Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zbigniewa Badowskiego


foto

ZBIGNIEW  BADOWSKI

Powstanie 1944 i tułaczka

     Już od kilku nocy w lipcu 1944 r. w Warszawie słychać było daleką kanonadę dział. Ludzie na podwórku mówili:,, - Ruskie idą...", ale dla mnie, chłopca, który zdał do VI klasy, oznaczało to tylko, że nie wyjadę w tym roku na wakacje na wieś. A było słoneczne, piękne lato. Jednego dnia, jak zwykle, bawiłem się z dziećmi na podwórku koło studni czynszowej kamienicy. Po południu słychać było strzały, więc Babcia nie pozwoliła mi wychodzić na ulicę.
     Nagle na podwórko wbiegło kilku mężczyzn mieszkających w naszym domu, krzycząc:,, - Powstanie! Wybuchło Powstanie! Ludzie! Powstanie!"... Z otwieranych okien zaczęły wychylać się twarze lokatorów. Zrobił się gwar, zaczęto wychodzić na podwórko, potem na ulicę. Oczywiście i ja tam pobiegłem. Niektórzy płakali, słychać było okrzyki radości. Nagle znalazły się dwie biało-czerwone flagi, które nasz dozorca w maciejówce, z siwymi wąsami jak Piłsudski, wywiesił nad bramą. Wkrótce cała ulica Sienna okryła się flagami, a ludzie, podekscytowani, tłumnie wylegiwali przed domy, dzieląc się głośno nowinami. Poprzez tłum mieszkańców przeciskało się kilku mężczyzn ubranych po cywilnemu z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Jeden niósł karabin. Szli w stronę Placu Kazimierza Wielkiego. Ludzie przyjaźnie rozstępowali się, kilku młodych chłopców zaczęło za nimi iść, a jakaś starsza kobieta uczyniła znak krzyża.
     Tak to się zaczęło.
     W Powstaniu Warszawskim byłem już tylko z Mamą - Haliną, i Babcią - Pauliną z Miklińskich Płocharzową. Mieszkaliśmy na ul. Siennej 82 m 12. Ojciec mój, Zygmunt, po skończeniu przed wojną kursów szybowcowych i motorowych, w sierpniu 1939 roku został wcielony do lotnictwa, i w noc po kapitulacji Warszawy uciekł z kolegą samolotem sportowym RWD-7 do Rumunii, jak się później o tym dowiedzieliśmy. Mego Dziadka, Kazimierza Płocharza, weterana wojny rosyjsko-japońskiej, odznaczonego Orderem i Krzyżem Św. Jerzego za obronę Portu Artura - choć był już starym, schorowanym człowiekiem, podczas łapanki na bazarze na ul. Polnej, Niemcy kilkakrotnie uderzyli kolbami karabinów, tak, że na skutek obrażeń wewnętrznych zmarł w szpitalu Przemienienia Pańskiego na Pradze w czerwcu 1944 roku.
     Podczas Powstania, kamienica, w której mieszkaliśmy, stała nieuszkodzona aż do naszego z niej wyjścia po kapitulacji, a że mieliśmy mieszkanie na parterze z oknami wychodzącymi na podwórze, nocowali u nas uciekinierzy z zajętych już przez Niemców domów, a podczas częstych nocnych bombardowań lub silnego ostrzału m. in. przez ,,krowy" - lokatorzy z wyższych pięter naszej kamienicy.
     Był głód, brak wody i ciągły strach. Podczas większego zagrożenia, Mama zaganiała mnie do piwnicy; ale ja, jako 11-latek, stale wymykałem się na placówki powstańców przy barykadzie na Towarowej róg Srebrnej, i do fabryki Bormanna, gdzie walczył mój kuzyn - Władysław Barański, a która znajdowała się na ul. Towarowej koło ul. Pańskiej. Chodziłem też po wodę, jak wodociągi przestały działać. Na ul. Siennej, koło Placu Kazimierza, na podwórzu zburzonego do parteru domu była pompa studni głębinowej, a przed nią długie kolejki mieszkańców z naczyniami na wodę, ostrzeliwanych z samolotów i nękanych pociskami moździerzowymi. Po wybuchu ludzie rozpraszali się, byli ranni, nawet zabici - lecz konieczność zdobycia niezbędnej do życia wody przeważała, i kolejka formowała się znów... Na dwóch pierwotnie pokrytych trawą skwerkach przed halą targową na Placu Kazimierza (podobną do Hali Mirowskiej) - tam, gdzie teraz są parkingi przed ,,Domem Słowa Polskiego", niebawem wyrosło mnóstwo drewnianych krzyżyków. Hala targowa, zbombardowana przez Niemców, paliła się przez dwa dni i noce. Od ognia, który strawił stojące wewnątrz drewniane kramy, zawaliła się żelazna konstrukcja dachu i część bocznych ścian. Pozostał tylko fronton hali od ul. Siennej, a na nim nienaruszony obraz Pana Jezusa z otwartym sercem, który z wyciągniętymi w dół rękami wyglądał, jakby chciał przygarnąć do siebie tych często bezimiennych, pochowanych tu ludzi...
     Największym moim przeżyciem w czasie Powstania był wybuch wielkiego pocisku artyleryjskiego, który uderzył w wysoką ścianę sąsiedniego domu, w wyniku którego nastąpiło zerwanie blachy na dachu naszej kamienicy. Spadła ona z nad IV piętra na podwórze z wielkim hukiem, kurzem, odłamkami cegieł i szyb oraz ciemnością, która zapadła. Byliśmy w mieszkaniu na parterze, dusząc się i myśląc, że nas zasypało.
     Drugim moim pamiętnym przeżyciem była śmierć nieznanego mi powstańca z AK na barykadzie przy ul. Siennej róg Żelaznej. Była to barykada zbudowana m.in. z ułożonych dużych płyt chodnikowych zerwanych z ulicy i ułożonych w murek w poprzek ul. Żelaznej, o wysokości ok. metra. Dla chłopaka jak ja, dostanie się na drugą stronę nie było problemem, natomiast dla dorosłego człowieka, który miał w rękach broń lub coś niósł - przejście tych ok. 15 metrów przez ulicę nastręczało wiele trudności. Działo się to we wrześniu, jak zaczynało się niemieckie natarcie idące od ul. Leszno, wzdłuż Żelaznej. Udało mi się wymknąć z piwnicy, i wyskoczywszy na ulicę, postanowiłem odwiedzić szkolnego kolegę, mieszkającego w pobliskim domu. Wtedy zobaczyłem kilku uzbrojonych powstańców idących w stronę barykady, pobiegłem więc za nimi, żeby zobaczyć jaką mają broń. Jeden z nich, niosący karabin Mausera, zaczął schylony przechodzić wzdłuż tego murku, ja za nim... Zatrzymał się w pewnym momencie i wyjrzał w stronę Alei Jerozolimskich. Usłyszałem huk i coś chlapnęło mi w twarz. Upadłem na bruk i zacząłem przecierać oczy. Powstaniec przede mną leżał na boku; z głowy lała się krew. Uciekłem z powrotem, byłem zakrwawiony. Ludzie stojący na ulicy złapali mnie, lecz gdy zobaczyli, że nie jestem ranny, pobiegli wyciągnąć zza barykady leżącego tam powstańca. Okazało się, że nie żyje. Jego koledzy ponieśli go więc w stronę pl. Kazimierza. Pod barykadą pozostał beret. Nie zważając na nic, pobiegłem po niego. Był podarty i oblepiony krwią. Ale orzełek ocalał. Zabrałem go. Był moim największym skarbem, jaki wyniosłem z Warszawy.
     Pamiętam, że po stronie nieparzystej ul. Siennej, vis " vis naszego domu, na I piętrze nad bramą - w dwóch pokojach, w których rozebrano ściankę działową, była urządzona kaplica. Codziennie wieczorem odbywały się tu modły okolicznych mieszkańców, a w których często brały udział moja Mama i Babcia. Tego dnia, gdy zginął młody powstaniec - były one wyjątkowo długie i smutne.
     Wypuściłem się raz aż na ul. Ceglaną, gdzie był Browar Haberbuscha & Schiele. Tam udało mi się dostać w blaszaną puszkę trochę melasy (słodu do piwa) i ziarna jęczmienia, które przyniosłem w połach mej koszuli. Babcia, po zmieleniu ich w młynku do kawy, na gorącej blasze upiekła wtedy pyszne podpłomyki.
     Babunia miała taki zwyczaj, jeszcze sprzed wojny, że suszyła resztki bułek i chleba. Do Powstania uzbierał się tego cały worek. Podczas okupacji też zbierała resztki przydzielanego na kartki chleba, który był pieczony z różnego ziarna, z łuskami, a podejrzewaliśmy, że i z trocin. Te suchary, gotowane jako zupa z ,,czymś tam", stanowiły przeważnie nasze pożywienie w czasie Powstania.
     Pewnego ranka, wyszedłszy na ulicę Sienną, zobaczyłem leżącego zabitego karego konia. Ludzie krajali go nożami, wycinając mięso z ud i grzbietu. Mając mały scyzoryk, z którym się nie rozstawałem, mimo obrzydzenia i ja wyciąłem z trudem kawałek mięsa i z triumfem przyniosłem go do Babci, gdzie posłużył jako ,,wkładka mięsna" do naszej chlebowej zupki. Na drugi dzień już ani śladu po koniu nie było...
     Na ul. Złotej mieszkał mój inny szkolny kolega. Chcąc go odwiedzić, musiałem przejść wąskim podkopem pod ul. Żelazną koło Złotej. Zaczynał się on i kończył w przeciwległych bramach. Przejścia pilnowali porządkowi, puszczając przechodzących raz w jedną, a raz w drugą stronę. Na Złotej przy Żelaznej był olbrzymi lej po bombie, zajmujący całą jezdnię. Przekroczywszy go, zobaczyłem, jak z rozbitego sklepu na Złotej ludzie wynoszą jakieś rzeczy. Pobiegłem tam i ja. Ale półki były już puste. Na podłodze, wśród walających się śmieci znalazłem kilka papierowych opakowań proszków od bólu głowy ,,Z Kogutkiem", okrągłe pudełeczko ,,Pigułek Reformackich z Zakonnikiem", o których mówiono, że przeczyszczają, nie przerywając snu, i... 3 opakowania ,,Olla Gum". Zadowolony, przyniosłem to do domu. Niestety, wszystkie te ,,wykopaliska" zostały mi przez Mamę zarekwirowane...
     Moi stryjeczni - brat Witold i siostry Krysia i Basia Czostkiewiczowie, walczyli w ,,Parasolu". Krysia była sanitariuszką, a Basia - łączniczką. Dzięki temu przydziałowi odwiedziła ona nas kilkakrotnie, przynosząc nieraz coś do jedzenia, a także nauczyła mnie śpiewać ,,Pałacyk Michla". Nasza kuzynka, ,,ciocia" Jadwiga (nazwiska już nie pamiętam), która w czasie okupacji pracowała w fabryce ,,Dzwonkowej" na Grochowie - była łączniczką w sztabie AK, który się mieścił w podziemiach ,,Adrii" - i tam też, jak się później dowiedzieliśmy, po 3-dniowym odkopywaniu gruzów, znaleziono jej zwłoki.
     Już po wojnie dowiedzieliśmy się też, że Basia zginęła w czasie Powstania, nawet ciała jej nie odnaleziono. Witold, podczas walk o Starówkę, stracił lewą rękę i był ewakuowany ze szpitalem poza Warszawę. Krysia wyszła z powstańcami, była w obozie, i po kapitulacji Niemiec pojechała do Szwajcarii. Była tam organizatorką polskiego Hufca Harcerskiego. Potem ściągnęła do siebie swoją matkę i brata.
     Podczas wrześniowych nocy, nad Warszawą nie było widać gwiazd. Zakrywały je dymy i czerwone łuny z palących się wokół domów. Niejednego późnego wieczora czy nocy dymy te jednak prześwietlały białe snopy silnych reflektorów omiatających niebo, a noc "rozszczekiwała się" zajadłą kanonadą zenitówek.
     Do nocnych nalotów byliśmy już przyzwyczajeni. Każdy łapał tłumoczek ze swoimi niezbędnymi rzeczami i uciekał do piwnic, gdzie po silniejszych wybuchach bomb trzęsła się ziemia i sypała się ze sklepień wapienna zaprawa na głowy kurczących się ze strachu ludzi.
     Ale tej nocy było inaczej. Miast bomb, nad miastem zakwitły czasze różnokolorowych spadochronów, oświetlonych z dołu reflektorami. Widok był cudowny. Ludzie, mimo gęstej strzelaniny, wylegli na podwórze i ulicę krzycząc: ,,Desant, Alianci przylecieli!". Ale to były tylko zasobniki ze sprzętem wojskowym. Jeden z nich trafił na nasze podwórze. Przybiegli zaraz powstańcy z pobliskich placówek i doszło do przepychanek przy podziale broni. Piękny spadochron mieszkańcy szybko pocięli i roznieśli. Przez jakiś czas leżał tylko na podwórku pusty pojemnik, który służył nam do zabawy jako ,,łódź podwodna". Potem gdzieś zniknął.
     Póki pracowała elektrownia, Babcia i Mama słuchały wieczorami Londynu na odbiorniku radiowym ,,Philipsa", odgrzebanym spod węgla w piwnicy, gdzie przeleżał całą okupację. Schodził się wtedy do naszego mieszkania tłum ludzi, stojących nieraz w przedpokoju, a po audycji i hymnie ,,z dymem pożarów...", wzajemnie się pocieszający. Później, jak nie było już prądu, pozostawały tylko gazetki. Wtedy jednym z mych ,,obowiązków" było roznoszenie po piwnicach naszej kamienicy nielicznych egzemplarzy ,,Biuletynu Informacyjnego" i ,,Robotnika", które przynosili łącznicy, skwapliwie rozchwytywanych przez spragnionych wieści mieszkańców. Niektórzy jednak, a byli to przeważnie starsi ludzie, w świetle kopcącego kaganka lub świecy nie dowidzieli, lub nie mieli okularów. Wtedy prosili mnie, abym im czytał. Więc często czytałem im te nowiny, przeważnie smutne, ale dające też iskierki nadziei.
     W ostatnich dniach września natarcie niemieckie wzdłuż ul. Żelaznej zbliżało się do nas powoli. Coraz więcej uciekinierów przybywało, uciekając przed Niemcami. Siedzieli brudni i głodni w naszej piwnicy i na klatkach schodowych - przeważnie kobiety z małymi dziećmi. Babunia wpuściła kilka matek do naszego mieszkania, żeby mogły coś ugotować i gdzie położyć swoje płaczące pociechy. Zrobiło się u nas bardzo gęsto, w nocy nie można było przejść do ubikacji, bo ludzie leżeli pokotem na podłogach, i było ciemno. Początkowo było jeszcze światło elektryczne, później, niestety, do oświetlania pozostawały tylko ogarki świec i lampki naftowe, do wyczerpania zapasów.
     Wszystkie te oleje, benzyny, nafty - zbierali powstańcy. Robili z nich na podwórzu butelki zapalające. Do pełnej butelki, przy korku przyczepiano pasek oddartego materiału, który polany benzyną się palił, i gdy butelka została rozbita - zapalała się od tego ,,knota" cała jej zawartość. Takimi butelkami zapalono ,,Tygrysa", który wdarł się po barykadzie na ul. Żelaznej przy ul. Prostej, gdzie była stacja benzynowa, mimo, że w bruk wkopano na sztorc pocięte szyny tramwajowe. Czołg jechał, strzelając, Żelazną, i był już za ul. Pańską, niedaleko naszego domu. Był straszny huk i strzelanina, ludzie uciekali, gdzie, kto mógł.
     W naszym domu, jak i wszędzie, był oddział obrony przeciwlotniczej, składający się ze starszych mężczyzn, którzy gasili wybuchające pożary po bombach zapalających - chodząc po strychach i dachach z narażeniem życia. Ci to zwykli cywile, wśród nich starszy pan w tramwajarskiej czapce - zapalili ten nacierający czołg, obrzucając go butelkami z okien I i II piętra kamienicy przy ul. Żelaznej. Do palącego się ,,Tygrysa" podjechał jakiś inny, i przy pomocy żołnierzy wyciągnął go z powrotem w stronę Leszna. Natarcie jednak ustało. Tramwajarza wszyscy w naszym domu traktowali jak bohatera, który nas uratował.
     Były to ostatnie dni walk...
     Wkrótce dowiedzieliśmy się o kapitulacji. Strzały umilkły. Zapadła cisza, tak niezwykła w tym miejscu; tak, że zdawało się, że czegoś brakuje. Tylko swąd z palących się domów i nocne łuny pożarów przypominały nam te straszne chwile. Mieszkańcy naszego domu i przebywający w nim uciekinierzy, po ogłoszeniu komunikatów o przymusowej ewakuacji, zaczęli powoli opuszczać zniszczone miasto.
     My byliśmy w domu na Siennej 82 do 8 października, bo Mama i Babcia bały się iść ,,w nieznane". Lecz tego dnia przed południem wpadli na podwórze na czarno ubrani ,,własowcy" i zaczęli wrzeszczeć: ,,Piat' minut, wsie won! Uchadzi! Won! Won!" Było jeszcze, prócz nas, kilka osób, które też obawiały się tułaczki. Wybiegły one na podwórze, błagając o przedłużenie czasu, pokazując małe dzieci itp. Nie odniosło to żadnego skutku, Ukraińcy zaczęli podpalać dom, strzelając po oknach wyższych pięter miotaczem ognia. W popłochu nieliczni mieszkańcy opuszczali podwórze, łapiąc, co było pod ręką.
     Babunia już kilka dni temu z kapy na łóżko uszyła dwa worki. Były one na górze ściągane sznurkami, które były przywiązane do ich dolnych rogów. W te worki Babcia z Mamą wpakowały kilka rzeczy i tak jak staliśmy, uciekliśmy z palącego się już domu. Ja, jako ,,bagaż" miałem małą ceratową walizeczkę, w której, prócz woreczków z kaszą, resztką cukru i skórkami chleba, były wszystkie moje skarby - dwóch małych żołnierzy niemieckich z jakiejś masy, obrazki flag państw, herbów miast i kolonii niemieckich[*], które zbierałem. Były też karty do gry w ,,Czarnego Piotrusia", scyzoryk, grzebyk i lusterko, oraz malutką figurkę św. Antoniego w mosiężnym etui, którą dostałem od Babci, aby mnie chroniła. Orzełka przezornie schowałem do kieszeni krótkich spodenek, w które byłem ubrany. Wlokłem też na sznurku szczeniaka wilczka, który się do nas przyplątał po kapitulacji, a którego nie chciałem zostawić tu samego.
     W potoku wygnańców szliśmy wolno przez zasypane gruzami ulice - Żelazną do Alei Jerozolimskich, i w kierunku Dworca Zachodniego. Tu już jezdnie były uprzątnięte. Na chodnikach stały rzędy ludzi a środkiem płynęły niekończące się potoki objuczonych tobołkami lub pchających dziecięce wózki uchodźców. Nagle usłyszałem, że z tłumu stojącego wzdłuż trasy tego Exodusu, ktoś woła moje imię. Obejrzałem się. Była to o rok młodsza ode mnie dziewczynka, Mirka, która wraz ze swoją mamą kilkakrotnie w ostatnie dni Powstania u nas nocowały, a dzień wcześniej wyszły z naszego domu. Ucieszyłem się, chciałem do niej podejść, lecz Mama schwytała mnie za ramię, bojąc się, że zgubimy się w tym tłumie. Tylko pomachaliśmy do siebie rękami i już jej więcej nie spotkałem.
     Na Dworcu Zachodnim stały wagony kolejowe III klasy, do których nas żołnierze niemieccy i jacyś cywile ,,upychali" wraz z tobołkami; wszystkie wózki i co większe pakunki, które ich zdaniem zabierałyby zbyt dużo miejsca - zostawały na siłę odbierane, a kto zbyt mocno przeciw temu protestował, dostawał pałką, a nieraz i kolbą karabinu, był skutecznie uciszany.
     W takim tłoku, wśród narzekań i płaczu, dojechaliśmy do Pruszkowa. Tam też wzdłuż pociągu stał szpaler żandarmów. Rozległy się wrzaski rozkazów: ,,Raus" i ,,Schnell", pomieszane z przekleństwami. Ludzie szybko wyskakiwali z wagonów na ziemię, bo nie było peronów, pomagając sobie wzajemnie. Pędzeni okrzykami, wolno szliśmy z naszymi tobołkami do fabrycznych hal - jak się później dowiedzieliśmy - ,,Ursusa". Tam już kłębił się tłum ludzi, wcześniej tu zwiezionych. Jacyś cywile krzyczeli, aby siadać i robić miejsce dla nowoprzybyłych. Potem usłyszeliśmy, że można dostać kawę zbożową i po kawałku chleba.
     Tak, siedząc na betonowej podłodze, gdzieś pod filarem na naszych tobołkach, spędziliśmy noc. W świetle elektrycznych lamp kłębił się tłum niespokojnych ludzi, dzieląc się swoimi nieszczęściami i poszukując zaginionych członków rodzin. Na ścianach i filarach poprzyczepiane były karteczki z prośbami o kontakt, lub z apelem: ,,Czy ktoś widział...", ,,Czy ktoś wie..." o bliskich im osobach. Ja oczywiście ,,latałem" z psem po hali, obrzucany nieraz wymysłami przez zdenerwowanych ludzi. W końcu zatrzymał mnie jakiś cywil i odebrał mi tego szczeniaka, mówiąc, że mi zdechnie, bo nie mam go czym nakarmić, a u niego będzie miał dobrze. Była to prawda, bo już żałośnie mi piszczał, więc z płaczem, całując go w mordkę, się z nim rozstałem. Potem poszedłem do Mamy i Babci i pochlipując, usnąłem, oparłszy głowę na tobołku.
     Rano znów obudziły nas wrzaski, że mamy wychodzić. Zebraliśmy nasze rzeczy i popędzani, wyszliśmy z hali. Od przodu dobiegały nas znów jakieś krzyki rozpaczy. Nie wiedzieliśmy, co się tam dzieje. Tak doszliśmy do zagrodzonego żelaznymi płotkami przejścia, za którym stało kilkunastu żandarmów i cywili, którzy wypychali wychodzących ludzi na dwie strony. Mamę jakiś żandarm zaczął szarpać, by szła na prawo, a mnie i Babcię drugi - na lewo. Zacząłem płakać, złapałem się Mamy, ale zostałem odciągnięty. Zaczęli przepędzać nas do ogrodzonego płotem terenu, ale Babcia krzyknęła do mnie, bym pobiegł do Mamy, to może ze mną jej nie wywiozą do Niemiec na roboty. Więc pod ręką żandarma uciekłem w jej stronę, lecz szpaler Niemców mnie nie puścił i musiałem zawrócić, bo zaczął mnie obszczekiwać, wyrywając się ze smyczy, wielki wilczur. Dołączyłem do Babci, rozcierając łzy na policzkach. Mama zniknęła mi gdzieś w tłumie...
     Nas, dzieci i starych ludzi pędzono w stronę stojących wagonów towarowych. Był ich długi sznur. Kazano wsiadać. Z braku peronów podłogi tych wagonów były powyżej metra od ziemi, więc wejście do nich sprawiało nam dużo trudności. Jedni drugich podsadzali, wciągali za ręce do góry, podnosili bagaże, a to wszystko w atmosferze wrzasków i popychania. Do mojego wagonu Niemcy upchali chyba około 50-ciu osób z tobołkami. Był straszny tłok. Część ludzi jakoś przycupnęła na swoich tobołkach, część stała pod ściankami wagonu.
     Nasz wagon był odkryty, po węglu; czarny kurz wzniecany nogami z podłogi i opadający ze ścianek osiadał na wszystko. Wkrótce siąpiąca mżawka pył węglowy zamieniła w maź, tak, że wszyscy wyglądaliśmy jak górnicy po szychcie. Siedziałem na walizeczce przy Babci i mokry, trząsłem się z zimna - bo miałem na sobie tylko koszulkę, cienki sweterek, krótkie zamszowe spodenki z szelkami i sandałki.
     Pod wieczór wagony ruszyły. Jechaliśmy, gdzie - nikt nie wiedział. Rano, na jakieś stacji, gdzie stanęliśmy, Babci udało się dostać pół garnuszka ciepłej czarnej kawy. Chcąc ją osłodzić reszką wyniesionego cukru, pomyliła woreczki i wsypała kaszy jęczmiennej zmielonej z ziaren na młynku. Kasza napęczniała i nie dało się tego pić. Zjedliśmy tylko po kilka skórek od chleba.
     Najgorzej jednak było z załatwianiem potrzeb. Jakiś starszy pan nożem wydłubał w podłodze wagonu dziurę, w którą wszyscy po kolei oddawali mocz. Nie wszystko spływało, stały kałuże. Smród. Tylko raz dziennie pociąg stawał w polu. Otwierano wagony i wypuszczano ludzi ,,za potrzebą". Nieraz wagon zatrzymywał się na nasypie, do ziemi było bardzo daleko. Wolno było odejść tylko 4 metry od wagonów, inaczej do nas strzelano. Mężczyźni zawsze jednak próbowali ucieczki, nieraz z powodzeniem, nieraz kończyło się śmiercią.
     Ja, niestety, nie wytrzymałem tego ,,cyklu" i zrobiłem kupę w majtki. Siedziałem śmierdzący, zdrętwiały z zimna, nie chciałem już nic jeść i zdawało mi się, że już niedługo umrę. W tym stanie nie obchodziło mnie to, że ludzie płakali, mówiąc, że stoimy na rampie w Oświęcimiu, który przy moim stanie psychicznym, był pustym wyrazem.
     Ale po jakimś czasie znów ruszyliśmy. Raz do tyłu, raz do przodu. Dzień i noc. Ale to już do mnie nie docierało. Wreszcie rano pociąg zatrzymał się, otworzono drzwi, i kazano nam wysiadać. Nikt się nie ruszał. Wskoczyło więc do wagonu dwóch młodych mężczyzn i zaczęli podnosić i oddawać w ręce stojących na peronie - zdrętwiałych, zrezygnowanych, słaniających się na nogach ludzi.
     Był pochmurny, chłodny dzień. Przed stacją stali żołnierze Wehrmachtu. Idąc z Babcią za rękę, powłóczyłem zdrętwiałymi nogami, ze spuszczoną głową - starając się na nich nie patrzeć, jako na sprawców wszystkich moich nieszczęść. Wtem usłyszałem nad sobą jakieś niemieckie słowa. Ale nie tchnące nienawiścią, tylko współczuciem. Podniosłem głowę i zobaczyłem nad sobą twarz grubego, starszego żołnierza, który pogłaskał mnie po głowie i wetknął mi do ręki kromkę chleba posmarowaną masłem. Oniemiałem, ale głód odezwał się we mnie znów, i zacząłem nie gryźć, a połykać kawałkami ten świeży chleb, którego nie widziałem od miesięcy. Widać, byli też dobrzy Niemcy...
     Na stacji rozdawano kawę i chleb - czarny, pachnący. Ludzie jedli, zaczynali rozmawiać, pytali, gdzie jesteśmy, dokąd nas zabiorą. Okazało się, że jest to Mszana Dolna, a nas rozwiozą po okolicznych wsiach. Niedługo zaczęły pod stację podjeżdżać chłopskie furki, zaprzężone w konie. Do jednej z nich pomogli kilku osobom, w tym Babci i mnie wsiąść jacyś młodzi ludzie, wrzucili nasz tobołek i walizeczkę, i tak pojechaliśmy znów w nieznane. Jechaliśmy dość długo, a powożący góral wypytywał się o nowiny z Warszawy i pocieszał jak umiał, mówiąc, że jedziemy do Niedźwiedzia i tam nam będzie dobrze...
     Na koniec, jadąc wzdłuż parterowych, drewnianych domostw, zajechaliśmy na Rynek w Niedźwiedziu. Tam już stała gromadka ludzi, którzy otoczyli naszą furkę i zaczęli zapraszać do siebie. Do mnie podeszła szczupła, energiczna, ciemnowłosa pani, mówiąc, że ma córkę w moim wieku, to i ja się u niej wychowam. Po posiłku na stacji, nabrałem chęci do życia, więc zeskoczyłem z wozu i chciałem z nią iść. Babcia mnie powstrzymała, mówiąc, że chciałaby wiedzieć, gdzie będę mieszkał. Okazało się, że trafiłem do jednego z najbogatszych tu gospodarzy, państwa Mitanów, którzy mieli gospodarstwo, karczmę i murowany dom na Rynku. Babcię wziął na mieszkanie góral, p. Balachowicz, który miał duże stado owiec i mieszkał za rzeczką na górce, ok. kilometra od Rynku.
     Tak się zaczął mój pobyt w Niedźwiedziu. Po wymyciu mnie i przebraniu w jakieś ubranie, dostałem obfitą kolację i w kuchni, na zapleczu domu, położyłem się na wypchanym słomą sienniku i przykryty kocami, po kilku koszmarnych dniach i nocach - spokojnie zasnąłem.
     Życie moje zaczęło się normalizować. Odwiedzałem Babcię na górce, chodziłem do jednoklasowej szkółki podstawowej, mieszczącej się w drewnianej, zabytkowej, starej karczmie na Rynku, w której były dwie izby, rozdzielone korytarzem. W jednej uczyły się dzieci młodsze, a w drugiej - my. Siedziałem na ostatniej ławce jako szóstoklasista, a w nauce byłem dobry, bo sporo wiadomości miałem z warszawskiej szkoły, a tu był o wiele niższy poziom. Uczyły nas dwie panie, jedną z nich, w starszej grupie, była Mama Ludmiły Niedbalskiej, też wywieziona z córkami z Warszawy, oraz młody wikary - ks. Walenciak, który był dla nas bardzo dobry, serdecznie z nami rozmawiał, a czasem i grał w piłkę.
     Po lekcjach bawiłem się z psem gospodarzy, wielkim wilczurem, który mnie polubił i stale za mną chodził, nawet po drabinie w stodole na zasieki, pełne snopków żyta. Nie umiał tylko schodzić i skakał z góry na klepisko. A za to dostawałem od p. Mitany burę, bo mógł sobie coś złamać. Pan Franciszek powiedział mi też, żebym tam nie chodził, bo partyzanci ukrywają różne rzeczy, tam, w tych snopkach.
     I rzeczywiście, kilkakrotnie w ,,mojej" kuchni, mającej osobne wejście i mieszczącej się z tyłu domu, w nocy budziłem się w otoczeniu broni, leżącej na moim łóżku i siedzących na jego brzegu partyzantów z oddziałów BCH, operujących w tej okolicy. Zaimponowałem im znajomością rodzajów broni i wypytywany, w dziecięcych słowach opowiadałem im o walkach powstańców i tragicznym losie miasta, a raz nawet zaśpiewałem ,,Pałacyk Michla", który nauczyła mnie w powstaniu Basia. Partyzanci przychodzili po pędzony przez mojego gospodarza bimber z żytniej mąki, który pomagałem robić, nalewając go z wiadra, do którego ciekł, do półlitrówek, zmieniając wodę w naczyniu ze spiralami i podkładając szczapy pod kociołek. Pamiętam, że raz, p. Mitana wylał zużyty zacier do dołu na podwórzu, a wypuszczone niechcący przeze mnie wtedy świnie, najadły się go i potem przewracały się i leżały, kwicząc. Partyzanci przychodzili również po chleb, w który zaopatrywali się u szwagra mego gospodarza, p. Kozickiego, który zaraz koło ,,naszego" domu miał piekarnię. Piekł w niej chleb dla Niemców i miejscowej ludności, a w nocy - dla partyzantów.
     Dwóch synów p. Kozickiego było moimi kolegami; z nimi chodziłem do szkoły i bawiłem się też popołudniami. Oni to pokazali mi wykopaną ziemiankę w krzakach na zapleczu domów przy Rynku, w której czas jakiś ukrywali się Żydzi, nim ktoś ich nie wydał i wywieźli ich Niemcy. Znalazłem tam szczoteczkę do zębów, która mi potem długo służyła.
     Któregoś wieczora starszy z braci przyszedł do mnie do kuchni i powiedział, żebym z nim poszedł do piekarni. Oczywiście to zrobiłem. Okazało się, że Niemcy przywieźli pszenną mąkę i będą się z niej piekły bułki. Białe bułki! Siedzieliśmy we trzech w kącie, niedaleko pieca, czekając na te specjały. Po północy w końcu dostaliśmy od p. Kozickiego po bułce, gorącej, chrupiącej, takiej, jaką jadłem ostatni raz przed wojną, kupowaną przez Babcię w piekarni ,,Złoty Róg", mieszczącej się na froncie hali na pl. Kazimierza w Warszawie...
     Właściwie to chodziłem w Niedźwiedziu, mówiąc słowami Dody Elektrody, ,,generalnie" nie wyspany. W nocy - wizyty partyzantów, z których się bardzo cieszyłem, a z rana, od piątej - ,,Godzinki", wyśpiewywane pięknie przez p. Mitanową i pracującą u niej młodą góralkę, Marysię, na głosy w ,,mojej'' kuchni, w której przędły wełnę:
     ,,Zacznijcie, wargi nasze, chwalić Pannę Świętą,
      
zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą...",
rozespany, zaciągałem sobie koce na głowę, udając że śpię, ale naraz wpadło mi do ucha:
       ,,...tronie Bogumiły..." -
zaśpiewały panie, i mimo, że chodziłem na lekcje religii, to nic o tej Bogumile i jej tronie nie słyszałem, więc z zaciekawieniem słuchałem dalszych słów pieśni, które mogłyby mi to wyjaśnić. Ale niczego się nie dowiedziałem. Dopiero ks. wikary mi potem powiedział, że to była zbitka słów - a brzmieć powinna: ,,tronie Bogu miły".
     Któregoś dnia w listopadzie do mnie, bawiącego się z kolegami na podwórzu, przyszedł... mój Dziadek, ojciec mego Tatusia, mieszkający w Zakopanem. Ucieszyłem się ,,strasznie", bo u niego z Mamą, w 1938 r. byliśmy na letnisku, i tyle lat minęło, odkąd się nie widzieliśmy.
     Ja miałem sześć lat, jak byłem wtedy z Dziadkiem, pierwszy raz, na Giewoncie, a z Mamą i Dziadkiem wjechałem kolejką na Kasprowy Wierch i potem zeszliśmy przez Myślenickie Turnie do Kuźnic. Tam Mama ,,padła" ze zmęczenia i dorożką wracaliśmy do domku Dziadka na ul. Kościeliskiej. Przypomniałem sobie spacery z Mamą po Gubałówce, opalanie się w Dolinie Strążyskiej i ,,misie", goniące mnie po Krupówkach do fotografii, które znalazłem po powrocie w piwnicy naszego domu z Warszawie.
     Poszedłem z Dziadkiem, Ludwikiem Badowskim, do Babci na górkę. Tam dowiedziałem się, że Babunia do niego napisała gdzie jesteśmy, i czy nie wie nic o losach mojej Mamy. Okazało się, że odnalazł Mamusię, która przebywa we wsi Żaby, pow. Radomsko. Radość była wielka, Babcia płakała, ja skakałem z radości do góry, i całowałem Dziadka raz po raz. Jeszcze bardziej się ucieszyłem, słysząc, że mamy do niego przyjechać do Zakopanego, i że tam się spotkamy z Mamą.
     Tak dobiegł pierwszy etap mojego pobytu w Niedźwiedziu. Żegnając się, dziękowałem moim gospodarzom pp. Franciszkowi Mitanie i jego Żonie, za blisko dwumiesięczny u nich pobyt i okazane mi serce. Córka p. Mitanów - Marysia, dała mi na pamiątkę, z braku swojego zdjęcia - zdjęcie grupowe, na którym była - z zakończenia roku szkolnego w czerwcu 1944 r. przed szkołą na rynku, które do dziś posiadam. Pożegnałem się też z kolegami i z drugą Marysią, która pracowała u p. Mitanów, m.in. jako bufetowa w prowadzonej przez nich karczmie. Dużo z sobą przebywaliśmy i rozmawialiśmy. Pomagałem jej nieraz płukać kufle po piwie, czy przynieść wodę, a ona traktowała mnie jak młodszego brata lub biedną sierotę, którą wtedy byłem. Brała mnie czasem na kolana, przytulała i śpiewała mi różne piosenki, z których szczególnie zapamiętałem jedną:
     ,,Siadła mucha na badylu, i strąciła kwiat,
     
czegoś Ty mi, moja Luba, zawiązała świat...".
Bardzo mi uczucia wtedy brakowało, więc ją bardzo lubiłem. Przy pożegnaniu popłakaliśmy sobie oboje...
     5 grudnia poszliśmy z Babunią na piechotę do Mszany Dolnej i po przesiadce w Chabówce, 6 grudnia byliśmy już w Zakopanem. Zamieszkaliśmy w domku Dziadka na zapleczu sklepu na ul. Kościeliskiej, przy starym kościółku. Mama dotarła do nas 13 grudnia. Radość była wielka, śmiech przez łzy. Okazało się, że po czterotygodniowym pobycie w obozie w Pruszkowie, Mama natrafiła na lekarza, który tam był zatrudniony u Niemców i wystawiał wstępne diagnozy chorób, które potem musiały być akceptowane przez lekarza niemieckiego. Ów Polak, jako student, stołował się w ,,Belgii" - jadłodajni prowadzonej przez moich Dziadków, rodziców Mamy. Poznał on Mamę, i wypisał jej diagnozę na karcie do zwolnienia - ,,angina pectoris", a po pomyślnej akceptacji, Mama nie pojechała do Breslau, gdzie początkowo miała trafić, a transportem odesłana w Radomskie. Tam też rozdzielono warszawiaków do poszczególnych wsi. Mamusia trafiła do wsi Żaby, gmina Dobryszyce, pow. Radomsko. Najwięcej przebywała u pp. Stefanków i Mokrzyńskich. Zaprzyjaźniła się też z inną warszawianką - p. Cecylią Kozłowską, artystką Opery Warszawskiej, z którą wspólnie się pocieszały, niespokojne o nieznane losy ich bliskich. Wieczorami p. Kozłowska często śpiewała różne arie i romanse zgromadzonym u jakiegoś gospodarza, warszawiakom.
     Ale w Zakopanem też nam nie było lekko. Dziadek utrzymywał się jako ,,złota rączka", reperując wszystko: lalki, parasole, lampy, aparaty fotograficzne, zegarki, robił pułapki na myszy itp., bo mając przed wojną wypożyczalnię sprzętu sportowego, w okupację został przez Niemców obrabowany. Wszystkie narty, sanki, buty, sanie, plecaki itp. zarekwirowali mu na potrzeby kampanii wschodniej.
     W tym czasie trwały też łapanki, a także rewizje po domach, bo dużo warszawiaków pouciekało z transportów lub poukrywało się w podwarszawskich wsiach; a teraz przyjeżdżało do Zakopanego, bo kiedyś bywali tu na letniskach, więc zdawało się im, że będę tu mogli przetrwać do końca wojny. Mama miała szczęście. W ,,Arbeitsamcie" dostała przydział pracy w kuchni kasyna oficerskiego na ul. Kościuszki, tzw. ,,Deutsche Heim". Uratowało ją to po raz drugi przed wywiezieniem na roboty. Oprócz groszowych zarobków, mogła przynosić jakieś resztki jedzenia, które stanowiły dla nas w tym czasie podstawę wyżywienia.
     Przed świętami Bożego Narodzenia Babcia postanowiła pojechać do Niedźwiedzia. Zaopatrzona przez Dziadka różnymi rzeczami do wymiany na żywność, miała wrócić do nas na Święta. Niestety, nie przyjechała. Szedł front, urywała się komunikacja kolejowa i pocztowa. Nie wiedzieliśmy, co się z nią stało, i czy żyje.
     Wigilię spędziliśmy smutną. Ja pod wieczór, z siekierą, poszedłem na stok Gubałówki, by ściąć choinkę. W tym czasie nie wolno było chodzić po górach, Niemcy strzelali bez ostrzeżenia. Szczęśliwie udało mi się wyciąć ładnego świeczka, i z duszą na ramieniu, przynieść go do domu. Przedtem spotkało nas nieszczęście. Z komórki, która graniczyła z Pęksowym Brzyzkiem, ukradziono nam piękne, duże sanki, na których zjeżdżałem spod kościoła Jezuitów na górce; nieraz z młodymi żołnierzami niemieckimi, którzy po ranach i odmrożeniach odniesionych na froncie wschodnim, byli tam leczeni w dawnym sanatorium przeciwgruźliczym. Byli to młodzi - 16-17-letni chłopcy, którzy nieraz wynosili zjeżdżającym na sankach dzieciom kawałki czekolady lub ciasta. Kilka razy spotkałem tam Hansa, chłopca spod Bremy, który ze mną zjeżdżał z góry, a ciągnął mnie na sankach pod górkę. Raz złapał mnie na tej zabawie Dziadek i ,,strasznie" mnie skrzyczał, a że ja nie widziałem w tym nic złego, byłem bardzo rozżalony. Te sanki przepadły, a co gorsze, chuda kura, którą udało się Dziadkowi wymienić za jakieś klamoty, a która miała być ucztą na Święta.
     To sprawiło, że Święta były jarskie. Na Wigilię Mama z Dziadkiem przygotowali dwa rodzaje zup, kluski z marmoladą i placki ziemniaczane popijane czarną kawą. Ja na deser dostałem talerzyk tartej maślanej bułki, jeszcze sprzed wojny, którą Dziadek przetrzymywał ,,na czarną godzinę" gdzieś na strychu. W pozostałe dni świąteczne niestety, nasz jadłospis uległ znacznemu ograniczeniu.
     Na Gwiazdkę dostałem od Dziadka ,,Der Junge Mechaniker", takie skręcane na śrubki budownictwo, a od Mamy portfel z 50-cioma złotymi. Potem wszyscy poszliśmy na górkę, do kościoła Jezuitów na Pasterkę.
     Zaraz po Nowym Roku otrzymaliśmy kartkę pocztową od Babci. Okazało się, że wracając już do Mszany, upadła i zwichnęła nogę. Przejeżdżająca furka zabrała ją powrotem do p. Balachowicza, który jako owczarz, nastawił zwichniętą kostkę; ale będąc w łupkach, powinna jeszcze leżeć przez kilka tygodni.
     Pod koniec stycznia 1945 r. Niemcy zaczęli się wycofywać z Zakopanego. Jednego dnia rozległ się wielki huk, wszyscy się przestraszyliśmy. Okazało się, że Niemcy wysadzili kamienny most na potoku Bystry - róg Krupówek i Kościeliskiej - bardzo blisko nas. W mieście zapanowała anarchia, urwały się dostawy na kartki pieczywa i marmolady. W Zakopanem, odciętym od świata, przeludnionym, zapanował głód. W dzień później wkroczyli żołnierze rosyjscy. Oni do końca opróżnili z żywności wojskowe i miejskie magazyny.
     Naprzeciwko domku Dziadka, po drugiej stronie ulicy, znajdowała się piekarnia ,,U Dańca" (jest ona tam do dziś). Pod nią to wieczorami ustawiała się kolejka ludzi, mających nadzieję, że rano będą mogli kupić bochenek chleba. Dziadek, Mama i ja staliśmy kilka nocy w tej kolejce, zmieniając się co dwie godziny, bo w styczniu były pogodne noce, świecący księżyc, który na seledynowo oświetlał góry, pokryte śnieżnymi czapami dachy góralskich domów i leżący wszędzie śnieg. Było jak w bajce. Ale był też mróz. Kilka razy udało nam się dostać bochenek chleba, szanowany jak hostia. Później i to się urwało. Piekli tylko suchary dla wojska. Młodzi ludzie chodzili przez góry na Słowację, aby wymienić różne rzeczy (np. igły i nici) na chleb i słoninę - bo i tam było z żywnością krucho.
     Trzeba było opuścić Zakopane. W ostatnie dni jedliśmy tylko suchary, przynoszone przez żołnierzy rosyjskich, którym Dziadek naprawiał ,,trofiejne czasy". Nastały też inne czasy - odwetu. Aresztowano i tracono niektórych członków ,,Goralenvolku", a także złapanych żandarmów. Byłem świadkiem jak złapanego niemieckiego podoficera Rosjanin przygniatał nogą do ziemi, mówiąc: ,,Choczyłeś mnogo ziemli, to kuszaj, job twoju mać!". Przez Zakopane szły kolumny wynędzniałych jeńców niemieckich, kierowanych na wschód. Nie żałowałem ich, pamiętając Powstanie i naszą tułaczkę, mimo to serce się krajało, jak jedli surowe ziemniaki, rzucane im przez ludzi i smar zbierany palcami z osi wozów.
     W Zakopanem ogłoszono pobór do wojska. Pojawiły się polskie oddziały. Na ul. Nowotarskiej, sprzedając robione z Dziadkiem papierosy, spotkałem kuzyna - Władysława Barańskiego, powstańca - którego odwiedzałem na placówce, a który jakimś cudem uciekł z transportu i wstąpił do WP. Ucieszyliśmy się tym spotkaniem, i po bezładnej rozmowie o losach rodziny, oddałem mu wszystkie papierosy. Dostałem za to burę od Dziadka.
     Na Krupówkach słychać było przez zainstalowane tam megafony muzykę i komunikaty z frontów, a także zapowiedzi końca wojny, a gromadzący się przy nich ludzie głośno wyrażali swą radość...
     Nie wytrzymaliśmy już dłużej z Mamą siedzenia w Zakopanem i po spakowaniu rzeczy, jakie otrzymaliśmy od Dziadka ,,na wyposażenie" i załadowaniu ich na zrobione z desek sanki, które moim pomysłem zostały uzupełnione na górze drewnianymi kółkami, wyruszyliśmy do Babci, na piechotę, do Niedźwiedzia.
     Szliśmy, ciągnąc wózek, szosą w stronę Nowego Targu. Po kilku kilometrach, Rosjanie jadący na furce zaprzężonej w małe kosmate koniki, zgodzili się nas podwieźć. W Nowym Targu zanocowaliśmy na podłodze u jakiś dobrych ludzi, którzy nas też nakarmili, czym mogli. Potem już było gorzej. Szliśmy, ciągnąc to sanki, to wózek - przeładowując stale tobołki, bo śniegi topniały, bocznymi drogami do Rabki. Tam aresztowali nas Rosjanie i zaprowadzili na posterunek. Po rewizji naszych bagaży znaleźli pamiętnik Mamy, i biorąc nas za ,,szpionów", grozili rozstrzelaniem. Szczęściem, że znalazł się jakiś ,,starszyna", który trochę czytał po polsku, a także ćwiartka bimbru, którą wieźliśmy. Ale strachu było sporo. Wolni, znów ruszyliśmy w drogę.
     Po rozpuszczającym się śniegu ciężko było ciągnąć wyładowane całym naszym dobytkiem, sanki. W końcu, przy zapadającym już mroku, na skraju jakieś wsi, złamała się płoza, kładąc kres dalszej wędrówce. Na nasze szczęście, w pierwszej napotkanej góralskiej chacie, mieszkał, jak to na Podhalu, cieśla. Ulitował się nad nami, zaproponował nocleg i kilka godzin naprawiał nasze wózko-sanki, dziwując się nimi wielce. Dowiedzieliśmy się, że ta wieś to Rdzawka. Rano, nakarmieni ,,bryjką" przez gościnnych gospodarzy ruszyliśmy w drogę. Poinstruowani o dalszej trasie - omijającej Mszanę Dolną, krótszym i bezpiecznym od rabujących rosyjskich ,,ciubaryków", szliśmy przez góry, polnymi drogami, nieraz przenosząc nasze bagaże przez wezbrane potoki.
     Pod koniec trzeciego dnia tej wędrówki, a była to sobota, dotarliśmy do Niedźwiedzia. Jeszcze czekała nas tylko przeprawa przez wezbraną rzeczkę, wciąganie sanek pod górkę, i pod wieczór, ledwo żywi ze zmęczenia dotarliśmy do gospodarstwa, gdzie mieszkała Babunia. Znów mnóstwo śmiechu przez łzy. Znów byliśmy razem. Okazało się, że kostka Babci nie nadaje się jeszcze do dalszej podróży. Musi się oszczędzać. Nie pozostało nam nic innego, jak pozostać w Niedźwiedziu, mimo, że sercem ciągnęło nas do Warszawy.
     W lutym i marcu mieszkaliśmy u p. Balachowiczów, nie chcąc się więcej rozdzielać. Mama i Babcia, która była bardzo lubiana przez całą rodzinę gospodarzy, a nawet proponowano jej, aby u nich pozostała, póki Mama nie znajdzie w Warszawie jakiegoś mieszkania, pomagały w prowadzeniu gospodarstwa. Spaliśmy we trójkę na wnoszonej na noc słomie i jakichś płachtach, zakrywając się paltami. W nocy grzały nas małe owieczki, które gospodarz brał do izby, bo na dworze panowały duże mrozy. Były śliczne, bialutkie i ,,miękkie jak kaczuszka" - jak mówiło dziecko w świetnej reklamie papieru toaletowego. Przytulały się do nas, było i ciepło, i miło. Rano gospodarz wynosił je na rękach do owczarni, do matek na ssanie. Tłoczyły się wszystkie do niego, becząc: ,,Mnieee... Mnieee...", na co p. Balachowicz odpowiadał: ,,Ciebie, cholero, ciebie...", i je po kolei wynosił.
     Jedzenie było proste. Wszyscy trzy razy dziennie siadaliśmy na ławkach wokół niskiego stołu, na którym gospodyni stawiała olbrzymią glinianą, ozdobioną wzorami i polewą miskę. Na niej była rozprowadzona po ściankach ,,bryjka", tj. rozgotowana, grubo mielona mąka. Na środku było wlane gorące mleko lub jakaś słonina ze skwarkami. Jadło się drewnianymi łyżkami. Każdy miał swoją. Ja chciałem zrobić sobie mniejszą, bo ta duża nie mieściła mi się w usta. Wyprosiłem od gospodarza kawałek miękkiej deseczki i moim nieodstępnym scyzorykiem usiłowałem tego dzieła dokonać. Skończyło się krwawo. Złamałem ostrze mego ukochanego scyzoryka, a jego pozostałość wbiła mi się głęboko w nasadę lewego kciuka. Teraz już było nas dwoje w bandażach - Babcia na nodze, a ja - na ręku.
     W kwietniu, jak zeszły już śniegi i puściły mrozy, zacząłem schodzić z Mamą do Niedźwiedzia. Ja odwiedzałem kolegów, bo lekcji w szkole jeszcze nie było, a Mama usiłowała znaleźć jakąś pracę lub uzyskać pomoc z RGO. P. Stefania Kozicka, matka moich kolegów, poszła z Mamą do plebana, ks. Baradzieja z prośbą, żeby nam pozwolił zamieszkać w Domu Pocztowym na Rynku. Stał on pusty, bo poprzednio mieszkał w nim ,,volksdeutsch", który kierował pocztą, i mieściło się biuro RGO. Ksiądz Baradziej załatwił nam również pomoc żywnościową.
     Do nowego mieszkania, składającego się z pokoju z kuchnią, z oknami wychodzącymi na Rynek, wprowadziliśmy się przed Niedzielą Palmową i poczuliśmy się świetnie. Był tam tapczan, i łóżko, lustro, a w kuchni naczynia i sztućce. Na środku pokoju stała odświętnie ubrana jodełka, która z powodu mrozów zachowała się doskonale, a którą poprzedni mieszkaniec, uciekając, pozostawił. Tak to mieliśmy Wielkanoc z piękną choinką...
     Na sumie w Niedzielę Palmową w starym, drewnianym kościele, ukrytym wśród wysokich drzew, byliśmy wszyscy. W nawie stali odświętnie ubrani w regionalne stroje mieszkańcy Niedźwiedzia i widać było las 3-4-metrowych palm, ozdobionych kwiatami i długimi wstążkami z krepiny. Palmy te dzierżyli chłopcy, którzy w pewnym momencie zaczęli nimi tak wywijać, że poobrywane z nich kwiaty i wstążki latały po całym kościele. Swawole te z ambony ukrócił wreszcie pleban, i dalej już było bardzo uroczyście.
     Przed Wielkanocą miejscowe panny ubierały papierowymi kwiatami u nas w pokoju noszony w procesji obraz. Na jednej jego stronie był Pan Jezus, na odwrocie - Matka Boska Częstochowska. ,,Dowodziła" pannami Zosia Kruszelnicka, która bardzo polubiła moją Mamę i często nas potem odwiedzała.
     Tak samo nocna sobotnia Rezurekcja (30 IV) przebiegła w podniosłym nastroju. Śpiewano ,,Boże, coś Polskę..."  i inne pieśni, aż serce rosło. A pod kościołem strzelano. Ale to już były radosne odgłosy. Po mszy był niedaleki spacer do domu i potem wspaniałe śniadanie, prawie jak za dawnych, dobrych czasów. Był kawałek polędwicy, jajka, mleko, chleb - po tylu latach biedy mieliśmy ,,królewskie" święta. W Lany Poniedziałek biegałem z chłopakami po Rynku. Uzbrojeni w butelki z wodą czyhaliśmy na dziewczęta, a kiedy ich nie było, polewaliśmy się nawzajem.
     W maju rozeszła się nowina o końcu wojny. Radość była powszechna. Wtedy postanowiliśmy wracać do Warszawy. Znów załadowaliśmy powiększony znacznie nasz ,,dobytek" na wózko-sanki, i żegnani serdecznie przez znajomych, a szczególnie przez p. Stefanię  Kozicką,  która  dała  nam  na  drogę  pół bochenka chleba, ruszyliśmy na piechotę do Mszany Dolnej. Tam, składem towarowym, siedząc rzędem przy cysternie ze spuszczonymi nogami, i trzymając mocno nasze bagaże - dojechaliśmy do Krakowa. Mama ciągnęła wózek, a ja z Babcią dźwigaliśmy na plecach powiązane sznurkami worki. Tak doszliśmy do biur RGO. Mama dostała tam jakąś zapomogę pieniężną i bilety na kolej do Warszawy. Nocowaliśmy na jakimś dworcu kolejowym.
     Rano okazało się, że pociągi do Warszawy odchodzą z innego dworca. I znów czekała nas wędrówka z bagażami przez Kraków. Mama była drobną kobietą, a ponadto zmęczona, nie miała już siły ciągnąć po bruku tych ciężkich, niezgrabnych wózko-sanek. Na jakimś wysokim krawężniku wywróciła je i słabo związane bagaże rozsypały się po jezdni. Babcia, która chodząc, podpierała się jeszcze góralską ciupagą, podarowaną przez p. Balachowicza, zaczęła nią wymachiwać, krzycząc na Mamę i na mnie. Wtedy przechodząca starsza kobieta wstawiła się za nami, mówiąc: ,,Niech Pani tej dziewczyny nie bije, ona taki ciężar ciągnie, i tego chłopaka też niech Pani nie bije, on taki wielki worek dźwiga... I niech Was Bóg prowadzi...". Mimo zmęczenia i zdenerwowania wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
     Do Warszawy dotarliśmy 18 maja późnym popołudniem. I od razu poszliśmy na ulicę Sienną. Ucieszyliśmy się, widząc z daleka, idąc od Pl. Kazimierza, stojący fronton naszego domu. Jak doszliśmy, okazało się, że nasz dom został doszczętnie wypalony, stały tylko mury. Na zawalonym gruzami parterze, w miejscu, gdzie spałem, sterczały z gruzów poręcze mego żelaznego łóżka. Zeskoczyłem więc do piwnicy, bo schodów nie było. Zaduch i błoto. W naszej piwnicy, świecąc sobie zapałkami, znalazłem powyrywane z albumów nasze przedwojenne fotografie, rozbity aparat radiowy i kilka zawilgoconych książek - w tym ,,Ballady i Romanse" A. Mickiewicza i ,,Z góry na Mazury" - bajki, które dostałem z Magistratu Warszawskiego, jeszcze polskiego, na Gwiazdkę w 1940 r. jako ,,Pamiątkę od Twoich Przyjaciół  z P.K.S.S. w Warszawie",  a które w czasie okupacji znałem na pamięć.
     Powlekliśmy się z powrotem na dworzec kolejowy na ul. Towarowej i tam spędziliśmy pierwszą naszą warszawską noc...


[*] Rzeczy te dostałem od p. Jana Wcisło, który był przedstawicielem kilku fabryk. Pochodził z Niepołomic, ale wojażował z próbkami ich wyrobów po całej Generalnej Guberni. Podróżując, często bywał w Warszawie, więc znajomi dali mu nasz adres i przez jakiś czas wynajmował jeden pokój na całe miesiące, a nocował tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Miał ,,Ausweis" i myśleliśmy, że robił jakieś interesy z Niemcami, bo palił niemieckie papierosy, a czasem przynosił takie ,,delikatesy", jak pudełko portugalskich sardynek lub czekoladę. Przy każdej jego wizycie dostawałem jakiś drobny upominek. Obrazki z niemieckich kolonii dostałem powklejane do kartonowego albumu, ale szykując się już do ewakuacji, powyrywałem je, sporo się podarło.

 Wstecz...


Halina Badowska, mama Zbigniewa Badowskiego, Warszawa, 1927, zb. pryw.
Halina Badowska, mama Zbigniewa Badowskiego, Warszawa, [...]
Halina i Zygmunt Badowscy, rodzice Zbigniewa Badowskiego, zdjęcie ślubne, 1931, zb. pryw.
Halina i Zygmunt Badowscy, rodzice Zbigniewa Badowskiego, [...]
Kalendarzyk na 1944 rok Pauliny Płocharz, babci Zbigniewa Badowskiego, zb. pryw.
Kalendarzyk na 1944 rok Pauliny Płocharz, babci Zbigniewa [...]
Kalendarzyk na rok 1944 Pauliny Płocharz, babci Zbigniewa Badowskiego, zb. pryw.
Kalendarzyk na rok 1944 Pauliny Płocharz, babci Zbigniewa [...]
Legitymacja tramwajowa Zbyszka Badowskiego, lata 30-te XX w., zb. pryw.
Legitymacja tramwajowa Zbyszka Badowskiego, lata 30-te [...]
Odbudowę Warszawy fotografował Zbigniew Badowski, zb. pryw.
Odbudowę Warszawy fotografował Zbigniew Badowski, [...]
Rysunek Zbyszka Badowskiego w kalendarzyku na rok 1944 należącym do babci Pauliny Płocharz, zb. pryw.
Rysunek Zbyszka Badowskiego w kalendarzyku na rok 1944 [...]
Szkoła Powszechna, klasy 5 i 6, Niedźwiedź 1944, zb. pryw.
Szkoła Powszechna, klasy 5 i 6, Niedźwiedź 1944, [...]
Zaświadczenie Haliny Badowskiej, matki Zbigniewa Badowskiego z RGO Radomsko, informujące o przejściu przez obóz w Pruszkowie, 7 XII 1944, zb. pryw.
Zaświadczenie Haliny Badowskiej, matki Zbigniewa Badowskiego [...]
Zaświadczenie z komisariatu Milicji Obywatelskiej o zniszczonym mieszkaniu przy ul. Siennej, Warszawa 10 IV 1945, zb. pryw.
Zaświadczenie z komisariatu Milicji Obywatelskiej [...]
Zbigniew Badowski podczas nauki, ul. Dworska, Warszawa 1948-1949, zb. pryw.
Zbigniew Badowski podczas nauki, ul. Dworska, Warszawa [...]
Zbyszek Badowski, Agrykola, Warszawa 2 III 1939, zb. pryw.
Zbyszek Badowski, Agrykola, Warszawa 2 III 1939, zb. [...]
Zbyszek z mamą Haliną Badowską na ul. Marszałkowskiej, Warszawa 1939, zb. pryw.
Zbyszek z mamą Haliną Badowską na ul. Marszałkowskiej, [...]
Zygmunt Badowski ojciec Zbigniewa, Blackpul, Wlk. Brytania, 1942, zb. pryw
Zygmunt Badowski ojciec Zbigniewa, Blackpul, Wlk. Brytania, [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten