Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zbigniewa Badowskiego


foto

     W takim tłoku, wśród narzekań i płaczu, dojechaliśmy do Pruszkowa. Tam też wzdłuż pociągu stał szpaler żandarmów. Rozległy się wrzaski rozkazów: ,,Raus" i ,,Schnell", pomieszane z przekleństwami. Ludzie szybko wyskakiwali z wagonów na ziemię, bo nie było peronów, pomagając sobie wzajemnie. Pędzeni okrzykami, wolno szliśmy z naszymi tobołkami do fabrycznych hal - jak się później dowiedzieliśmy - ,,Ursusa". Tam już kłębił się tłum ludzi, wcześniej tu zwiezionych. Jacyś cywile krzyczeli, aby siadać i robić miejsce dla nowoprzybyłych. Potem usłyszeliśmy, że można dostać kawę zbożową i po kawałku chleba.
     Tak, siedząc na betonowej podłodze, gdzieś pod filarem na naszych tobołkach, spędziliśmy noc. W świetle elektrycznych lamp kłębił się tłum niespokojnych ludzi, dzieląc się swoimi nieszczęściami i poszukując zaginionych członków rodzin. Na ścianach i filarach poprzyczepiane były karteczki z prośbami o kontakt, lub z apelem: ,,Czy ktoś widział...", ,,Czy ktoś wie..." o bliskich im osobach. Ja oczywiście ,,latałem" z psem po hali, obrzucany nieraz wymysłami przez zdenerwowanych ludzi. W końcu zatrzymał mnie jakiś cywil i odebrał mi tego szczeniaka, mówiąc, że mi zdechnie, bo nie mam go czym nakarmić, a u niego będzie miał dobrze. Była to prawda, bo już żałośnie mi piszczał, więc z płaczem, całując go w mordkę, się z nim rozstałem. Potem poszedłem do Mamy i Babci i pochlipując, usnąłem, oparłszy głowę na tobołku.
     Rano znów obudziły nas wrzaski, że mamy wychodzić. Zebraliśmy nasze rzeczy i popędzani, wyszliśmy z hali. Od przodu dobiegały nas znów jakieś krzyki rozpaczy. Nie wiedzieliśmy, co się tam dzieje. Tak doszliśmy do zagrodzonego żelaznymi płotkami przejścia, za którym stało kilkunastu żandarmów i cywili, którzy wypychali wychodzących ludzi na dwie strony. Mamę jakiś żandarm zaczął szarpać, by szła na prawo, a mnie i Babcię drugi - na lewo. Zacząłem płakać, złapałem się Mamy, ale zostałem odciągnięty. Zaczęli przepędzać nas do ogrodzonego płotem terenu, ale Babcia krzyknęła do mnie, bym pobiegł do Mamy, to może ze mną jej nie wywiozą do Niemiec na roboty. Więc pod ręką żandarma uciekłem w jej stronę, lecz szpaler Niemców mnie nie puścił i musiałem zawrócić, bo zaczął mnie obszczekiwać, wyrywając się ze smyczy, wielki wilczur. Dołączyłem do Babci, rozcierając łzy na policzkach. Mama zniknęła mi gdzieś w tłumie...
     Nas, dzieci i starych ludzi pędzono w stronę stojących wagonów towarowych. Był ich długi sznur. Kazano wsiadać. Z braku peronów podłogi tych wagonów były powyżej metra od ziemi, więc wejście do nich sprawiało nam dużo trudności. Jedni drugich podsadzali, wciągali za ręce do góry, podnosili bagaże, a to wszystko w atmosferze wrzasków i popychania. Do mojego wagonu Niemcy upchali chyba około 50-ciu osób z tobołkami. Był straszny tłok. Część ludzi jakoś przycupnęła na swoich tobołkach, część stała pod ściankami wagonu.
     Nasz wagon był odkryty, po węglu; czarny kurz wzniecany nogami z podłogi i opadający ze ścianek osiadał na wszystko. Wkrótce siąpiąca mżawka pył węglowy zamieniła w maź, tak, że wszyscy wyglądaliśmy jak górnicy po szychcie. Siedziałem na walizeczce przy Babci i mokry, trząsłem się z zimna - bo miałem na sobie tylko koszulkę, cienki sweterek, krótkie zamszowe spodenki z szelkami i sandałki.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten