Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Kapicy


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Bohdan Kapica, 14 lat
W okresie okupacji i Powstania mieszkał na Woli przy ul. Dworskiej 30 m. 73
E. 409

 

     W godzinach rannych dnia 8 sierpnia 1944 roku zespół naszych domów (ulicy Dworskiej 30 i 32) został otoczony przez żołnierzy SS i "własowców". Wymienieni, terroryzując ludność strzałami z pistoletów maszynowych i karabinów, polecili wyjście wszystkim mieszkańcom przed dom na ulicę. Zapowiedzieli, że po 5 minutach pozostających mieszkańców w domu rozstrzelają i dom spalą. Większość mieszkańców wyszła na ulicę Dworską, znikoma część uciekła na ulicę Kraszewskiego (uprzednio wybitym otworem ewakuacyjnym). Bardzo szybko sformowano kolumnę i popędzono nas ulicą Dworską w kierunku Gazowni. Ruszyliśmy w nieznane, chociaż dobrze znanymi ulicami. Eskorta składająca się z żołnierzy SS i "własowców" prowadziła nas szybkim krokiem ul. Dworską, a następnie skręciliśmy w Płocką. Mieszkańcy, którzy zdążyli zabrać jakąś walizkę, musieli ją rzucić. Osoba niosąca jakikolwiek bagaż w ręku, była szczególnie poganiana kolbami karabinów konwojującej nas eskorty. Po wejściu w ulicę Płocką, konwojenci zatrzymali kolumnę i kazali wystąpić ludności niemieckiej. Nikt nie wystąpił, chociaż była wśród nas rodzina niemiecka (ojciec jej przyjął volks-listę, zmienił zmienił nazwisko z Bekier na Becer. Synowie, Zdzisław i Wiesław chodzili do niemieckiej szkoły. Ojciec ich pracował w niemieckim szpitalu, zmarł jeszcze przed Powstaniem. W kolumnie szli razem z matką). Następnie zapytali o godzinę. Wszyscy, którzy spojrzeli na zegarki musieli je oddać. Po obrabowaniu ludzi z zegarków i kosztowności widocznych na ręku, popędzono nas dalej. Kolumna szła w milczeniu, które to przerwała moja mama słowami: "jeżeli będziemy przechodzili koło szpitala, próbujcie uciec do ojca". Słowa te wypowiedziała dosyć głośno, abyśmy wszyscy usłyszeli, tj. również brat i ciocia. Idąc przy nas sąsiadka (Chołaj lub Hołaj) powiedziała mamie: "Na szpital Wolski niech nie liczą, już 5 sierpnia wszystkich Niemcy rozstrzelali". Nie wiem, skąd miała tę wiadomość, wtedy nie uwierzyliśmy jej słowom. Wkrótce propozycja mamy okazała się nieaktualna. Wzdłuż ulicy Płockiej widać było gniazda karabinów maszynowych, ubezpieczające konwojentów. Kolumna skręciła w ulicę Wolską w kierunku Bema. Przy ulicy Syreny stało kilka czołgów i samochodów opancerzonych. Na wysokości kościoła św. Wojciecha Niemcy wyciągali z kolumny mężczyzn i roślejszą młodzież męską. Byłem niskiego wzrostu, dlatego pozostałem w kolumnie z mamą i ciocią, brata odłączono od nas. Za ulicą Sokołowską dołączyliśmy do innej kolumny matek z dziećmi wysiedlonych z innych ulic. Nie zatrzymując się nawet na krótki odpoczynek, szliśmy ulicą Bema do Prądzyńskiego na Dworzec Warszawa Zachodnia. Droga nasza oznaczona była różnymi drobnymi bagażami i trupami ludzkimi obu płci. Widok zniszczeń i leżących ciał wpływał bardzo przygnębiająco. Wydawało się, że jest to już ostatnia droga w naszym życiu. Zburzone lub wypalone domy uniemożliwiały zapamiętanie miejsca, przy którym leżały ciała zabitych. Spotykane trupy leżały przeważnie twarzą do ziemi, rzadko, które na boku. Położenie ich wskazywało, że zostali zastrzeleni w czasie marszu. Brak zapachu rozkładającego się ciała świadczył, że zginęli niedawno. Widok trupów, zniszczeń trudnych do opisania i strzały eskorty poganiającej kolumnę, bardzo wyczerpały ludzi. Do peronów Dworca doszliśmy bardzo zmęczeni i zrezygnowani z życia. Mało, kto miał jakikolwiek bagaż. Nasza rodzina była w tej dobrej sytuacji, że wszyscy mieliśmy chlebaki, kupione jeszcze przed rozpoczęciem wojny w 1939 roku. Z nimi nie rozstawaliśmy się od pierwszego dnia Powstania. W swoim chlebaku miałem: suchary, butelkę z herbatą, bandaż z gazą, koszulkę i spodenki gimnastyczne, ściereczkę, kawałek mydła, latarkę, świecę, pudełko zapałek, oraz małą fiolkę po zapachu do ciasta wypełnioną cyjankiem potasu. Na peronach Dworca gromadziło się coraz więcej ludzi, stawało się bardzo tłoczno. Po dosyć długim oczekiwaniu podstawiono pociąg elektryczny. Szybko załadowano nas do wagonów pociągu, który ruszył w kierunku zachodnim. Już od stacji Włochy widzieliśmy ludzi stojących wzdłuż torów kolejowych. Widok spokojnie stojących ludzi i przyglądających się jadącemu z nami pociągowi, pobudzał chęć życia. Mama szybko otrząsnęła się z przygnębienia i powiedziała do nas: "Skoro tu ludzie mogą spokojnie poruszać się, to przy najbliższej okazji starajcie się uciec". Pociąg jechał z tak dużą prędkością, że z trudem można było odczytać nazwy mijanych miejscowości. W chwilę po przejechaniu stacji Piastów, pociąg zaczął gwałtownie hamować. Zatrzymał się na przejeździe przy bramie wjazdowej na teren warsztatów kolejowych w Pruszkowie. Nim zdążyliśmy zorientować się, w jakim miejscu stanęliśmy, pociąg był już otoczony kordonem żandarmerii. Otworzono drzwi i kazano opuszczać nam wagony. Wychodzenie z wagonów nie było łatwe, szczególnie dla osób starszych i matek z dziećmi na ręku. Trudność w wychodzeniu, a raczej zeskakiwaniu z wagonów polegała na dużej wysokości podłogi wagonu od terenu, na którym wyładowywano ludzi. Otoczeni żandarmerią wchodziliśmy na teren warsztatów. Obserwowało nas wielu mieszkańców Pruszkowa stojących za szczelnym kordonem żandarmerii z psami. Jakakolwiek ucieczka była niemożliwa. Po przejściu bramy, szliśmy wzdłuż torów do dużej pustej hali. W hali były nieprzykryte kanały między torami kolejowymi. Tutaj, po kilku godzinach wędrówki mogliśmy usiąść na betonowej podłodze. Otworzyliśmy nasze chlebaki, niewielki zapas sucharów i herbaty szybko wyczerpał się. Sami prawie nie jedliśmy, rozdzieliliśmy między małe dzieci sąsiadek, które niosąc maluchy na rękach nie miały nawet najdrobniejszych przedmiotów pierwszej potrzeby. Warunki pobytu były bardzo prymitywne. Część ludzi siedziała, słabsi leżeli na gołym betonie. Tylko nielicznym udało się znaleźć kawałek deski zastępującej krzesło i łóżko. Toalety w końcu hali zapełnione były kałem, utrudniającym dojście do kranu z wodą. Mocz wypływał poza pomieszczenia toalet na halę. Po pojedynczo rzuconych cegłach z trudem można było dotrzeć do kranu z wodą. Butelki po herbacie okazały się bardzo potrzebnym naczyniem. Hala coraz szybciej wypełniała się ludźmi. Po południu rozeszła się wiadomość o otwarciu punktu żywienia, podobno wydają jakąś zupę dla małych dzieci w zachodniej części hali. Zbliżyliśmy się tam, lecz po krótkiej rozmowie mamy z jedną z pań z PCK, odeszliśmy w drugi, wschodni koniec hali. Za nami poszło jeszcze kilka matek z małymi dziećmi z naszego domu. Wkrótce Niemcy otworzyli lewe wrota hali, rozpoczęło się wypędzanie ludzi i ładowanie do podstawionych krytych wagonów towarowych. My cofaliśmy się, aż znaleźliśmy się w pobliżu toalet. Po załadowaniu transportu i zamknięciu wrót, bardzo mało ludzi pozostało w hali. Razem z nami pozostało tylko parę sąsiadek, między innymi pani Markowska i pani Klawińska z dwojgiem małych dzieci. Wtedy to znaleźliśmy drewniany blat od warsztatowego stołu, co było wielkim osiągnięciem. Mogliśmy już uniknąć siedzenia na gołym betonie. Mama powiedziała w ścisłej tajemnicy do pozostałych z nami sąsiadek, że nie powinny wychodzić z hali, ponieważ jutro mają wypuścić matki z małymi dziećmi, to może będzie można wyjść również ze starszymi. Jednym z warunków uniknięcia wywiezienia było między innymi przebywanie w pobliżu toalet, ponieważ Niemcy w obawie przed epidemią nie zbliżali się do nich. W niedługim czasie hala zapełniła się nowymi ludźmi i przed wieczorem powtórzył się cykl ładowania transportu. Naszej małej grupie udało się doczekać nocy. Bardzo zmęczone maluchy zasnęły na blacie od stołu, starsze dzieci z matkami zasypiały na gołym betonie. W nocy obudziły mnie głosy, że do następnej hali przywieziono mężczyzn. Mama z jedną z sąsiadek postanowiła przedostać się tam przez toaletę, aby dowiedzieć się, czy są tam mężczyźni z naszego domu. Ja z ciocią pozostałem pilnować śpiące maluchy. Po jakimś czasie wróciły, potwierdziły przywiezienie mężczyzn, ale nikogo ze znajomych nie spotkały. Po ponownym uśnięciu obudziła mnie rozmowa mamy z ciocią i sąsiadką. Mama bardzo zdenerwowana, czegoś szukała. Po jakimś czasie bezskutecznego szukania, przyznała się, że zgubiła swoją fiolkę z cyjankiem potasu. Ciocia chcąc uspokoić mamę powiedziała, że podzieli się z mamą swoją, ponieważ zawartość jednej fiolki wystarczy nawet dla kilku osób. Pani Markowska dodała: "Niech się Pani nie martwi, to jest dobry znak, fiolka nie będzie potrzebna, ucieczka powiedzie się". Mama nie dawała za wygraną i jeszcze trochę poszukała, ale nie znalazła. Rano obudził nas wielki hałas wychodzących ludzi do nowo ładowanego transportu. W naszej grupie pozostała tylko pani Klawińska z dziećmi. Około godziny 10.00 przeszła koło nas pani z PCK, z którą mama rozmawiała w dniu wczorajszym i coś cicho powiedziała mamie. Po jej oddaleniu się mama powiedziała do pani Klawińskiej, że jest nadzieja na wydostanie się na wolność. W tym celu musimy jak najszybciej przejść do prawych drzwi po zachodniej stronie hali, ponieważ mają wypuszczać matki z małymi dziećmi. Szybko zdecydowaliśmy się na skorzystanie z nadarzającej się okazji i zaczęliśmy przesuwanie się między ludźmi w kierunku wyjścia zachodniego. Byliśmy już bardzo blisko drzwi, kiedy otworzono jedno skrzydło wrót i polecono wychodzić matkom z dziećmi małymi. Przed wyjściem w asyście kilku żołnierzy SS stał oficer w towarzystwie pani z PCK. Wokół wyjścia wytworzył się duży tłok. Niemcy nie wszystkich wypuszczali. Z naszej grupki pierwsza wyszła sąsiadka z dzieckiem na ręku, za nią jej starszy syn z ciocią, a następnie ja z mamą. Nas chciano wrócić, ale na prośbę pani z PCK przepuszczono. Wyszliśmy z hali po około 20 godzinach przebywania w bardzo ciężkiej atmosferze. Nastrój bardzo się poprawił na widok promieni słońca i możliwości oddychania świeżym powietrzem. Byliśmy zmęczeni, głodni, ale szczęśliwi z pokonania pierwszego etapu do odzyskania wolności. Nawet mały synek sąsiadki nie płakał i nie upominał się o jedzenie. Trudno jest teraz przypuszczać, czy spokojny był z braku siły, czy też zrozumiał, w jakiej jesteśmy sytuacji. Wychodzących z hali ustawiano w kolumnę. Dosyć duża grupa wypuszczonych matek z dziećmi, w której byliśmy razem z sąsiadką skierowana została w kierunku zachodnim. Idąc krętymi przejściami, często zatrzymywani, doszliśmy do szerokiej drogi, którą zamykała duża metalowa brama. Kolumnę zatrzymano w odległości około 20 m przed bramą strzeżoną przez kilku żołnierzy SS z pistoletami maszynowymi. Z lewej strony drogi widoczne były tory kolejowe, na których stało kilka wagonów towarowych. Mama poleciła nam powoli przesuwać się do czoła kolumny, aby znaleźć się jak najbliżej bramy. Manewr taki wykonywało również jeszcze kilka innych kobiet, co spowodowało znaczne zbliżenie się kolumny do bramy. Esesmani zaczęli strzelać, to troszeczkę cofnęło kolumnę, jednak odległość od bramy była już minimalna. Nastrój oczekiwania bardzo pogorszył się i wzrosło zdenerwowanie od chwili rozszerzającej się wieści, że czekamy na przyjazd jakichś Niemców. Mają oni dokonać selekcji, po której część dzieci będzie oddzielona od matek, a reszta wysłana do specjalnego obozu. Wiadomość ta miała pochodzić od kogoś, kto dobrze znał język niemiecki i podsłuchał rozmowę konwojujących nas esesmanów. Po tej wiadomości mama poleciła mi, cioci i sąsiadce trzymać się blisko bramy i pilnie obserwować ją, aby z chwilą jej otworzenia natychmiast uciekać. Czekaliśmy dosyć długo, aż po sygnale samochodu esesmani otworzyli jedną połówkę bramy. Ledwie zdążył samochód osobowy przejechać bramę, czołówka kolumny rzuciła się do ucieczki. Niemcy zaczęli strzelać, lecz nie wiedziałem, aby ktoś z biegnących przed nami zatrzymał się. Po przebiegnięciu paru metrów zmieszaliśmy się z dużą grupą mieszkańców Pruszkowa, stojących wzdłuż chodnika po przeciwnej stronie jezdni. Było to południe dnia 9 sierpnia 1944 roku, znaleźliśmy się po raz pierwszy od kilku dni wśród spokojnie zachowujących się ludzi. Byliśmy wolni, lecz jeszcze niepewni udanej ucieczki. Grupa uciekających po przebiegnięciu bramy rozbiegła się na dwie strony, my biegliśmy w prawą stronę. Po przebiegnięciu kilkunastu metrów grupa zmniejszała się, każdy gdzieś się chował. My po przebiegnięciu około 200 metrów weszliśmy do małego sklepiku po lewej stronie ulicy. Po ochłonięciu z pierwszych emocji, stwierdziliśmy nieobecność Pani Klawińskiej z młodszym synem, starszy (5-6 lat) był z nami. Trudno było uporządkować myśli i przypomnieć bieg wypadków. Były tak spontaniczne, że nie można było ustalić, co mogło się stać z mamą Darka. Wkrótce zapadła decyzja, aby nie wracać w kierunku bramy obozu w celu szukania pani Klawińskiej, a Darka zabrać ze sobą na dalszą drogę w nieznane.
     Właścicielka sklepu widząc nasze zmęczenie i zdenerwowanie, zaprosiła nas do mieszkania na zaplecze sklepu. Powiedziała, że tylko małej grupie ludzi udało się uciec, która szybko rozbiegła się i Niemcy już jej nie ścigali. Strzałami Niemcom udało się zatrzymać napór ludzi na bramę i szybko ją zamknęli. W tej sytuacji zaproponowała mamie, abyśmy zaczekali trochę u niej, bo może mama chłopca zostanie jeszcze wypuszczona, ze względu na małe dziecko. W międzyczasie moglibyśmy się, chociaż powierzchownie umyć, oczyścić ubranie, aby nie zwrócić na siebie uwagi, kiedy będziemy iść ulicą. Mama postanowiła skorzystać z uprzejmości sklepowej i poczekać. Jednego z domowników poprosiła, aby przeszedł się koło bramy obozu i zapytał znajomych, czy nie wiedzą czegoś o mamie chłopca. Darek, pomimo, że nie było jego mamy, trzymał się dzielnie. Siedział bardzo smutny, milczał, lecz nie płakał. W międzyczasie sklepowa przyrządziła nam posiłek, mama przypomniała sobie nazwisko znajomego spawacza z Zakładów Mechanicznych w Pruszkowie (Skoneczny lub Skonecki, teraz już nie pamiętam). Miał on mieszkać w Pruszkowie, ale adresu nie pamiętała. Sklepowa nie znała jego, ale poprosiła swoją sąsiadkę o dowiedzenie się adresu wymienionego znajomego, od któregoś z pracowników Zakładów Mechanicznych. Po umyciu się, wyczyszczeniu ubrania i zjedzeniu posiłku, byliśmy szczęśliwi, ale bardzo zmęczeni. Darek zrobił się troszkę weselszy, zaczął rozmawiać. Mama denerwowała się, chciała jak najprędzej iść dalej od obozu. Wiadomości o mamie Darka nie było, nikogo po ucieczce naszej grupy nie wypuszczono, trudno było podjąć jakąś decyzję. U sklepowej czekaliśmy bardzo długo, wreszcie otrzymaliśmy wiadomość o ustaleniu adresu znajomego. Mama postanowiła iść z nami jak najszybciej do znajomego, aby zdążyć przed godziną policyjną. Otrzymaliśmy przewodnika w osobie młodego chłopca, spakowaliśmy puste chlebaki w paczkę i niczym nie różniąc się od innych mieszkańców Pruszkowa, pożegnaliśmy się z rodziną sklepowej, aby rozpocząć nowy etap tułaczego życia. Do znajomych (mieszkali w ostatnim domu po prawej stronie ulicy bez przejazdu, zamkniętej bocznym torem kolejowym prowadzącym do cukrowni w Józefowie) przyszliśmy bez przeszkód. Przewodnik nasz po upewnieniu się, że trafiliśmy pod właściwy adres i pozostajemy u znajomych, pożegnał się z nami, poczym szybkim krokiem wracał, aby zdążyć przed godziną policyjną. Znajomi przyjęli nas bardzo serdecznie, szczerze współczując naszemu położeniu. Ja z Darkiem zaraz po zjedzeniu kolacji położyłem się spać. Mama z ciocią jeszcze długo opowiadała nasze przeżycia.
     W następnym dniu, tj. 10 sierpnia obudziłem się około godziny 11.00. Wszyscy domownicy byli już po śniadaniu, a na Darka czekała radosna wiadomość, mama zdążyła już dowiedzieć się, gdzie można spotkać jego ojczyma. O mamie Darka nic nie wiedzieliśmy. Darek pragnął jak najszybciej spotkać się z ojczymem, był tak przejęty, że nie mógł jeść śniadania. Odnalezienie ojczyma Darka miało następujący przebieg: Mama moja po krótkim śnie, wyszła razem z żoną znajomego w celu dowiedzenia się czegoś o pani Klawińskiej. W międzyczasie dowiedziały się, że placówka RGO w Pruszkowie prowadzi rejestr poszukujących się warszawiaków. Mama czując się dosyć pewnie w towarzystwie pani znającej dobrze teren, przeszła się do RGO, w którym dowiedziała się, że w dniu wczorajszym pan Klawiński pytał o rodzinę i ma być również dzisiaj. Mama nie zostawiła naszego adresu, ale prosiła, żeby mu przekazano, jeśli się zgłosi, żeby poczekał na mamę, ponieważ jeszcze raz przyjdzie w południe. Po śniadaniu musiałem pożegnać się z Darkiem i pozostać w domu z ciocią, oraz jedynym synem znajomych, trochę młodszym ode mnie. Mama nie chciała mnie zabrać ze sobą tłumacząc mi, że w razie jakiegoś niebezpieczeństwa łatwiej jej będzie uciekać z jednym niż dwojgiem dzieci. W placówce RGO spotkali pana Klawińskiego, który również nic nie wiedział o żonie. Opowiedział mamie, w jakich okolicznościach udało mu się zbiec z transportu i uniknąć pobytu w obozie Pruszkowskim. Mówił on, że po odłączeniu mężczyzn od rodzin, przeprowadzono ich do kościoła św. Wojciecha. Odbywała się tu selekcja, jednych wprowadzano, drugich wyprowadzano, słychać było serie strzałów z pistoletów maszynowych. Podobno niektórych mężczyzn rozstrzeliwano. Jego, w grupie mężczyzn z różnych domów i ulic, poprowadzono na Dworzec Zachodni dopiero przed wieczorem. Szli tą samą drogą, co my. Po załadowaniu wagonów pociągu elektrycznego, znalazł się przy oknie, które to troszeczkę uchylił, mimo kategorycznego zakazu otwierania. W okolicach Piastowa wykorzystał krótki moment gwałtownego zwolnienia biegu pociągu, szybko otworzył okno i wyskoczył. Pomimo strzałów eskorty, pociąg nie zatrzymał się, ale zwiększył prędkość, co też razem z innymi umożliwiło ucieczkę. Sprzymierzeńcem ich, okazał się zapadający zmrok. W dniu 9 sierpnia przechodził w okolicy obozu, w nadziei spotkania rodziny. Obecnie, jak spotkał pasierba i wie, że żona żyje jest pełen nadziei spotkania jej z synem. Przez dwa następne dni zamierzał jeszcze zatrzymać się w Pruszkowie, dla spotkania się z żoną, o ile by żony nie spotkał, planował pojechać do rodziny. O bracie pan Klawiński nic nie wiedział, nie pamiętał nawet, czy brat wyszedł razem z jego grupą z kościoła.
     Następnego dnia mama zabrała mnie ze sobą do RGO i chodziliśmy trochę po mieście w nadziei spotkania brata, ojca lub kogoś ze znajomych, którzy by mogli przekazać jakąś wiadomość o rodzinie. Do miasta chodziliśmy już sami, mama poznała główne ulice, nie chciała fatygować znajomej. W mieście przybywało coraz więcej warszawiaków, można było ich łatwo odróżnić od miejscowych, ponieważ codziennie byli tak samo ubrani i przychodzili do RGO. Byli i tacy, co w placówce tej nocowali. Nadzieja na spotkanie się z bratem malała, o ojcu również nic nie wiedzieliśmy. Znajomi pocieszali nas, że to już wkrótce się skończy, ponieważ Anglicy zrzucą desant, a Rosjanie wkraczają już na Pragę. Dla nas sytuacja nie uległa zmianie, codziennie te same widoki, nad Warszawą w dzień dym, wieczorem łuna. Pomimo dużej życzliwości znajomych i namawianie mamy na cierpliwe czekanie szybkiego wyzwolenia, mama przestała wierzyć w szybki koniec wojny. Niewielka suma pieniędzy, jaką mama przeniosła na piersi, nie mogła wystarczyć na bierne czekanie. Postanowiła zająć się jakimś handlem, aby móc kupić cieplejszą odzież przed nastaniem zimy. Decyzja rozpoczęcia handlu, spotkała się z nowymi trudnościami. Okazało się, że na rynku i w sklepach nikt nie chce przyjmować banknotów 500 zł. Z trudności tych wybawił nas i innych warszawiaków, właściciel dużego sklepu spożywczego. Wymieniał on za okazaniem dowodu warszawskiego jeden banknot na osobę. Każdy z nas wymienił po jednym banknocie. Mieliśmy już pierwszy kapitał na rozpoczęcie handlu. W dniu 13 sierpnia rozpoczęliśmy pod mamy kierownictwem handel owocami. Na targu kupiliśmy jabłka po cenie hurtowej, a następnie na ulicy sprzedawaliśmy w detalu, powarzone w torebkach. Nie był to duży zarobek, ale pozwalał na skromną egzystencję bez naruszania pierwszego kapitału. Około 20 sierpnia doszła nas wiadomość, że Niemcy część warszawiaków wywozili przez Ożarów, Błonie na Poznań. W tej sytuacji postanowiliśmy pójść do Błonia, aby sprawdzić, czy nie ma jakiejś wiadomości od naszej rodziny u sąsiadki pani Persy, która była tam z synem u swoich rodziców od lipca 1944 roku. Do Błonia szliśmy polami wzdłuż bocznego toru w kierunku Józefowa, a następnie miedzami, unikając dróg bitych. Do gospodarstwa państwa Krak doszliśmy w południe. Mieszkali oni za stacją kolejową po lewej stronie toru kolejowego w kierunku Poznania. Przebywało u nich wielu członków rodziny: córka z dwoma synami wysiedlona z Poznania (mąż jej, lotnik był od 1939 roku w Anglii), syn z żoną i córką z Warszawy, oraz nasza sąsiadka z synem Szymonem. W Błoniu byliśmy do następnego dnia. Mama opowiedziała o ostatniej rozmowie z mężem sąsiadki, tragicznej śmierci jej teściowej, oraz naszych przeżyciach. Pani Persowa nie miała żadnych wiadomości o mężu, ani o naszej rodzinie. Byliśmy pierwszymi osobami, jakie zobaczyła od wybuchu Powstania z naszego domu. W południe następnego dnia po zostawieniu adresu znajomych w Pruszkowie wyruszyliśmy w powrotną drogę. Wracając do Pruszkowa kupiliśmy od pracowników fabryki zapałek w Błoniu, 6 kartonów zapałek. Do znajomych wróciliśmy wieczorem, już się trochę martwili, czy coś się nam nie stało. W Pruszkowie zapałki sprzedaliśmy po znacznie wyższej cenie. U znajomych przebywaliśmy do około 26 sierpnia, to jest do czasu dużej obławy na warszawiaków. W dniu obławy Niemcy zatrzymali wszystkich warszawiaków, którzy zatrzymali się w centrum miasta, wyciągano ich z domów. Zabrano wszystkich z RGO i zatrzymanych na ulicy. Łapanki zaczęły nasilać się. My mieszkaliśmy na samym krańcu miasta, łapanka nie objęła naszej ulicy, ale wyjście do miasta stało się bardzo ryzykowne. Groziło to ponownym znalezieniem się w obozie i wywiezieniem do Niemiec. W masowych legitymowaniach, warszawski dowód był biletem na wyjazd do obozu. Ze względu na brak możliwości poruszania się po mieście, oraz nadziei na szybkie wyzwolenie spod okupacji, postanowiliśmy opuścić Pruszków. Po pożegnaniu się ze znajomymi wyszliśmy w godzinach rannych w kierunku Grodziska Mazowieckiego. Drogę do Podkowy Leśnej przebyliśmy polami pieszo, a następnie kolejką EKD dojechaliśmy do przystanku Grodzisk Nadarzyńska. Celem naszym było odszukanie państwa Gąsiorowskich, Zbyszek i Zygmunt pracowali w Warszawie. Odnaleźliśmy ich przed wieczorem, mieszkali w małym domku składającym się z dwóch pokoi i kuchni przy ul. Nadarzyńskiej 50. Pani Gąsiorowska (wdowa) mieszkała razem z pięciorgiem dzieci: trzema synami dorosłymi (już pracowali), jednym w moim wieku i trochę starszą córką. Przyjęli nas bardzo serdecznie, pomimo nie najlepszych warunków (dosyć ciasno) znaleźli miejsce na przygarnięcie nas.
     Pani Gąsiorowska dzierżawiła sad, z którego owoce sprzedawała na rynku w Grodzisku. Mama z ciocią szybko włączyły się do pomocy w handlu. Ja z rówieśnikiem Rysiem (najmłodszym synem pani Gąsiorowskiej) miałem zajęcie takie, jak: rwanie trawy dla kozy, karmienie gołębi i czasami pilnowaliśmy sadu lub zrywaliśmy owoce. Rysiek z Lilą (córka pani Gąsiorowskiej), nauczyli mnie gotować zupę kartoflaną, zacierki i kartofle na sypko. Umiejętności te zawdzięczam szczególnie Lili, ponieważ ona zajmował się gotowaniem, a my czasami jej coś pomogliśmy. Pomimo, że w mieszkaniu państwa Gąsiorowskich nie było najlepszych warunków (ciasno, urządzenia sanitarne na podwórku), to atmosfera panowała rodzinna. Okazywana nam życzliwość i pomoc pozwalała zapominać o naszej niedoli. Pod koniec września mama z ciocią zarobiły już tyle pieniędzy, że mogły kupić buty, palta, sobie sukienki, a dla mnie garnitur. Najbardziej utkwiło mnie w pamięci kupno garnituru. Handlarz na rynku miał kilka używanych garniturów poukładanych w walizce. Jeden z nich podobał się najbardziej mamie i mi, najważniejsze było to, że leżał na mnie dobrze i był prawie nowy. Trudność polegała na tym, że handlarz chciał za garnitur dwa razy więcej niż mama miała ze sobą pieniędzy. W tej sytuacji po przymierzeniu przeze mnie garnituru rozpoczęło się targowanie. Mama trzymała w ręku jedną nogawkę spodni i rękaw marynarki, a sprzedawca drugi rękaw i nogawkę. Po dłuższym targowaniu się, handlarz dosyć dużo opuścił, lecz na proponowaną cenę przez mamę nie chciał się zgodzić. Mama, nie mogąc więcej wytargować i nie chcąc stracić okazji kupienia dobrego garnituru, rozpłakała się i pokazując zawartość portmonetki powiedziała: "Ja nie mam więcej pieniędzy, a garnitur kupić muszę, ponieważ syn nie ma w czym chodzić". Tu pokazała sprzedawcy wszystkie szycia i cery mocno przetartego garnituru, który miałem na sobie (nie był on w najlepszym stanie już przy wychodzeniu z Warszawy, nowszy pozostał spakowany w walizce w piwnicy). Codzienne chodzenie w nim bardzo go zniszczyło. Handlarz wzruszył się mamy płaczem i oddał garnitur za połowę ceny, jaką żądał na początku targowania się. Następnie zamknął swoją walizkę z pozostałymi garniturami i ze łzami w oczach powiedział: "Jak będę miał więcej takich klientek, to pójdę z torbami", po czym opuścił plac targowy. Mnie też pociekły łzy, dzisiaj już nie pamiętam, czy udzielił mi się płacz mamy, której dotąd nigdy nie widziałem płaczącej, czy też były to łzy szczęścia po kupnie garnituru.
     Ostatnie dni września lub pierwsze dni października przyniosły wiadomość, że Szpital Wolski z ul. Płockiej jest ewakuowany do Leśnej Podkowy. Otrzymana wiadomość była nową nadzieją spotkania ojca. Natychmiast pojechaliśmy z mamą kolejką EKD do Leśnej Podkowy. W głębi lasu znaleźliśmy w małym pałacyku urządzany szpital. Było tam kilku rannych i chorych, ale nie mogliśmy spotkać nikogo ze znanego nam personelu Szpitala Wolskiego. W tej sytuacji zapytaliśmy jednego z mężczyzn ubranego w biały fartuch, o szereg osób znanych nam osobiście. Z wymienionych mu nazwisk i imion znał tylko pielęgniarki (siostry zakonne), siostrę Józefę i Salomeę. Pomógł nam spotkać się z siostrą Salomeą. Spotkanie ze znajomą siostrą było radosne, pełne nadziei, lecz wkrótce nastrój zmienił się. Siostra po przywitaniu się z nami wzięła mamę pod rękę i cicho zaczęła mówić (widocznie chciała, abym nie słyszał, ale trzymałem się mamy tak blisko, że słyszałem każde jej słowo): "Pani Heleno, musi Pani być dzielną, ma Pani dla kogo żyć, nie może Pani załamać się, ani liczyć na pomoc męża". Chwilę przestała mówić, a następnie patrząc na mamę dodała: "Mąż Pani został rozstrzelany". Nastąpiła dłuższa chwila ciszy, mamie popłynęły łzy, mnie zacisnęło gardło i brakło łez. Następnie mama zapytała, jak to się stało. Siostra w skrócie opowiedziała przebieg wydarzeń, jakie nastąpiły w szpitalu w dniu 5 sierpnia. Powiedziała o zastrzeleniu dyrektora Szpitala Wolskiego dr medycyny Piaseckiego, prof. Zeylanda i kapelana, co do tych osób była pewna, ponieważ zginęli na terenie szpitala. Do pozostałego męskiego personelu szpitala, powstańców i rannych nie była pewna, ponieważ wyprowadzono wszystkich ze szpitala do szop fabrycznych na ulicy Górczewskiej za wiaduktem kolejowym. Stamtąd wyprowadzili kolejno w małych grupach na rozstrzelanie. Kobiety uniknęły rozstrzelania, ponieważ w godzinach popołudniowych wstrzymano egzekucję. Podobno ktoś po egzekucji wyszedł spod trupów i uratował się, ale nie wiedzą kto. Następnie mama opowiedziała o naszych przeżyciach i podała adres, gdzie się zatrzymaliśmy w Grodzisku, aby mogła nas powiadomić, gdyby miała jakąś wiadomość o ojcu lub bracie. Siostra Salomea poczęstowała nas obiadem ze szpitalnej kuchni, a przed pożegnaniem się z nią, dała dla mnie gruby wełniany sweter, poduszkę i koc. W drodze powrotnej zastanawialiśmy się z mamą, skąd pani Chołaj lub Hołaj wiedziała jeszcze w Warszawie o tragedii Szpitala Wolskiego. Jest to dla mnie do dzisiaj tajemnicą, a sąsiadki tej więcej nie spotkałem i nie przypominam sobie, czy była z nami w obozie w Pruszkowie.
     Po powrocie do Grodziska nastały godziny przygnębienia. Udzieliły się one również rodzinie państwa Gąsiorowskich. Pocieszaliśmy się, że może właśnie ojcu udało się uratować. Następnego dnia mama odrzuciła myśl o możliwości śmierci ojca, powiedziała, że dokąd nie zobaczy ciała, to nie uwierzy w możliwość śmierci męża. Mama nadal handlowała, myśląc o jak najlepszym przygotowaniu się do nadchodzącej zimy. Wyzwolenie prawobrzeżnej Warszawy, dało chwilową nadzieję na szybki powrót do własnego domu. Jednak upadek Powstania, duża fala uchodźców przymusowo wysiedlanych z Warszawy, stwarzała przygnębiający nastrój. Wysiedleńcy po kapitulacji, którzy nie przechodzili przez obóz w Pruszkowie mieli ze sobą bagaże. Niektórzy wieźli je na wózkach dziecięcych lub rowerach. W pierwszą niedzielę po upadku Powstania poszliśmy ponownie do Błonia, z Grodziska było znacznie bliżej około 9 km. Celem naszej wyprawy było sprawdzenie, czy nie ma jakiejś wiadomości od rodziny u pani Persy i podzielenie się uzyskanymi wiadomościami o losach Szpitala Wolskiego.
     Żadnych wiadomości pani Persa nie miała, sami żyli w dużym strachu, ponieważ mieszkali blisko toru kolejowego, co narażało ich na częste wizyty Niemców z ochrony kolei. W czasie drogi spotykaliśmy dosyć dużo warszawiaków szukających schronienia u gospodarzy. Sytuacja ich była różna. Ci, co wysiedlani byli z własnych domów, mieli bagaże i zimowe ubrania. Znaczna część opuszczała Warszawę z innych dzielnic niż mieszkała. Ci byli w sytuacji podobnej do naszej, byli w jednym ubraniu bez bagaży, ale zadowoleni, że żyją. Nie myśleli o przeżytej tragedii, żyli nadzieją szybkiego wyzwolenia Warszawy i powrotu do swych domów, aby spotkać się z rodzinami.
     W połowie października sytuacja w Grodzisku zaczęła zaostrzać się, rozpoczęły się legitymowania i zatrzymywania warszawiaków. Mama zatrzymana przez żandarmów, została osadzona w fabryce octu (Niemcy zrobili tu punkt selekcji kobiet wysyłanych do obozu lub pracy w Niemczech), dzięki szybkiej interwencji znajomych pani Gąsiorowskiej pracujących i mieszkających na terenie fabryki, udało się mamie uniknąć wywiezienia do Niemiec. Coraz trudniej było poruszać się po Grodzisku, a zakwaterowanie w pobliżu naszego domu oddziału wojsk węgierskich stworzyło warunki strefy frontowej. Rozpoczęły się łapanki ludzi, których zatrudniono do kopania okopów. W drugiej dekadzie października przyszła pocztówka na adres pani Gąsiorowskiej od mojego brata, z obozu w Gross Wartemburgu. Pisał parę słów, że jest zdrowy, ale nic nie wie o rodzinie. Prosił, o ile jest to możliwe, o przysłanie mu czapki. Pocztówka od brata bardzo podniosła nasze morale, cieszyliśmy się, że żyje. Powiększyła się nadzieja, że ojcu też się udało przeżyć. Mama zaraz kupiła czapkę, rękawiczki i szalik, zapakowała w paczkę, chcąc jak najszybciej wysłać. Okazało się, że poczta w Grodzisku nie może przyjmować paczek od Polaków. Po dwóch dniach starań, mamie udało się wysłać bratu paczkę przez jakiegoś żołnierza niemieckiego, który był częstym gościem u czapnika. Poczta od żołnierza paczkę przyjęła i brat ją otrzymał. Coraz trudniejsze poruszanie się warszawiaków po mieście, częste łapanki i brak możliwości wysyłania paczek do brata, przyspieszyło decyzję pojechania do Radomska (rodzinnego miasta mamy). Rozpoczęły się przygotowywania do wyjazdu, a ściślej mówiąc szukanie środka lokomocji. Pociągi osobowe chodziły nieregularnie i nie zabierały Polaków.
     Grodzisk stał się strefą przyfrontową, wojska niemieckie i węgierskie okopywały się, zajmowały w okolicy kwatery, maskując wozy bojowe w zagajnikach i sadach. W tej sytuacji nie było wielkiego wyboru, trzeba było skorzystać z transportu organizowanego przez RGO. Instytucja ta zamawiała kryte wagony towarowe do Skierniewic, Koluszek i Piotrkowa Trybunalskiego na różne dni tygodnia. Należało się zapisać, opłacić za przejazd i dowiadywać się, kiedy będzie wagon do wybranej miejscowości. Mama zapisała nas na wagon do Piotrkowa, to jest najbliżej Radomska. Według otrzymanych wiadomości w RGO Niemcy tolerowali taki przejazd i parę wcześniej wysłanych wagonów dojechało do miejsca przeznaczenia bez przeszkód. Były również niesprawdzone wiadomości, że pociągi osobowe kursują od Skierniewic, inni mówili, że dopiero od Koluszek.
     W połowie trzeciej dekady października pożegnaliśmy się z rodziną państwa Gąsiorowskich i odprowadzeni przez nich poszliśmy na stację. Na torze w części towarowej stacji Grodzisk Mazowiecki stał kryty wagon towarowy. Był pusty, bez jakiegokolwiek wyposażenia. Przedstawiciel RGO przyszedł punktualnie o wyznaczonej godzinie zbiórki, sprawdził listę zapisanych osób. Okazało się, że nie wszyscy przyszli. Przedstawiciel poczekał jeszcze jakieś 20 minut, a następnie polecił nam wsiąść do wagonu, oświadczając, że idzie zgłosić załadowanie wagonu, abyśmy mogli jak najszybciej odjechać. Wagon ruszył dopiero o zmroku. Kilka osób wsiadło tuż przed samym ruszeniem pociągu. W wagonie było tyle miejsca, że wszyscy mogli siedzieć na swoich skromnych bagażach. Podróżni byli różnej płci i wieku. Wszyscy okazywali zdenerwowanie spowodowane niepewnością, czy przypadkiem nie oszukano nas i nie zostaniemy wywiezieni do Niemiec. Z dyskusji, jaka wywiązała się w wagonie można było wnioskować, że wszyscy są wysiedleni z Warszawy i przeszli podobne do naszego koleje losu. Pragnęli pozostawać jak najbliżej Warszawy, ale utrata nadziei po upadku Powstania na szybkie wyzwolenie jej, częste obławy na ludzi i świadomość zbliżającej się zimy, zmusiły ich do szukania pewniejszego schronienia u rodzin dalej mieszkających. Pierwszy dłuższy postój pociągu nastąpił w Skierniewicach na bocznicy oddalonej od budynku stacyjnego około 1 km. Odczepiono lokomotywę, ale żaden z przechodzących kolejarzy nie wiedział, kiedy możemy pojechać dalej. Około godziny 22.00 część bardziej zmarzniętych ludzi postanowiło pójść do budynku stacyjnego, aby napić się gorącej wody, oraz przynieść innym pozostającym w wagonie. Z grupą poszła mama z młodym mężczyzną, który postawił przy nas teczkę i rozmawiał w czasie jazdy. Po około 10 minutach mama z częścią ludzi wróciła. Powiedziała, że zawrócił ich jakiś kolejarz, mówiąc o doczepianiu lokomotywy i odjeżdżaniu naszego wagonu, w składzie zmontowanego pociągu do Koluszek. Kilka osób, wśród nich młody mężczyzna, co wyszedł z mamą, nie wrócili się. Sąsiad nasz z wagonu powiedział mamie, że bardziej mu zależy na napiciu się gorącej wody niż na skromnym dobytku, jaki zostawił w teczce. Prosił mamę, aby zaopiekowała się jego teczką, jeżeli faktycznie nie zdąży wrócić i nie uda mu się dogonić nas innym pociągiem. Po około 15 minutach od mamy powrotu pociąg ruszył. Mimo wypatrywania przez otwarte drzwi, a nawet nawoływania, nikt z osób, które poszły po wodę, nie wrócił. Również przejeżdżając koło budynku stacji nikogo nie widzieliśmy. Następny dłuższy postój wypadł w Koluszkach również na bocznicy w dużej odległości do budynku stacji. Część ludzi wysiadła, oświadczając, że resztę drogi przebędą pociągiem osobowym, które to mają z Koluszek normalnie kursować. My z pozostałą małą grupą ludzi pozostaliśmy w wagonie, nie wychodziliśmy, nie będąc pewni, co nas może spotkać na stacji ze względu na nocną porę. Jak długo czekaliśmy w Koluszkach, nie pamiętam - usnąłem. W Piotrkowie Trybunalskim zatrzymaliśmy się nad ranem, już szarzało. Do wagonu podszedł kolejarz oznajmiając nam, że jesteśmy na bocznicy towarowej Piotrkowa i jest to koniec jazdy naszego transportu. Wskazał nam kierunek, w jakim należy dojść, około 2 km do budynku dworca osobowego, oraz drogę tym, co chcieli ominąć miasto. Kiedy doszliśmy do budynku stacyjnego, idąc wzdłuż torów, było już widno. Na stacji czekało kilka osób, podobno pociąg do Częstochowy miał niedługo przyjechać z Koluszek. Po wykupieniu biletów na pociąg do Radomska, czekaliśmy jeszcze dosyć długo. Na stacji było mało podróżnych, oczekujący na pociąg wykazywali zdenerwowanie spowodowane brakiem informacji o godzinie odjazdu pociągu. Około południa dojechaliśmy do Radomska. Na stacji jak również w czasie drogi do babci, na ulicę Chopina 15, nie widać było u przechodzących ludzi zdenerwowania, jakie obserwowało się pod Warszawą. Babcia zajmowała jedną izbę (dziadek zmarł w 1942 roku), drugą izbę zajmowała stryjenka (bratowa ojca, stryjek przebywał w obozie Mauthausen za ucieczkę z niewoli jako żołnierz września 1939 roku).
     Byliśmy bardzo zmęczeni i zmarznięci. Po umyciu się i zjedzeniu skromnego posiłku, opowiedzieliśmy babci nasze przeżycia. Jak mama powiedziała o przypuszczalnym rozstrzelaniu ojca, nastąpiła trudna do opisania chwila. Do dzisiaj wspominam ją z dużym rozgoryczeniem. Wiadomość o śmierci ojca bardzo oziębiła okazaną nam przez babcię serdeczność. Wydawało się, że za śmierć ojca wini mamę, ponieważ w 1927 roku nie sprzeciwiła się osiedleniu w Warszawie. Teraz nieważne było, że za namową mamy mógł uzupełnić wykształcenie w wieczorowych szkołach (pomimo posiadania rodziny), dzięki czemu był w stanie w dużym stopniu pomagać rodzicom. Za wszystko, co się stało, babcia winiła mamę. Najbardziej za to, że widząc się z ojcem 4 sierpnia nie namówiła go do powrotu do domu. Mama dzielnie zniosła zarzuty babci, chociaż zauważyłem, że chwilowo żałowała wyjazdu z Grodziska. Po odpoczynku następnego dnia mama wyszła ze mną na miasto. Ciocia pozostała w domu, aby wyręczyć babcię w pracy domowej. W mieście odwiedziliśmy dwie mamy koleżanki, które poinformowały nas o sytuacji i nastrojach w Radomsku. Po południu odwiedziliśmy ciotecznego brata Tadeusza Jarocińskiego (był to syn przyrodniej siostry mego ojca, mieszkał z żoną i 5-letnim synem w jednym pokoju przy ulicy Piramowicza 7). Wizyta ta wypadła w dzień jego imienin 28 października 1944 roku. Przyjęto nas bardzo serdecznie, pomimo żeśmy zakłócili wesoły nastrój imieninowym gościom. Nastąpiło opowiadanie naszych przeżyć. Było wiele pytań ze strony gości, każdy chciał znać los Warszawy z ust ludzi, którzy przeszli jej tragedię.
     Tadeusz pokazał nam pocztówkę, jaką otrzymał od brata z obozu i powiedział, że paczkę również wysłał, wykorzystując do tego kuzyna swojej żony Stefy, który pracował na stacji kolejowej w Radomsku. Żona brata, Stefa, po dowiedzeniu się o atmosferze panującej u babci, zaproponowała mamie, abym na razie pozostał u nich. Chociaż mają jeden pokój to spać będę mógł razem z ich synem Markiem. Mama chętnie wyraziła zgodę i pozostałem u nich. Mama w Radomsku szybko się zaaklimatyzowała. Zorientowawszy się w sytuacji panującej w mieście, postanowiła zameldować się razem z nami u babci, aby eliminować obawę przed łapankami warszawiaków. Zakaz meldowania warszawiaków mama pominęła dzięki koleżance, pracującej w starostwie. Pomogła ona zameldować nas z datą przed wybuchem Powstania, co dawało większą pewność chodzenia po mieście. Mama zaczęła handlować ponownie. Ja oprócz towarzyszenia Stefie przy zakupach i pilnowaniu Marka, kiedy zajmowała się przygotowywaniem posiłków, miałem obowiązek pakowania i wysyłania paczek do brata. Paczki wysyłałem tylko w czasie dyżuru Stefy kuzyna, wtedy to adres nadawcy wpisywałem na paczkę, jaki podał; był on za każdym razem inny. Pod koniec listopada zamieszkałem razem z mamą, u mamy koleżanki Aleksandry Treder. Zajmowała ona jeden pokój z 3-letnim synkiem Jankiem w domu swoich rodziców. Sama była wysiedlona razem z mężem z Pomorza w 1939 roku. Mąż jej został wywieziony na roboty do Niemiec. W domu tym mieszkała również jej siostra pani Iżykowska ze starszymi ode mnie dziećmi, (mąż jej był w niewoli), brat z żoną i córką, oraz samotny brat i siostra. Każde z rodzeństwa zajmowało po jednym pokoju. Szybko zżyliśmy się z rodziną pani Oli. Uważany byłem za członka rodziny, ponieważ pani Ola podawała mnie do chrztu. Poza tym, łączył nas brak ojców i mężów. Mama zrobiła u babci zapasy na zimę, kupiła kartofle, węgiel, ale u babci była tylko ciocia, my rzadko tam przychodziliśmy. Ciocia u babci, praktycznie tylko nocowała, ponieważ cały czas zajmowała się z mamą handlem. Przeniesienie się do mamy koleżanki, podyktowane było rozpoczęciem przeze mnie nauki na tajnych kompletach. Mama zapisując mnie na komplety prowadzone przez nauczycielkę gimnazjum, prowadzone w jej mieszkaniu, chciała ugruntować u mnie wiedzę zdobytą w czasie nauczania tajnego w Warszawie z zakresu 1 klasy gimnazjum. W Radomsku powtarzałem klasę 1, ponieważ z zakresu klasy 2 uczniowie przerobili dosyć dużo materiału i miałbym trudności uzupełnienia go. Na zajęcia chodziliśmy na ulicę Przedborską w pobliżu kościoła. Odbywały się one w małym pokoiku na pierwszym piętrze. Uczęszczało nas dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Chłopiec mieszkał na ulicy Przedborskiej ojciec jego miał dużą stolarnię. Dziewczynki mieszkały gdzieś za kirkutem. Wszystkie przedmioty prowadziła z nami jedna nauczycielka. Jako uczestnik tajnego nauczania w Warszawie szybko zaaklimatyzowałem się w nowym środowisku. Znane mi były podstawowe zasady konspiracji i sposoby nauki z jednej książki. Uważałem, że podobnie jak w Warszawie uczniowie kompletów zorganizowani byli w Szarych Szeregach. Próbowałem delikatnie po lekcji historii, zadać kilka pytań koledze na temat Zawiszaków. Z udzielonych mi odpowiedzi, zorientowałem się, że nic nie wie o organizacji, albo nie ufa mi i dlatego zręcznie maskuje się. Nie ponawiałem tematu, uważałem, że z czasem o ile jest zorganizowany sam zainteresuje się mną. Po zajęciach chodziłem na obiady do stołówki, prowadzona była chyba przez RGO. Mama opłacała bardzo symboliczną cenę za gorący posiłek. Sama zajęta handlem nie gotowała obiadów. W początkach grudnia zaczął kursować pociąg osobowy do Pruszkowa. Mama postanowiła z jedną ze znajomych panią Janik pojechać do Pruszkowa, Leśnej Podkowy i Grodziska, dowiedzieć się, czy nie ma jakiejś wiadomości o ojcu. Wyprawy tej o mało nie przepłaciła wywiezieniem do Niemiec. Obławy na warszawiaków trwały nadal. Mamie z trudem udało się uniknąć zatrzymania, tłumacząc się, że już od dawna w Warszawie nie mieszkała, o czym świadczy data zameldowania w Radomsku. Wiadomości o ojcu nie było, ale mama po powrocie powiedziała, że więcej w okolice Warszawy nie jedzie. Trzy razy uniknęła wywiezienia do obozu, ale czwarty raz boi się ryzykować.
     W pierwszej dekadzie grudnia brat przysłał nowy adres, został przewieziony do Wrocławia do pracy przy budowie bunkrów. Przysłał list z prośbą o przysłanie mu razem z chlebem malowanej karty tamtych okolic, ponieważ chce porównać jak zmieniła je wojna. Po rodzinnej naradzie Tadeusz doszedł do przekonania, że brat planuje ucieczkę, dlatego potrzebuje mapę. Powstały dwa obozy, jedni byli za wysłaniem mapy, drudzy przeciwni. Zwyciężyli ci, co chcieli wysłać, uważali ucieczkę za możliwą, o ile pracuje w mieście przy bunkrach. Tadeusz złożoną mapę jak najdokładniejszą, jaką mógł zdobyć, upiekł w bochenku chleba u znajomego piekarza, na zmianie, w której pracował jego rodzony brat Zygmunt. Przed świętami Bożego Narodzenia, brat przysłał pocztówkę z życzeniami, podziękowaniem za paczkę, która doszła w całości, oraz prosił, aby na razie do niego nie pisać, ponieważ często zmieniają miejsce pobytu. Prosił, aby ze wszystkim wstrzymać się do czasu, aż sam napisze. Wiadomość ta zaniepokoiła mamę, ale mnie i Tadeusza ucieszyła, ponieważ byliśmy przekonani, że prawidłowo oceniliśmy intencję brata, liczyliśmy na udaną ucieczkę. W jeden z dni świąt Bożego Narodzenia byliśmy z mamą u państwa Janik. Mąż jej miał dużą stolarnię, a brat Czesław Kałkusiński związany był z partyzantką. Córka jej była w obozie w Oświęcimiu.
     Przy świątecznym stole był również pan Czesław. Miałem okazję nauczenia się na pamięć napisanych przez niego kolęd dla partyzantów. Jedna pozostała w mojej pamięci, śpiewana była na melodię kolędy "Bóg się rodzi", a słowa jej są następujące:

         Bóg się rodzi, a my w świecie od rodziny odłączeni
         Sławę Polski na bagnecie roznosimy po przestrzeni
         By wrogowie nie myśleli, że władają Polakami,
         A słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.
         Bóg się rodzi, a my w lesie po okopach rozproszeni
         Sławę Polski na bagnecie roznosimy po przestrzeni
         By wrogowie nie myśleli, że władają Polakami,
         A słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.
         Zejdź na ziemię Boży Synu tam, gdzie drogę krzyżem znaczą
         W dzień zamieci Wigilijne Święta powiedz w Polsce niech nie płaczą,
         Bo przyjdziemy z mocą, chwałą, jak przychodzi wiatr stronami,
         A słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.

     Kolędy oraz opowiadanie jego o życiu partyzantów bardzo podniosło wesoły nastrój i nadzieję na szybkie zakończenie wojny. Wieczór ten na długo pozostawał w mojej pamięci. Pana Czesława spotkałem jeszcze raz w pierwsze dni stycznia 1945 roku. Przyszedł do naszego pokoju późnym wieczorem, prosząc o przenocowanie, ponieważ za długo był w mieście i nie zdąży do lasu. Spotkanie z panem Kałkusińskim utwierdziło mnie w przekonaniu, że na terenie Radomska, też musi istnieć organizacja harcerska. Być może, że pod inną nazwą. Po feriach świątecznych rozpocząłem szukanie kontaktu z harcerzami. Około 11 stycznia 1945 roku przyszedł list z Sosnowca od pana Stanisława Zatonia, Polaka wywiezionego tam do pracy z Radomska. W liście tym była krótka wiadomość: "Syn czuje się dobrze, kolega jego wkrótce przyjedzie do Radomska". W dwa dni po otrzymaniu listu, przyjechał niski mężczyzna, przedstawił się jako kolega brata z Warszawy (nie pamiętam już ani imienia ani nazwiska). Opowiedział on przebieg ucieczki, jaką zaplanowali razem z bratem. O ucieczce myśleli zaraz jak rozpoczęli pracę przy budowie bunkrów. Mapa była im potrzebna dla zapoznania się z miejscowościami, mapę i wszystkie adresy na listach i kartkach, jakie otrzymywali zniszczyli i czekali okazji do ucieczki. Kolega jego wyszedł z Powstania sam i nic nie wiedział o rodzinie. Miejsce pracy przy wyładowywaniu worków z cementem z krytych wagonów towarowych, oraz ładowanie ich na samochody, dawało szanse ucieczki. Spotykanie kolejarzy prowadzących pociągi towarowe i mówiących po polsku, skorygowało ich plan ucieczki. Okazja nadarzyła się w dniu 8 stycznia 1945 roku w czasie odjazdu rozładowanego pociągu towarowego. Ucieczka powiodła się dzięki kolejarzom, którzy szybko ukryli ich, a następnie przewieźli do Katowic. Tu przekazali kolegom, którzy dowieźli ich do Sosnowca. W Sosnowcu ukrywał ich Stanisław Zatoń. Przerzut do Generalnej Guberni był utrudniony, ze względu na brak dokumentów. Kolega brata posiadał kennkartę, a brat nie miał żadnych. Pan Stanisław Zatoń załatwił przerzut kolegi brata, który miał jakiś dowód. Brat musiał pozostać u niego do czasu wyrobienia dla niego jakiś dokumentów. Kolega radził, aby mama wyrobiła dla brata dokumenty jako dla ochotnika wyjeżdżającego do pracy w Rzeszy. Po dwóch dniach pobytu w Radomsku i zorientowaniu się w sytuacji w Generalnej Guberni, kolega brata pojechał w okolice Warszawy. Więcej go nie widziałem. Mama wyrobiła dokumenty dla brata, ale wysłać już nie zdążyła. W dniu 16 stycznia 1945 roku ofensywa styczniowa wyzwoliła Radomsko. Rozpoczęły się dni radości, a zarazem niepewności, czy brat przeżył, czy coś się mu nie stało. Ciągnęło nas wracać do Warszawy, ale cierpliwie czekaliśmy na wyzwolenie Sosnowca i powrót brata. Wrócił on w pierwsze dni lutego, a 15 lutego jechaliśmy już pociągiem towarowym do Warszawy. Z nami jechali znajomi z Warszawy, zapoznani w Radomsku, państwo Jarzębscy. Wiedzieli już, że na ulicy Ludwiki ocalały domy i mieszkają tam ich kuzyni. Pociąg towarowy jechał około 10 godzin i dowiózł nas tylko do Szczęśliwic. Było już późno, zupełnie ciemno, kiedy doszliśmy pieszo do ulicy Ludwiki. W wielu oknach widać było światło świec lub lamp naftowych. Na ulicy pustki, szli tylko ci ludzie, co szli z nami z pociągu. Chcieliśmy iść do naszego domu na Dworską, ale za namową sąsiadów, aby po nocy nie ryzykować, ponieważ nie wiemy, w jakim stanie jest ulica i budynek. Mogły być miny, jak również nie wiadomo, kogo spotkamy po drodze, co się może przydarzyć. W tej sytuacji skorzystaliśmy z zaproszenia znajomych i przenocowaliśmy u ich kuzynów na ulicy Ludwiki. Na drugi dzień bardzo wcześnie rano, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy bez bagażu zobaczyć nasze mieszkanie, które opuściliśmy przed sześcioma miesiącami. Szliśmy ulicą Bema i Dworską, widok tych ulic był przykry i przygnębiający. W okolicy ulicy Płockiej, Seweryna Krzyżanowskiego, Brylowskiej i Skierniewickiej było dużo wypalonych domów, chociaż w dniu wyjścia z Warszawy, to jest 8 sierpnia 1944 roku, nie było w tej części dzielnicy ani jednego zniszczonego domu. Budynki domów przy ulicy Dworskiej 32 i nasz 30 reprezentowały ściany wypalonych wnętrz. Opadły gruz zatrzymał się na sklepieniu murowanych piwnic. Zalegał on również część chodnika i sięgał do połowy wysokości okien wystawowych sklepów. Brama zasypana była na wąskim odcinku gruzem, który przedostał się przez wypalone drzwi klatek schodowych. Sklepienie murowane było całe. Przeszliśmy przez wypalone okna wystaw, po gruzie wypalonego budynku na podwórko. Przejście to wybraliśmy ze względu na duży napis "Sprawdzono, min nie ma". Wnętrze wypalonego frontowego budynku wyglądało jak okopcony komin z otworami. Na niektórych otworach okiennych widoczne były blachy parapetów, kołysane przez podmuch wiatru. Obie oficyny w podwórku były wypalone, tyle, że sufity nie zapadły się, były wykonane z cegły i szyn stalowych. Budynek naszego warsztatu rozdzielający posesje między numerem 30 a 32 był cały, niezniszczony. Nie wytrzymaliśmy, łzy stanęły w oczach, weszliśmy do środka pomieszczeń, były puste. Maszyny z całym wyposażeniem zostały wywiezione, na placyku pozostało tylko trochę metalowego złomu. Niechcący poruszyliśmy jakimś metalem powodując hałas. Wtedy otworzył się lufcik w oknie na pierwszym piętrze prawej oficyny i ukazał się głowa pana Kazimierza Rybaka. W pierwszej chwili nie poznał nas i zaspanym głosem krzyknął: "Czego szukacie, uciekajcie stąd". Wtedy to zauważyliśmy, że w całej wypalonej bryle prawej oficyny, widoczne są dwa całe okna jednego mieszkania państwa Rybak. W pierwszym momencie po wejściu na podwórko nie zauważyliśmy tych całych okien, być może, dlatego, że bardziej zainteresowani byliśmy stanem naszego mieszkania w lewej oficynie. Niezniszczony budynek warsztatu zaabsorbował nas najbardziej. Weszliśmy do klatki schodowej, schody, chociaż drewniane, nie były spalone w całości, można było wejść na pierwsze piętro. Korytarze parteru wypalone były zupełnie i opadł tynk, na pierwszym piętrze podłoga korytarza była wypalona kawałkami. Dwa mieszkania sąsiadujące z mieszkaniem pana Rybaka były wypalone. Mieszkanie w środku jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności było tylko okopcone. Z okien nawet szyby nie wypadły. Wyglądało jakby w ogóle nie było w środku wypalonej kamienicy. Mieszkanie to dało początek życia wypalonym murom. Pan Rybak był sam, o rodzinie nic nie wiedział. Będąc pracownikiem Gazowni, udało mu się w czasie Powstania długi czas przebywać na jej terenie, a następnie przebywał w pobliżu Warszawy. Do domu powrócił zaraz po wyzwoleniu, zamieszkał w swoim mieszkaniu i rozpoczął pracę jako jeden z pierwszych pracowników przy porządkowaniu Gazowni na ulicy Dworskiej 25.
     Zaproponował nam, zatrzymanie się u niego do czasu prowizorycznego wyremontowania wypalonego mieszkania. Z zaproszenia skorzystaliśmy. Przynieśliśmy swoje bagaże z ulicy Ludwiki i zamieszkaliśmy razem z panem Rybakiem. Na ulicach w ciągu dnia ruch był z każdym dniem większy, coraz więcej ludzi wracało do zniszczonych domów.
     My na razie życie w Warszawie rozpoczęliśmy od poszukiwań ojca. Wizyta w Szpitalu Wolskim nie przyniosła innych wiadomości niż te, które uzyskaliśmy w Leśnej Podkowie od siostry Salomei. Piesza wyprawa na Grochów, w celu dowiedzenia się, co dzieje się z dwiema ciociami (mamy siostrami), dała lepsze wyniki. Jedną ciocię mieszkającą na ulicy Osieckiej 56 zastaliśmy z całą rodziną, to jest mężem i córką, drugą ciocię mieszkającą na ulicy Hetmańskiej 8 zastaliśmy z młodszym synem, starszy razem z mężem wywieziony został przez Niemców w dniu 4 sierpnia, najmłodsza córka była u wujka rodziny. Pomimo, że ciocie nie miały zniszczonych mieszkań, mama nie chciała zatrzymać się u jednej z nich. Wolała wrócić na Dworską. Tu w krótkim czasie mieszkanie państwa Rybaków dało schronienie kilku rodzinom. Codziennie dom odwiedzany był przez byłych mieszkańców. Jedni przyjechali, aby zobaczyć jak wygląda, pozostawili adres dla rodziny, o ile się zgłosi i sami wracali do innych miast, gdzie zamieszkali w domach opuszczonych przez ludność niemiecką uciekającą przed wojskami rosyjskimi. Inni zatrzymywali się, prowizorycznie remontowali wypalone mieszkania i rozpoczynali pracę w swoich dawnych miejscach pracy, o ile istniały. Wkrótce wróciła żona pana Rybaka razem z synem, byli wywiezieni z Pruszkowa do Niemiec jeszcze tego dnia, co nas wysiedlono z Warszawy. Ze względu na dużą ciasnotę, w mieszkaniu dwuizbowym mieszkało nas 14 osób, my przenieśliśmy się do warsztatu. Mama nie podejmowała decyzji o remoncie mieszkania, ponieważ nie dopuszczała myśli o śmierci ojca i jeszcze czekała na powrót. Sama podjęła pracę w Starostwie Warszawa Wola w charakterze kasjerki. Ja od kwietnia 1945 roku rozpocząłem naukę w 2 klasie gimnazjum im. generała Sowińskiego przy ul. Młynarskiej 2. W marcu rozpoczęliśmy zajęcia w szkole od zwożenia ławek ze zburzonych szkół z całej Warszawy i porządkowania budynku szkolnego. W gimnazjum wznowiłem działalność w ZHP, a po wiecu 1-majowym na placu Teatralnym wstąpiłem do ZWM, koła przy dzielnicy Warszawa Wola na ulicy Bema 70.
     Wygląd naszego mieszkania zmieniał się każdego dnia, sprzątnęliśmy gruz z chodników i bramy wyjściowej, prowizorycznie naprawiono schody. W końcu maja odwiedziła nas, moja koleżanka ze szkoły podstawowej Hania Maciejewska, w czasie Powstania mieszkała na ul. Górczewskiej 15. Opowiedziała ona swoje przeżycia z dnia 5 sierpnia 1944 roku i powiedziała, że spotkała mego ojca w szopie fabryki, o której mówiła nam siostra Salomea. Podeszła do niego i zapytała o mnie, odpowiedział jej: "że nie wie, co jest z nami, ale jeżeli spotka się ze mną, to prosił ją, aby mi powiedział, gdzie go widziała". Ojciec koleżanki również tego dnia został rozstrzelany. Ona z matką, oraz młodszym bratem i siostrą zostały po odwołaniu egzekucji, wyprowadzone za Ulrychów i przebywały w jakimś dworze do wyzwolenia Warszawy. Dom ich został spalony, więc zamieszkali w maleńkim pokoiku na poddaszu na ul. Jasnej 17. Oświadczenie koleżanki oraz uroczystość żałobna, jaka dobyła się na miejscu masowej egzekucji w pierwszą rocznicę, to jest 5 sierpnia 1945 roku, jak również odsłonięcie tablicy pamiątkowej w holu Szpitala Wolskiego, oraz wręczenie mamie odznaczenia pośmiertnie przyznanemu ojcu, zachwiało nadzieję na powrót ojca. Mama otrzymała rentę po poległym ojcu, jako żołnierzu Powstania. W tej sytuacji rozpoczęliśmy przy pomocy sąsiadów i kolegów ojca remont mieszkania.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten