarżenia i obelgi. Jeśli ktoś miałby potępiać Powstanie i jego przebieg, to my, Warszawiacy - jako ci,  którzy najdotkliwiej odczuli jego skutki. W naszym środowisku Powstanie było traktowane, jako wielkie dzieło, z którego byliśmy dumni. Dotychczas nie słyszałyśmy na ten temat słowa krytyki - był to  wielki, heroiczny zryw Warszawiaków.

                                                                 ***

           W punkcie RGO dostałyśmy po kubku gorącej kawy z mlekiem i suchary wojskowe. Zakwaterowano nas w starym, mrocznym i zimnym klasztorze, o wilgotnych murach. Biegały tam swobodnie szczury. Po tygodniu wydali nam dokumenty i mogłyśmy ruszyć dalej. Pojechałyśmy pociągiem do Skierniewic, żeby stamtąd dostać się do wsi Glinki, pięć kilometrów od stacji kolejowej Leonów. Pytałyśmy ludzi o drogę. Szłyśmy szosą, podwożone czasem kawałek przez furmanki. Mróz był tęgi, śnieg skrzył się w słońcu i skrzypiał pod nogami. Do wsi Bednary, już po zmroku, podwiózł nas jakiś chłop i pozwolił wejść do chałupy. Było tam ciepło, rozchodziły się nęcące zapachy przygotowywanych na święta potraw. Następnego dnia wypadała wszak Wigilia...

Przyjęto nas gościnnie. Dostałyśmy po kawałku postnego ciasta i gorącej kawy z mlekiem. Spałyśmy w kuchni na wiązce słomy. Nareszcie nie było nam zimno.

Rano ruszyłyśmy w dalszą drogę - miałyśmy  do przebycia około piętnastu kilometrów. Wędrowałyśmy cały czas pieszo. W Leonowie zamiast pójść w prawo, poszłyśmy w lewo od szosy i dotarłyśmy aż nad Bzurę. Tam zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak, gdyż już dawno powinnyśmy być na miejscu, a tu - zamiast wsi - rzeka i pustkowie. Okazało się, że szłyśmy w odwrotnym kierunku i w ten sposób nasza droga wydłużyła się do dwudziestu kilometrów.

   Kolejny przystanek zrobiłyśmy już prawie u celu, we wsi, która nazywała się Bożymówka. W gościnnym domu najadłyśmy się i ogrzały. Mama postawiła gospodyni kabałę.

          W Glinkach u państwa Zimochodzkich - rodziców pani Trębickiej - znalazłyśmy się późnym popołudniem. Trwały właśnie przygotowania do wieczerzy wigilijnej.

    Nikt się nas nie spodziewał. Pani Zimochodzka postawiła przed nami talerze z parującymi krojonymi kluskami, okraszonymi skwarkami, z białym, świeżym, rozgniecionym serem.

   Dzisiaj mam już dużo lat. Od czasu do czasu, robię taką potrawę, w nadziei, że może wreszcie uda mi się osiągnąć niebiański smak, jaki miały tamte kluski. Jak dotąd nie udało mi się.

 Na pytanie o ojca powiedziano nam, że wyjechał do Warszawy gdzie Niemcy przyjmują ochotników do pracy przy umacnianiu okopów.

   Dopiero teraz zrozumiałyśmy naprawdę, jak źle mu tu tutaj było. Gospodarz z sąsiedniej wsi, u którego kwaterował ojciec, ciągle wymawiał mu jedzenie. Tu nie mogli go wziąć, bo jak przyszli obaj z Laszczukiem, to było już na miejscu dwóch innych uciekinierów, nie daliby rady. Pierwsze święta bez was - nie dziw, że nie wytrzymał. Poszedł zobaczyć, czy wasz dom w Warszawie stoi.

Ogarnął nas wielki żal. Mama omówiła tę sprawę z państwem Laszczukami i Zimochodzkimi i pojechała śladem ojcem. My też chciałyśmy jej towarzyszyć w tej podróży, ale mama , bardzo rozsądnie, wolała nas zostawić w cieple i mieć pewność, że nie będziemy głodne, bo nie wiadomo było, jak tam się ułoży.  

Przykro nam było - w  święta, w obcym domu, bez rodziców... Po kilku jednak dniach wrócili razem. Jak go znalazła - nie  mieliśmy pojęcia.

Przedsiębiorcza mama przywiozła do sprzedania jakieś ciuchy, kupione we Włochach, za przedpowstaniowe pieniądze ukryte gdzieś w zakamarkach palta. Wynajęła pokój u gospodarza w sąsiedniej wsi - Dołowatce. Zamieszkaliśmy tam we czworo.

Mamusia zabawiła z nami bardzo krótko, tyle tylko, żeby nas jakoś urządzić i pojechała do Włoch po następną partię towarów do sprzedania. Ze wsi wiozła na handel mąkę i kaszę. Znów na nią spadł ciężar utrzymania nas czworga...

Mieszkałyśmy u tego samego gospodarza, u którego wcześniej ojciec pracował, ale jego pozycja znacznie wzrosła, gdyż mama za wszystko płaciła gotówką. Miał już pieniądze na jedzenie i dach nad głową, a dla tego akurat człowieka gotówka liczyła się najbardziej. Jedzenie co prawda, było marne, ale przynajmniej go nie brakowało

Wkrótce zjawiła się mama i oznajmiła, że tylko patrzeć, jak Warszawa będzie wolna, a może teraz  już jest. Nic tu po nas... Czas wracać do domu. Trzeba tam organizować życie.

Rodzice postanowili, że na razie pojadą we dwoje,  po nas wrócą  później. Ale na Ninę nie było siły. Uparła się, że z nimi pojedzie i koniec. Zostawili mnie samą. W jakim zakresie zabezpieczyli mnie materialnie u gospodarzy - tego nie wiem - w  każdym razie zaczęło się dla mnie istne piekło. 

Miałam wymawiany każdy kęs chleba, każdą łyżkę zupy. Przez matkę gospodarza byłam wyzywana od darmozjadów i podrzutków. Mówiła, że po mnie wcale nie przyjadą i na ich głowy spadnie jeszcze jedna gęba do żywienia. Gospodarz nic nie mówił tylko patrzył na mnie spode łba. Było mi bardzo źle - pod jego spojrzeniami cofałam się ze strachu pod ścianę. Do tego bardzo tęskniłam za rodzicami.

Zdarzały się też lepsze chwile, gospodyni po cichu, w tajemnicy przed mężem i teściową dawała mi gdzieś w kąciku chleb ze słoniną. W takich momentach najbardziej wzruszałam się i szłam popłakać gdzieś w ukryciu.

 

***

  Warszawa była już, z pewnością, wolna. Rosyjskie wojska przechodziły przez wieś, pobliską szosą jechały czołgi. Rosjanie kwaterowali we wsi, również w naszej chałupie..

         Po zainstalowaniu się, w wyzwolonej dopiero, co Warszawie, mama z Niną wyruszyły po mnie. Ojciec został żeby zbić łóżko do spania i zgromadzić trochę opału.

Pociągi pasażerskie jeszcze nie jeździły, gdyż rezerwowane były wyłącznie dla wojska. Mama i Nina szły więc pieszo.

Miały do przebycia siedemdziesiąt kilometrów, a tego roku był wielki mróz. Nie  ustawały zamiecie, szalały zawieje i zadymki. Wiatr zrywał dachy stodół.

Chodzenie podczas tej zimy było koszmarem. Buty miały drewniane podeszwy. Do ich zelówek przyklejał się śnieg, szczególnie ten miękki, mało ubity. Po kilkunastu krokach pięty zapadały się, a czubki butów wznosiły. Trzeba było przystawać i zmarzniętymi rękami odrywać śnieg od zelówek. Po kilkunastu krokach sytuacja powtarzała się - jednak te dwie słabe istoty, w niezbyt cieplej odzieży zmagały się z mrozem i wiatrem.

Nina miała zaledwie trzynaście lat. Czasami podwozili je furmankami litościwi ludzie. Jedzenia ze sobą nie miały, bo i skąd.

Mama miała pieniądze, i była pewna, że cos po drodze kupi. Pieniądze jednak okazały się bezwartościowe - w tym czasie nowe były już w obiegu, więc na prośbę o sprzedanie chleba, pytali o lubelskie pieniądze. Jeśli ich nie było - nie było mowy o chlebie.

Tak działo się we wszystkich napotkanych gospodarstwach. Czasem ktoś przez szparę w drzwiach, wysuwał kawałek chleba jak żebraczkom. Nie było się nawet gdzie ogrzać. Mama poganiała Ninę tak, że obie prawie biegły - wiedzione już tylko wolą przetrwania...

Mama, zdając sobie sprawę z tego, że nigdzie ich nie wpuszczą, by mogły się ogrzać, prosiła jedynie o sprzedanie chleba - wysyłając Ninę na przód. Jeśli dostała w formie jałmużny, jedną kromkę - biegła z nią do przodu i dawała Ninie mówiąc, że sama już jadła.

W jednej ze wsi sołtys przymusowo wyznaczył im na noc kwaterę. Wskazany gospodarz zaprowadził je do stodoły i dał po kawałku chleba.

Rano, chcąc podziękować z nocleg i przy okazji ogrzać się przed dalszą drogą, skierowały się do chałupy. Nie zdążyły do niej dojść - gospodarz    wyszedł im naprzeciw. stanowczo nakazał poczekać na podwórku, zaś sam udał się do stodoły sprawdzić, czy czegoś nie ukradły. Dopiero po tych oględzinach mogły iść dalej.

Kilka kilometrów przed Szymanowem, napotkany chłop zabrał je na wóz. Zbliżał się wieczór. Mama poprosiła go o nocleg. Na to usłyszała: Ja to bym was wziął, ale moja stara nie pozwoli. Trącaj pani tę małą, bo zaśnie i zamarznie... Do tej chałupy nie chodź pani, bo skąpi... Do tej też nie... Ta najbliższa, to straszna bieda... Wdowa z synem... Zarabia praniem, sama nic nie ma.... Najlepiej idź pani do sołtysa, on musi wyznaczyć przymusowo, jak na mnie trafi, to przenocuję, bo mus to mus...

Mama tego dnia nic nie jadła, a przez dwa poprzednie - tylko po kromce chleba. Nina dostawała ich po kilka, a w jednym gospodarstwie wyniesiono jej nawet pół talerza barszczu.

     Zsiadły z wozu. Nie miały już sił i ich wola też słabła... Zmarznięte nogi i ręce były jak kołki. Nie  wiele myśląc zapukały do najbliższej chatki - tej  nędznej, najbiedniejszej.

Drzwi otworzyły się natychmiast i buchnęła w nie gorąca para z balii. Mama nie była w stanie nic powiedzieć, zachwiała się tylko - lecz już wyciągnęły się w jej kierunku dobrotliwe ręce.

Chłopiec znalazł się u boku kobiety, nie wiadomo skąd i krzyknął: Mamo, tam z tyłu stoi jeszcze dziewczyna. Wciągnięto je do środka, rozebrano, mamę ułożono na łóżku pod pierzyną. Wpuszczano jej stopniowo do ust łyżeczką gorące mleko. Ninę również nakarmiono.

Obydwie spały tej nocy pod pierzyną na łóżku chłopca, a on na wiązce słomy na ziemi. Czy los, choć trochę, wynagrodził wielką dobroć tych ludzi?

***

Rano, nakarmione i napojone gorącym mlekiem, zaopatrzone w chleb, wyruszyły w dalszą drogę. Chłopak wiózł Ninę sankami, dobrych kilka kilometrów. Szły nigdzie nie wstępując, pieczołowicie niosąc otrzymany chleb - dar tych dobrych, życzliwych ludzi, jakby kawałek ich serca - mogły dzięki niemu uniknąć kolejnych upokorzeń w podróży.

     Do mnie dotarły wyczerpane zupełnie. Wykończony głodem organizm mamy. odmówił w końcu posłuszeństwa. Jak tylko weszły za próg, mama po prostu upadła na podłogę i już nie wstała...

Teściowa gospodyni - wiedźma, leczyła mamę ziołami i dokarmiła ostrożnie. Nie robiła tego dla nas, lecz ze strachu, żeby mama nie umarła - miałaby wtedy na głowie pogrzeb i jeszcze utrzymanie nas dwóch.

Dzięki tej wyrachowanej opiece, mama jakoś stanęła na nogi.

***

Nadszedł nareszcie czas powrotu! Poszłyśmy pieszo na stację kolejową Leonów. Dowiedziałyśmy się tam, że pociągi pasażerskie nadal nie kursują. Przejeżdżają tylko składy wojskowe i często nawet się nie zatrzymują. Czasami jednak przy stają pociągi  towarowe, ale nie wiadomo, które i kiedy. Może będzie to dziś, może jutro, a może dopiero za tydzień...

Rozłożyłyśmy się na stacji obozem. jak Cyganie, stapiając się wkrótce z tym, którzy już czekali od kilku dni. Spałyśmy na podłodze, bo wszystkie ławki były już zajęte.

Pociąg - towarowy, z węglem - zatrzymał  się dopiero czwartego dnia. Wszystkie wagony były odkrytymi platformami. Na niektórych znajdowały się strażnicze budki bez drzwi, z jedną tylko, tylną ścianką. Udało nam się wcisnąć w jedną z nich. Na stojąco, smagane mroźnym wiatrem, dojechałyśmy do Warszawy, na Dworzec Zachodni. Zdążałyśmy do ukochanego miasta, jak ptaki, które wracają do swoich gniazd...

***


 


13 RGO - Rada Główna Opiekuńcza, centralna polska instytucja opieki społecznej, dzialająca w Generalnej Guberni w latach 1940 - 45

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten