Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zbigniewa Badowskiego


foto

         Pod wieczór wagony ruszyły. Jechaliśmy, gdzie - nikt nie wiedział. Rano, na jakieś stacji, gdzie stanęliśmy, Babci udało się dostać pół garnuszka ciepłej czarnej kawy. Chcąc ją osłodzić reszką wyniesionego cukru, pomyliła woreczki i wsypała kaszy jęczmiennej zmielonej z ziaren na młynku. Kasza napęczniała i nie dało się tego pić. Zjedliśmy tylko po kilka skórek od chleba. 
         Najgorzej jednak było z załatwianiem potrzeb. Jakiś starszy pan nożem wydłubał w podłodze wagonu dziurę, w którą wszyscy po kolei oddawali mocz. Nie wszystko spływało, stały kałuże. Smród. Tylko raz dziennie pociąg stawał w polu. Otwierano wagony i wypuszczano ludzi ,,za potrzebą". Nieraz wagon zatrzymywał się na nasypie, do ziemi było bardzo daleko. Wolno było odejść tylko 4 metry od wagonów, inaczej do nas strzelano. Mężczyźni zawsze jednak próbowali ucieczki, nieraz z powodzeniem, nieraz kończyło się śmiercią.
            Ja, niestety, nie wytrzymałem tego ,,cyklu" i zrobiłem kupę w majtki. Siedziałem śmierdzący, zdrętwiały z zimna, nie chciałem już nic jeść i zdawało mi się, że już niedługo umrę. W tym stanie nie obchodziło mnie to, że ludzie płakali, mówiąc, że stoimy na rampie w Oświęcimiu, który przy moim stanie psychicznym, był pustym wyrazem.
            Ale po jakimś czasie znów ruszyliśmy. Raz do tyłu, raz do przodu. Dzień i noc. Ale to już do mnie nie docierało. Wreszcie rano pociąg zatrzymał się, otworzono drzwi, i kazano nam wysiadać. Nikt się nie ruszał. Wskoczyło więc do wagonu dwóch młodych mężczyzn i zaczęli podnosić i oddawać w ręce stojących na peronie - zdrętwiałych, zrezygnowanych, słaniających się na nogach ludzi.
            Był pochmurny, chłodny dzień. Przed stacją stali żołnierze Wehrmachtu. Idąc z Babcią za rękę, powłóczyłem zdrętwiałymi nogami, ze spuszczoną głową - starając się na nich nie patrzeć, jako na sprawców wszystkich moich nieszczęść. Wtem usłyszałem nad sobą jakieś niemieckie słowa. Ale nie tchnące nienawiścią, tylko współczuciem. Podniosłem głowę i zobaczyłem nad sobą twarz grubego, starszego żołnierza, który pogłaskał mnie po głowie i wetknął mi do ręki kromkę chleba posmarowaną masłem. Oniemiałem, ale głód odezwał się we mnie znów, i zacząłem nie gryźć, a połykać kawałkami ten świeży chleb, którego nie widziałem od miesięcy. Widać, byli też dobrzy Niemcy...
            Na stacji rozdawano kawę i chleb - czarny, pachnący. Ludzie jedli, zaczynali rozmawiać, pytali, gdzie jesteśmy, dokąd nas zabiorą. Okazało się, że jest to Mszana Dolna, a nas rozwiozą po okolicznych wsiach. Niedługo zaczęły pod stację podjeżdżać chłopskie furki, zaprzężone w konie. Do jednej z nich pomogli kilku osobom, w tym Babci i mnie wsiąść jacyś młodzi ludzie, wrzucili nasz tobołek i walizeczkę, i tak pojechaliśmy znów w nieznane. Jechaliśmy dość długo, a powożący góral wypytywał się o nowiny z Warszawy i pocieszał jak umiał, mówiąc, że jedziemy do Niedźwiedzia i tam nam będzie dobrze...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten