Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zbigniewa Badowskiego


foto

     

Na koniec, jadąc wzdłuż parterowych, drewnianych domostw, zajechaliśmy na Rynek w Niedźwiedziu. Tam już stała gromadka ludzi, którzy otoczyli naszą furkę i zaczęli zapraszać do siebie. Do mnie podeszła szczupła, energiczna, ciemnowłosa pani, mówiąc, że ma córkę w moim wieku, to i ja się u niej wychowam. Po posiłku na stacji, nabrałem chęci do życia, więc zeskoczyłem z wozu i chciałem z nią iść. Babcia mnie powstrzymała, mówiąc, że chciałaby wiedzieć, gdzie będę mieszkał. Okazało się, że trafiłem do jednego z najbogatszych tu gospodarzy, państwa Mitanów, którzy mieli gospodarstwo, karczmę i murowany dom na Rynku. Babcię wziął na mieszkanie góral, p. Balachowicz, który miał duże stado owiec i mieszkał za rzeczką na górce, ok. kilometra od Rynku.
     Tak się zaczął mój pobyt w Niedźwiedziu. Po wymyciu mnie i przebraniu w jakieś ubranie, dostałem obfitą kolację i w kuchni, na zapleczu domu, położyłem się na wypchanym słomą sienniku i przykryty kocami, po kilku koszmarnych dniach i nocach - spokojnie zasnąłem.
     Życie moje zaczęło się normalizować. Odwiedzałem Babcię na górce, chodziłem do jednoklasowej szkółki podstawowej, mieszczącej się w drewnianej, zabytkowej, starej karczmie na Rynku, w której były dwie izby, rozdzielone korytarzem. W jednej uczyły się dzieci młodsze, a w drugiej - my. Siedziałem na ostatniej ławce jako szóstoklasista, a w nauce byłem dobry, bo sporo wiadomości miałem z warszawskiej szkoły, a tu był o wiele niższy poziom. Uczyły nas dwie panie, jedną z nich, w starszej grupie, była Mama Ludmiły Niedbalskiej, też wywieziona z córkami z Warszawy, oraz młody wikary - ks. Walenciak, który był dla nas bardzo dobry, serdecznie z nami rozmawiał, a czasem i grał w piłkę.
     Po lekcjach bawiłem się z psem gospodarzy, wielkim wilczurem, który mnie polubił i stale za mną chodził, nawet po drabinie w stodole na zasieki, pełne snopków żyta. Nie umiał tylko schodzić i skakał z góry na klepisko. A za to dostawałem od p. Mitany burę, bo mógł sobie coś złamać. Pan Franciszek powiedział mi też, żebym tam nie chodził, bo partyzanci ukrywają różne rzeczy, tam, w tych snopkach.
     I rzeczywiście, kilkakrotnie w ,,mojej" kuchni, mającej osobne wejście i mieszczącej się z tyłu domu, w nocy budziłem się w otoczeniu broni, leżącej na moim łóżku i siedzących na jego brzegu partyzantów z oddziałów BCH, operujących w tej okolicy. Zaimponowałem im znajomością rodzajów broni i wypytywany, w dziecięcych słowach opowiadałem im o walkach powstańców i tragicznym losie miasta, a raz nawet zaśpiewałem ,,Pałacyk Michla", który nauczyła mnie w powstaniu Basia. Partyzanci przychodzili po pędzony przez mojego gospodarza bimber z żytniej mąki, który pomagałem robić, nalewając go z wiadra, do którego ciekł, do półlitrówek, zmieniając wodę w naczyniu ze spiralami i podkładając szczapy pod kociołek. Pamiętam, że raz, p. Mitana wylał zużyty zacier do dołu na podwórzu, a wypuszczone niechcący przeze mnie wtedy świnie, najadły się go i potem przewracały się i leżały, kwicząc. Partyzanci przychodzili również po chleb, w który zaopatrywali się u szwagra mego gospodarza, p. Kozickiego, który zaraz koło ,,naszego" domu miał piekarnię. Piekł w niej chleb dla Niemców i miejscowej ludności, a w nocy - dla partyzantów.
     Dwóch synów p. Kozickiego było moimi kolegami; z nimi chodziłem do szkoły i bawiłem się też popołudniami. Oni to pokazali mi wykopaną ziemiankę w krzakach na zapleczu domów przy Rynku, w której czas jakiś ukrywali się Żydzi, nim ktoś ich nie wydał i wywieźli ich Niemcy. Znalazłem tam szczoteczkę do zębów, która mi potem długo służyła.
     Któregoś wieczora starszy z braci przyszedł do mnie do kuchni i powiedział, żebym z nim poszedł do piekarni. Oczywiście to zrobiłem. Okazało się, że Niemcy przywieźli pszenną mąkę i będą się z niej piekły bułki. Białe bułki! Siedzieliśmy we trzech w kącie, niedaleko pieca, czekając na te specjały. Po północy w końcu dostaliśmy od p. Kozickiego po bułce, gorącej, chrupiącej, takiej, jaką jadłem ostatni raz przed wojną, kupowaną przez Babcię w piekarni ,,Złoty Róg", mieszczącej się na froncie hali na pl. Kazimierza w Warszawie...
     Właściwie to chodziłem w Niedźwiedziu, mówiąc słowami Dody Elektrody, ,,generalnie" nie wyspany. W nocy - wizyty partyzantów, z których się bardzo cieszyłem, a z rana, od piątej - ,,Godzinki", wyśpiewywane pięknie przez p. Mitanową i pracującą u niej młodą góralkę, Marysię, na głosy w ,,mojej'' kuchni, w której przędły wełnę:
     ,,Zacznijcie, wargi nasze, chwalić Pannę Świętą,
       zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą...",
rozespany, zaciągałem sobie koce na głowę, udając że śpię, ale naraz wpadło mi do ucha:
       ,,...tronie Bogumiły..." -
zaśpiewały panie, i mimo, że chodziłem na lekcje religii, to nic o tej Bogumile i jej tronie nie słyszałem, więc z zaciekawieniem słuchałem dalszych słów pieśni, które mogłyby mi to wyjaśnić. Ale niczego się nie dowiedziałem. Dopiero ks. wikary mi potem powiedział, że to była zbitka słów - a brzmieć powinna: ,,tronie Bogu miły".
     Któregoś dnia w listopadzie do mnie, bawiącego się z kolegami na podwórzu, przyszedł... mój Dziadek, ojciec mego Tatusia, mieszkający w Zakopanem. Ucieszyłem się ,,strasznie", bo u niego z Mamą, w 1938 r. byliśmy na letnisku, i tyle lat minęło, odkąd się nie widzieliśmy.
     Ja miałem sześć lat, jak byłem wtedy z Dziadkiem, pierwszy raz, na Giewoncie, a z Mamą i Dziadkiem wjechałem kolejką na Kasprowy Wierch i potem zeszliśmy przez Myślenickie Turnie do Kuźnic. Tam Mama ,,padła" ze zmęczenia i dorożką wracaliśmy do domku Dziadka na ul. Kościeliskiej. Przypomniałem sobie spacery z Mamą po Gubałówce, opalanie się w Dolinie Strążyskiej i ,,misie", goniące mnie po Krupówkach do fotografii, które znalazłem po powrocie w piwnicy naszego domu z Warszawie.
     Poszedłem z Dziadkiem, Ludwikiem Badowskim, do Babci na górkę. Tam dowiedziałem się, że Babunia do niego napisała gdzie jesteśmy, i czy nie wie nic o losach mojej Mamy. Okazało się, że odnalazł Mamusię, która przebywa we wsi Żaby, pow. Radomsko. Radość była wielka, Babcia płakała, ja skakałem z radości do góry, i całowałem Dziadka raz po raz. Jeszcze bardziej się ucieszyłem, słysząc, że mamy do niego przyjechać do Zakopanego, i że tam się spotkamy z Mamą.
     Tak dobiegł pierwszy etap mojego pobytu w Niedźwiedziu. Żegnając się, dziękowałem moim gospodarzom pp. Franciszkowi Mitanie i jego Żonie, za blisko dwumiesięczny u nich pobyt i okazane mi serce. Córka p. Mitanów - Marysia, dała mi na pamiątkę, z braku swojego zdjęcia - zdjęcie grupowe, na którym była - z zakończenia roku szkolnego w czerwcu 1944 r. przed szkołą na rynku, które do dziś posiadam. Pożegnałem się też z kolegami i z drugą Marysią, która pracowała u p. Mitanów, m.in. jako bufetowa w prowadzonej przez nich karczmie. Dużo z sobą przebywaliśmy i rozmawialiśmy. Pomagałem jej nieraz płukać kufle po piwie, czy przynieść wodę, a ona traktowała mnie jak młodszego brata lub biedną sierotę, którą wtedy byłem. Brała mnie czasem na kolana, przytulała i śpiewała mi różne piosenki, z których szczególnie zapamiętałem jedną:
     ,,Siadła mucha na badylu, i strąciła kwiat,
       czegoś Ty mi, moja Luba, zawiązała świat...".
Bardzo mi uczucia wtedy brakowało, więc ją bardzo lubiłem. Przy pożegnaniu popłakaliśmy sobie oboje...
     5 grudnia poszliśmy z Babunią na piechotę do Mszany Dolnej i po przesiadce w Chabówce, 6 grudnia byliśmy już w Zakopanem. Zamieszkaliśmy w domku Dziadka na zapleczu sklepu na ul. Kościeliskiej, przy starym kościółku. Mama dotarła do nas 13 grudnia. Radość była wielka, śmiech przez łzy. Okazało się, że po czterotygodniowym pobycie w obozie w Pruszkowie, Mama natrafiła na lekarza, który tam był zatrudniony u Niemców i wystawiał wstępne diagnozy chorób, które potem musiały być akceptowane przez lekarza niemieckiego. Ów Polak, jako student, stołował się w ,,Belgii" - jadłodajni prowadzonej przez moich Dziadków, rodziców Mamy. Poznał on Mamę, i wypisał jej diagnozę na karcie do zwolnienia - ,,angina pectoris", a po pomyślnej akceptacji, Mama nie pojechała do Breslau, gdzie początkowo miała trafić, a transportem odesłana w Radomskie. Tam też rozdzielono warszawiaków do poszczególnych wsi. Mamusia trafiła do wsi Żaby, gmina Dobryszyce, pow. Radomsko. Najwięcej przebywała u pp. Stefanków i Mokrzyńskich. Zaprzyjaźniła się też z inną warszawianką - p. Cecylią Kozłowską, artystką Opery Warszawskiej, z którą wspólnie się pocieszały, niespokojne o nieznane losy ich bliskich. Wieczorami p. Kozłowska często śpiewała różne arie i romanse zgromadzonym u jakiegoś gospodarza, warszawiakom.
     Ale w Zakopanem też nam nie było lekko. Dziadek utrzymywał się jako ,,złota rączka", reperując wszystko: lalki, parasole, lampy, aparaty fotograficzne, zegarki, robił pułapki na myszy itp., bo mając przed wojną wypożyczalnię sprzętu sportowego, w okupację został przez Niemców obrabowany. Wszystkie narty, sanki, buty, sanie, plecaki itp. zarekwirowali mu na potrzeby kampanii wschodniej.
     W tym czasie trwały też łapanki, a także rewizje po domach, bo dużo warszawiaków pouciekało z transportów lub poukrywało się w podwarszawskich wsiach; a teraz przyjeżdżało do Zakopanego, bo kiedyś bywali tu na letniskach, więc zdawało się im, że będę tu mogli przetrwać do końca wojny. Mama miała szczęście. W ,,Arbeitsamcie" dostała przydział pracy w kuchni kasyna oficerskiego na ul. Kościuszki, tzw. ,,Deutsche Heim". Uratowało ją to po raz drugi przed wywiezieniem na roboty. Oprócz groszowych zarobków, mogła przynosić jakieś resztki jedzenia, które stanowiły dla nas w tym czasie podstawę wyżywienia.
     Przed świętami Bożego Narodzenia Babcia postanowiła pojechać do Niedźwiedzia. Zaopatrzona przez Dziadka różnymi rzeczami do wymiany na żywność, miała wrócić do nas na Święta. Niestety, nie przyjechała. Szedł front, urywała się komunikacja kolejowa i pocztowa. Nie wiedzieliśmy, co się z nią stało, i czy żyje.
     Wigilię spędziliśmy smutną. Ja pod wieczór, z siekierą, poszedłem na stok Gubałówki, by ściąć choinkę. W tym czasie nie wolno było chodzić po górach, Niemcy strzelali bez ostrzeżenia. Szczęśliwie udało mi się wyciąć ładnego świeczka, i z duszą na ramieniu, przynieść go do domu. Przedtem spotkało nas nieszczęście. Z komórki, która graniczyła z Pęksowym Brzyzkiem, ukradziono nam piękne, duże sanki, na których zjeżdżałem spod kościoła Jezuitów na górce; nieraz z młodymi żołnierzami niemieckimi, którzy po ranach i odmrożeniach odniesionych na froncie wschodnim, byli tam leczeni w dawnym sanatorium przeciwgruźliczym. Byli to młodzi - 16-17-letni chłopcy, którzy nieraz wynosili zjeżdżającym na sankach dzieciom kawałki czekolady lub ciasta. Kilka razy spotkałem tam Hansa, chłopca spod Bremy, który ze mną zjeżdżał z góry, a ciągnął mnie na sankach pod górkę. Raz złapał mnie na tej zabawie Dziadek i ,,strasznie" mnie skrzyczał, a że ja nie widziałem w tym nic złego, byłem bardzo rozżalony. Te sanki przepadły, a co gorsze, chuda kura, którą udało się Dziadkowi wymienić za jakieś klamoty, a która miała być ucztą na Święta.
     To sprawiło, że Święta były jarskie. Na Wigilię Mama z Dziadkiem przygotowali dwa rodzaje zup, kluski z marmoladą i placki ziemniaczane popijane czarną kawą. Ja na deser dostałem talerzyk tartej maślanej bułki, jeszcze sprzed wojny, którą Dziadek przetrzymywał ,,na czarną godzinę" gdzieś na strychu. W pozostałe dni świąteczne niestety, nasz jadłospis uległ znacznemu ograniczeniu.
     Na Gwiazdkę dostałem od Dziadka ,,Der Junge Mechaniker", takie skręcane na śrubki budownictwo, a od Mamy portfel z 50-cioma złotymi. Potem wszyscy poszliśmy na górkę, do kościoła Jezuitów na Pasterkę.
     Zaraz po Nowym Roku otrzymaliśmy kartkę pocztową od Babci. Okazało się, że wracając już do Mszany, upadła i zwichnęła nogę. Przejeżdżająca furka zabrała ją powrotem do p. Balachowicza, który jako owczarz, nastawił zwichniętą kostkę; ale będąc w łupkach, powinna jeszcze leżeć przez kilka tygodni.
     Pod koniec stycznia 1945 r. Niemcy zaczęli się wycofywać z Zakopanego. Jednego dnia rozległ się wielki huk, wszyscy się przestraszyliśmy. Okazało się, że Niemcy wysadzili kamienny most na potoku Bystry - róg Krupówek i Kościeliskiej - bardzo blisko nas. W mieście zapanowała anarchia, urwały się dostawy na kartki pieczywa i marmolady. W Zakopanem, odciętym od świata, przeludnionym, zapanował głód. W dzień później wkroczyli żołnierze rosyjscy. Oni do końca opróżnili z żywności wojskowe i miejskie magazyny.
     Naprzeciwko domku Dziadka, po drugiej stronie ulicy, znajdowała się piekarnia ,,U Dańca" (jest ona tam do dziś). Pod nią to wieczorami ustawiała się kolejka ludzi, mających nadzieję, że rano będą mogli kupić bochenek chleba. Dziadek, Mama i ja staliśmy kilka nocy w tej kolejce, zmieniając się co dwie godziny, bo w styczniu były pogodne noce, świecący księżyc, który na seledynowo oświetlał góry, pokryte śnieżnymi czapami dachy góralskich domów i leżący wszędzie śnieg. Było jak w bajce. Ale był też mróz. Kilka razy udało nam się dostać bochenek chleba, szanowany jak hostia. Później i to się urwało. Piekli tylko suchary dla wojska. Młodzi ludzie chodzili przez góry na Słowację, aby wymienić różne rzeczy (np. igły i nici) na chleb i słoninę - bo i tam było z żywnością krucho.
     Trzeba było opuścić Zakopane. W ostatnie dni jedliśmy tylko suchary, przynoszone przez żołnierzy rosyjskich, którym Dziadek naprawiał ,,trofiejne czasy". Nastały też inne czasy - odwetu. Aresztowano i tracono niektórych członków ,,Goralenvolku", a także złapanych żandarmów. Byłem świadkiem jak złapanego niemieckiego podoficera Rosjanin przygniatał nogą do ziemi, mówiąc: ,,Choczyłeś mnogo ziemli, to kuszaj, job twoju mać!". Przez Zakopane szły kolumny wynędzniałych jeńców niemieckich, kierowanych na wschód. Nie żałowałem ich, pamiętając Powstanie i naszą tułaczkę, mimo to serce się krajało, jak jedli surowe ziemniaki, rzucane im przez ludzi i smar zbierany palcami z osi wozów.
     W Zakopanem ogłoszono pobór do wojska. Pojawiły się polskie oddziały. Na ul. Nowotarskiej, sprzedając robione z Dziadkiem papierosy, spotkałem kuzyna - Władysława Barańskiego, powstańca - którego odwiedzałem na placówce, a który jakimś cudem uciekł z transportu i wstąpił do WP. Ucieszyliśmy się tym spotkaniem, i po bezładnej rozmowie o losach rodziny, oddałem mu wszystkie papierosy. Dostałem za to burę od Dziadka.
     Na Krupówkach słychać było przez zainstalowane tam megafony muzykę i komunikaty z frontów, a także zapowiedzi końca wojny, a gromadzący się przy nich ludzie głośno wyrażali swą radość...
     Nie wytrzymaliśmy już dłużej z Mamą siedzenia w Zakopanem i po spakowaniu rzeczy, jakie otrzymaliśmy od Dziadka ,,na wyposażenie" i załadowaniu ich na zrobione z desek sanki, które moim pomysłem zostały uzupełnione na górze drewnianymi kółkami, wyruszyliśmy do Babci, na piechotę, do Niedźwiedzia.
     Szliśmy, ciągnąc wózek, szosą w stronę Nowego Targu. Po kilku kilometrach, Rosjanie jadący na furce zaprzężonej w małe kosmate koniki, zgodzili się nas podwieźć. W Nowym Targu zanocowaliśmy na podłodze u jakiś dobrych ludzi, którzy nas też nakarmili, czym mogli. Potem już było gorzej. Szliśmy, ciągnąc to sanki, to wózek - przeładowując stale tobołki, bo śniegi topniały, bocznymi drogami do Rabki. Tam aresztowali nas Rosjanie i zaprowadzili na posterunek. Po rewizji naszych bagaży znaleźli pamiętnik Mamy, i biorąc nas za ,,szpionów", grozili rozstrzelaniem. Szczęściem, że znalazł się jakiś ,,starszyna", który trochę czytał po polsku, a także ćwiartka bimbru, którą wieźliśmy. Ale strachu było sporo. Wolni, znów ruszyliśmy w drogę.
     Po rozpuszczającym się śniegu ciężko było ciągnąć wyładowane całym naszym dobytkiem, sanki. W końcu, przy zapadającym już mroku, na skraju jakieś wsi, złamała się płoza, kładąc kres dalszej wędrówce. Na nasze szczęście, w pierwszej napotkanej góralskiej chacie, mieszkał, jak to na Podhalu, cieśla. Ulitował się nad nami, zaproponował nocleg i kilka godzin naprawiał nasze wózko-sanki, dziwując się nimi wielce. Dowiedzieliśmy się, że ta wieś to Rdzawka. Rano, nakarmieni ,,bryjką" przez gościnnych gospodarzy ruszyliśmy w drogę. Poinstruowani o dalszej trasie - omijającej Mszanę Dolną, krótszym i bezpiecznym od rabujących rosyjskich ,,ciubaryków", szliśmy przez góry, polnymi drogami, nieraz przenosząc nasze bagaże przez wezbrane potoki.
     Pod koniec trzeciego dnia tej wędrówki, a była to sobota, dotarliśmy do Niedźwiedzia. Jeszcze czekała nas tylko przeprawa przez wezbraną rzeczkę, wciąganie sanek pod górkę, i pod wieczór, ledwo żywi ze zmęczenia dotarliśmy do gospodarstwa, gdzie mieszkała Babunia. Znów mnóstwo śmiechu przez łzy. Znów byliśmy razem. Okazało się, że kostka Babci nie nadaje się jeszcze do dalszej podróży. Musi się oszczędzać. Nie pozostało nam nic innego, jak pozostać w Niedźwiedziu, mimo, że sercem ciągnęło nas do Warszawy.
     W lutym i marcu mieszkaliśmy u p. Balachowiczów, nie chcąc się więcej rozdzielać. Mama i Babcia, która była bardzo lubiana przez całą rodzinę gospodarzy, a nawet proponowano jej, aby u nich pozostała, póki Mama nie znajdzie w Warszawie jakiegoś mieszkania, pomagały w prowadzeniu gospodarstwa. Spaliśmy we trójkę na wnoszonej na noc słomie i jakichś płachtach, zakrywając się paltami. W nocy grzały nas małe owieczki, które gospodarz brał do izby, bo na dworze panowały duże mrozy. Były śliczne, bialutkie i ,,miękkie jak kaczuszka" - jak mówiło dziecko w świetnej reklamie papieru toaletowego. Przytulały się do nas, było i ciepło, i miło. Rano gospodarz wynosił je na rękach do owczarni, do matek na ssanie. Tłoczyły się wszystkie do niego, becząc: ,,Mnieee... Mnieee...", na co p. Balachowicz odpowiadał: ,,Ciebie, cholero, ciebie...", i je po kolei wynosił.
     Jedzenie było proste. Wszyscy trzy razy dziennie siadaliśmy na ławkach wokół niskiego stołu, na którym gospodyni stawiała olbrzymią glinianą, ozdobioną wzorami i polewą miskę. Na niej była rozprowadzona po ściankach ,,bryjka", tj. rozgotowana, grubo mielona mąka. Na środku było wlane gorące mleko lub jakaś słonina ze skwarkami. Jadło się drewnianymi łyżkami. Każdy miał swoją. Ja chciałem zrobić sobie mniejszą, bo ta duża nie mieściła mi się w usta. Wyprosiłem od gospodarza kawałek miękkiej deseczki i moim nieodstępnym scyzorykiem usiłowałem tego dzieła dokonać. Skończyło się krwawo. Złamałem ostrze mego ukochanego scyzoryka, a jego pozostałość wbiła mi się głęboko w nasadę lewego kciuka. Teraz już było nas dwoje w bandażach - Babcia na nodze, a ja - na ręku.
     W kwietniu, jak zeszły już śniegi i puściły mrozy, zacząłem schodzić z Mamą do Niedźwiedzia. Ja odwiedzałem kolegów, bo lekcji w szkole jeszcze nie było, a Mama usiłowała znaleźć jakąś pracę lub uzyskać pomoc z RGO. P. Stefania Kozicka, matka moich kolegów, poszła z Mamą do plebana, ks. Baradzieja z prośbą, żeby nam pozwolił zamieszkać w Domu Pocztowym na Rynku. Stał on pusty, bo poprzednio mieszkał w nim ,,volksdeutsch", który kierował pocztą, i mieściło się biuro RGO. Ksiądz Baradziej załatwił nam również pomoc żywnościową.
     Do nowego mieszkania, składającego się z pokoju z kuchnią, z oknami wychodzącymi na Rynek, wprowadziliśmy się przed Niedzielą Palmową i poczuliśmy się świetnie. Był tam tapczan, i łóżko, lustro, a w kuchni naczynia i sztućce. Na środku pokoju stała odświętnie ubrana jodełka, która z powodu mrozów zachowała się doskonale, a którą poprzedni mieszkaniec, uciekając, pozostawił. Tak to mieliśmy Wielkanoc z piękną choinką...
     Na sumie w Niedzielę Palmową w starym, drewnianym kościele, ukrytym wśród wysokich drzew, byliśmy wszyscy. W nawie stali odświętnie ubrani w regionalne stroje mieszkańcy Niedźwiedzia i widać było las 3-4-metrowych palm, ozdobionych kwiatami i długimi wstążkami z krepiny. Palmy te dzierżyli chłopcy, którzy w pewnym momencie zaczęli nimi tak wywijać, że poobrywane z nich kwiaty i wstążki latały po całym kościele. Swawole te z ambony ukrócił wreszcie pleban, i dalej już było bardzo uroczyście.
     Przed Wielkanocą miejscowe panny ubierały papierowymi kwiatami u nas w pokoju noszony w procesji obraz. Na jednej jego stronie był Pan Jezus, na odwrocie - Matka Boska Częstochowska. ,,Dowodziła" pannami Zosia Kruszelnicka, która bardzo polubiła moją Mamę i często nas potem odwiedzała.
     Tak samo nocna sobotnia Rezurekcja (30 IV) przebiegła w podniosłym nastroju. Śpiewano ,,Boże, coś Polskę..."  i inne pieśni, aż serce rosło. A pod kościołem strzelano. Ale to już były radosne odgłosy. Po mszy był niedaleki spacer do domu i potem wspaniałe śniadanie, prawie jak za dawnych, dobrych czasów. Był kawałek polędwicy, jajka, mleko, chleb - po tylu latach biedy mieliśmy ,,królewskie" święta. W Lany Poniedziałek biegałem z chłopakami po Rynku. Uzbrojeni w butelki z wodą czyhaliśmy na dziewczęta, a kiedy ich nie było, polewaliśmy się nawzajem.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten