Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Kowejszy


foto
Jadwiga Barbara Kowejsza z d. Skubska
Urodzona 14.06.1941 r. w Warszawie

Relacja dotyczy wystawy pt: Wypędzeni z Warszawy 1944-losy dzieci.

     Urodziłam się w czerwcu 1941 roku w Warszawie, w mieszkaniu położonym na drugim piętrze kamienicy przy ul. Barskiej 20 (w tym miejscu obecnie znajduje się szpital).
     Była to czynszowa kamienica bez wygód. Nasze mieszkanie składało się z dużego pokoju z węglową kuchnią; bieżąca woda i zlew znajdowały się na korytarzu, a WC w drewnianym szalecie na podwórku.
     Mój dziadek - Franciszek Skubski był cieślą, pracował przy wznoszeniu wielu domów w Warszawie, w tym przy budowie kościoła Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Babcia- Michalina z Chmielewskich podejmowała dorywcze prace w zamożnych domach. Mój ojciec-Franciszek Józef Skubski (nazwisko napisano błędnie przy sporządzaniu metryki urodzenia ojca w 1915 r.) był jednym z siedmiorga ich dzieci. Ojciec z zawodu był tokarzem i przed wojną pracował w warsztatach lotniczych na Okęciu. W 1939 r. był żołnierzem kampanii wrześniowej; internowany przez Węgrów przebywał w obozie pod Budapesztem, skąd wrócił do kraju w maju 1940 roku. Podczas okupacji pracował w warsztacie mechanicznym przy ul. Stępińskiej. Mama - Janina z Wojtczaków pochodziła z Koła i w 1932 r. przyjechała do Warszawy w poszukiwaniu pracy.
     Po powrocie ojca z obozu moi rodzice pobrali się i zamieszkali razem z dziadkami na ul Barskiej. Gdy ja urodziłam się mama nie pracowała a niewielkie zarobki ojca i kartkowe przydziały żywności zapewniały nam bardzo skromną egzystencję.
     W sierpniu 1943 r. urodził się mój brat Zbigniew; był o dwa lata młodszy ode mnie.
     Brat miał nie cały rok życia, gdy w Warszawie wybuchło powstanie (1.08.1944), ja ukończyłam już trzy lata. Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z tego, że świat pogrążony jest w wojnie, że w kraju jest okupacja, że właśnie zaczęła się dla nas najbardziej tragiczna bitwa. Dostrzegałam jedynie niepokój dorosłych i dziwiło mnie to, że zasłaniali okno kocem. Traktowałam to jako element niezrozumiałej dla mnie zabawy.
     Któregoś wieczoru ja, brat i mama byliśmy sami w mieszkaniu, gdy rozległ się dźwięk syreny ostrzegającej przed nalotem. Mama zdenerwowana posadziła mnie na stole, abym nie wybiegła na schody, chwyciła brata i pobiegła z nim do schronu w piwnicy zapewniając mnie, że za chwilę po mnie wróci. Była chora i nie miała siły znieść nas obojga. Zostałam sama w pokoju oświetlonym tylko słabym światłem karbidowej lampki. Za oknem osłoniętym kocem wyły syreny alarmowe i narastał jakiś hałas. Nagle rozległ się straszny huk i rozbłysło jaskrawe światło. Silny podmuch zgasił lampkę i spowodował, że koc razem z potrzaskanymi szybami spadł na podłogę. Przez chwilę moje przerażenie było tak wielkie, że byłam bliska obłędu; potem ogarnęło mnie uczucie zobojętnienia i ogromnego zmęczenia. Wkrótce potem nadbiegła mama, ale nalot już się skończył. Okazało się, że bomba upadła na sąsiedni dom.
     Być może, że szok lękowy, jaki wówczas przeżyłam stał się przyczyną męczących mnie w następnych latach koszmarów sennych.
     Ojciec nasz w tym czasie, razem z innymi mężczyznami, organizował grupy ludzi do gaszenia pożarów i ratowania zasypanych pod gruzami.
     Minęło kilka dni. Tego ranka obydwoje rodzice byli z nami w domu, brakowało dziadków. Byliśmy ubrani i chyba już po śniadaniu, bo nie odczuwałam głodu. Nagle ktoś załomotał do drzwi krzycząc, że mamy natychmiast opuścić dom. Rodzice chwycili nas na ręce, zdążyli tylko zabrać trochę odzieży, nie wzięli żadnego naczynia i popędzani przez żołnierzy w ciemnoszarych mundurach zeszli do bramy, gdzie ich zrewidowano. Mój ojciec, trzymając mnie na ręku, opróżnił kieszenie marynarki: wyrzucił maszynkę do golenia, żyletki, grzebyk. Ukraińscy żołnierze popędzili nas potem ulicą między płonącymi domami. Bałam się bardzo i kurczowo trzymałam ojca za szyję. Razem z innymi mieszkańcami z ul. Barskiej znaleźliśmy się potem, podobno, na Zieleniaku, tego faktu niestety nie zapamiętałam.
     Po jakimś czasie przewieziono nas pociągiem osobowym do obozu przejściowego w Pruszkowie. Pamiętam, że gdy znaleźliśmy się już w pociągu, przez uchylone jeszcze drzwi jacyś ludzie z peronu podawali nam w pośpiechu butelki z wodą i z mlekiem. Mój ojciec chwycił jedną z butelek. Dorośli ustalili, że mleko będzie dla dzieci, a woda dla pozostałych. Zapamiętałam ten fakt, ponieważ bardzo byłam spragniona; było gorąco, świeciło słońce, a w wagonie było duszno. Mój brat był wówczas chory na biegunkę i rodzice nim się głównie zajmowali. Podróż nie trwała długo.
     Po wyjściu z pociągu znaleźliśmy się w jakimś dużym baraku, gdzie w tłumie spotkaliśmy babcię i dziadka. W baraku było bardzo ciasno i duszno. Siedzieliśmy na brudnej podłodze, na jakiś szmatach. Byłam bardzo głodna. Nagle ludzie się ożywili, bo zaczęto rozdawać zupę z kotła. Ponieważ nie mieliśmy żadnego naczynia, ojciec obtłukł otrzymaną butelkę i przyniósł w niej trochę zupy. Jednak mama nie pozwoliła mi jej dać z obawy, że w butelce pozostały okruchy szkła. Rozżalona bardzo się rozpłakałam, mimo, że babcia podała mi kawałek suchego chleba. Nie mogłam go ugryźć i ze zmęczenia i głodu zasnęłam.
     Kiedy obudziłam się następnego ranka, zapuchnięta i obolała, stwierdziłam, że ojca przy nas nie było.
     Po latach dowiedziałam się, że w obozie odbyła się wówczas selekcja, po której mężczyźni wysłani zostali transportem do obozu Sachsenhausen koło Oranienburga.
     Natomiast kobiety z dziećmi i starców zapakowano do wagonów towarowych i wywieziono do Łowicza. Na miejscu podzielono nas na małe grupy, które miały udać się pieszo do okolicznych wsi. Mamę, mnie i brata oraz kilka innych kobiet skierowano do wsi Parma (gm. Dąbkowice?). Moich dziadków przydzielono do sąsiedniej wsi.
     Zapamiętałam tę drogę z Łowicza do Parmy. Mama niosła na ręku mojego brata i niewielki tobołek z odzieżą. Ja musiałam przejść kilka kilometrów na własnych nogach zachęcana przez idące kobiety.
     We wsi przydzielono nas do chaty rodziny Stępniewskich, gdzie mieszkała starsza kobieta z dwoma dorosłymi synami. Przyjęli nas serdecznie. Dostaliśmy łóżko z siennikiem wypchanym słomą i koc, a potem kożuch do przykrycia. Musiało być już zimno, bo spaliśmy przykryci tym kożuchem, gdy do wioski przyszła jakaś banda w celach rabunkowych. W nocy obudził mnie hałas, ktoś zerwał z nas kożuch i oślepiło mnie światło latarki. Usłyszałam głos gospodyni, która wyjaśniała: "Zostawcie ich, oni są z powstania, z Warszawy!". Kożuch opadł mi na twarz, więc nie widziałam, co działo się w izbie. Słyszałam tylko męskie głosy i płacz gospodyni. Potem wszystko ucichło. Wkrótce po tych wydarzeniach gospodyni umarła, a w domu został tylko jeden z jej synów. Nie wiem, co się stało z drugim, od wizyty tej bandy już go więcej nie widziałam.
     Po tych wydarzeniach do chaty państwa Stępniewskich przenieśli się moi dziadkowie. Niestety, w styczniu 1945 r. chory na serce dziadek umarł i został pochowany na cmentarzu w Łowiczu. Babcia i mama pomagały gospodarzowi w pracach przy gospodarstwie, a my z bratem siedzieliśmy w izbie z braku ciepłej odzieży i obuwia. Kończyła się już zima, gdy do chaty zawitali jacyś zarośnięci mężczyźni w wojskowych ubraniach. Nakarmieni mlekiem i chlebem odeszli.
     W końcu kwietnia 1945 r. mama z moim bratem pojechała do wyzwolonego już Koła k/Poznania, gdzie mieszkał jej ojciec. Tam od Magistratu otrzymała tymczasowe mieszkanie oraz pracę w fabryce fajansów. Wkrótce przyjechała po mnie, natomiast babcia wróciła do Warszawy z jedną ze swoich córek. Nasz gospodarz zamierzał się ożenić i chata była mu potrzebna.
     W Kole mieszkaliśmy do wiosny 1947 r. i potem, za namową babci, wróciliśmy do Warszawy, aby razem oczekiwać na powrót taty.
     Wracaliśmy z naszym niewielkim dobytkiem zatłoczonym pociągiem, który jechał bardzo długo. Większość tej podróży przespałam. Miałam już prawie sześć lat i nie pamiętałam, jak wygląda Warszawa, byłam jej bardzo ciekawa. Gdy pociąg wreszcie się zatrzymał, zbudzona nagle spojrzałam w ciemne okno wagonu, ale zobaczyłam jedynie latarnie na peronie, których lampy kołysały się na wietrze. Gdzieś dalej, w ciemności widać było małe światełka.
     Po powrocie dowiedzieliśmy się, że nasz dom na ul. Barskiej został zburzony podczas nalotów. Dzięki znajomej naszej babci znaleźliśmy schronienie w niewielkim pomieszczeniu, w przedwojennym spółdzielczym domu w pobliżu Dworca Gdańskiego. Był to już czwarty dom w moim sześcioletnim życiu.
     Oczekiwanie na powrót taty przedłużało się. Nasz ojciec nigdy z obozu nie wrócił. Pozostało po nim kilka listów, z których wynika, że był więźniem Sachsenhausen o numerze 91260 Blok 8 D. Rodzina już w 1946 r. podjęła poszukiwania przez Czerwony Krzyż, niestety, nie było po nim śladu. Sytuację wyjaśnił dopiero powrót kolegi ojca, pana Józefa Leskiego, który był razem z nim w w/w obozie. Z relacji tego pana dowiedzieliśmy się, że nasz ojciec zginął podczas ewakuacji obozu w dniu 23.04.1945 r. Jako ciężko chory nie miał siły iść w kolumnie więźniów i prawdopodobnie został zastrzelony przy szosie.
     Na podstawie relacji pana Leskiego Sąd Okręgowy w Warszawie, w lutym 1948 r. uznał ojca za zmarłego.
     Po powrocie do Warszawy mama podjęła pracę w kuchni jednostki wojskowej. Praca odbywała się na dwie zmiany, a my z bratem plątaliśmy się wokół domu z kluczem uwiązanym na sznurku do czasu, aż trzeba było iść do szkoły. Zarobki mamy były niewielkie, a renta po ojcu była bardzo skromna toteż przez nasze dzieciństw przewijały się bieda i głód.
     Po latach moja wnuczka była zdumiona, gdy dowiedziała się, że w dzieciństwie nie miałam prawie żadnych zabawek.
     Wojna, utrata domu i ojca spowodowały w nas zachwianie poczucia bezpieczeństwa, a sieroctwo obniżyło ocenę własnej wartości. Odczucia te rzutowały na dalsze lata naszego życia. Lęk przed głodem u mojego brata spowodował, że do dziś musi mieć zawsze po brzegi wypełnioną lodówkę. Mnie natomiast przez wiele lat prześladowało poczucie wyobcowania. W żadnym z kolejnych domów nie czułam się na swoim miejscu.
     Oboje z bratem, aby pomóc mamie, zdecydowaliśmy się na szkoły zawodowe i szybkie podjęcie pracy. Nie poprzestaliśmy na tym, bo mama, jak testament, przekazała nam pragnienie ojca, aby jego dzieci zdobyły wykształcenie.
     Co jakiś czas podejmuję próbę odszukania śladów po ostatnim okresie życia mojego ojca. Na razie bez rezultatu. Świadkowie nie żyją, a z Międzynarodowego Biura Poszukiwań w Arlosen otrzymałam informację, że dokumentacja obozu uległa zniszczeniu.
     Obecnie moim największym pragnieniem jest odnalezienie miejsca pochówku ojca. Nie wiem, czy jest na to szansa poprzez kontakt z Muzeum Pamięci w Sachsenhausen?

 Wstecz...


Jadwiga Skubska z dziadkami w mieszkaniu przy Barskiej 20, Warszawa, 1942
Jadwiga Skubska z dziadkami w mieszkaniu przy Barskiej [...]
Jadwiga Skubska z mamą Janiną Wojtczak w mieszkaniu przy ul. Barskiej 20, Warszawa, June, 14 , 1942
Jadwiga Skubska z mamą Janiną Wojtczak w mieszkaniu [...]
Jadwiga Skubska z ojcem Franciszkiem, Skubskim na Ochocie, Warszawa, 1943
Jadwiga Skubska z ojcem Franciszkiem, Skubskim na Ochocie, [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten