Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Kapicy


     W godzinach rannych dnia 8 sierpnia 1944 roku zespół naszych domów (ulicy Dworskiej 30 i 32) został otoczony przez żołnierzy SS i "własowców". Wymienieni, terroryzując ludność strzałami z pistoletów maszynowych i karabinów, polecili wyjście wszystkim mieszkańcom przed dom na ulicę. Zapowiedzieli, że po 5 minutach pozostających mieszkańców w domu rozstrzelają i dom spalą. Większość mieszkańców wyszła na ulicę Dworską, znikoma część uciekła na ulicę Kraszewskiego (uprzednio wybitym otworem ewakuacyjnym). Bardzo szybko sformowano kolumnę i popędzono nas ulicą Dworską w kierunku Gazowni. Ruszyliśmy w nieznane, chociaż dobrze znanymi ulicami. Eskorta składająca się z żołnierzy SS i "własowców" prowadziła nas szybkim krokiem ul. Dworską, a następnie skręciliśmy w Płocką. Mieszkańcy, którzy zdążyli zabrać jakąś walizkę, musieli ją rzucić. Osoba niosąca jakikolwiek bagaż w ręku, była szczególnie poganiana kolbami karabinów konwojującej nas eskorty. Po wejściu w ulicę Płocką, konwojenci zatrzymali kolumnę i kazali wystąpić ludności niemieckiej. Nikt nie wystąpił, chociaż była wśród nas rodzina niemiecka (ojciec jej przyjął volks-listę, zmienił zmienił nazwisko z Bekier na Becer. Synowie, Zdzisław i Wiesław chodzili do niemieckiej szkoły. Ojciec ich pracował w niemieckim szpitalu, zmarł jeszcze przed Powstaniem. W kolumnie szli razem z matką). Następnie zapytali o godzinę. Wszyscy, którzy spojrzeli na zegarki musieli je oddać. Po obrabowaniu ludzi z zegarków i kosztowności widocznych na ręku, popędzono nas dalej. Kolumna szła w milczeniu, które to przerwała moja mama słowami: "jeżeli będziemy przechodzili koło szpitala, próbujcie uciec do ojca". Słowa te wypowiedziała dosyć głośno, abyśmy wszyscy usłyszeli, tj. również brat i ciocia. Idąc przy nas sąsiadka (Chołaj lub Hołaj) powiedziała mamie: "Na szpital Wolski niech nie liczą, już 5 sierpnia wszystkich Niemcy rozstrzelali". Nie wiem, skąd miała tę wiadomość, wtedy nie uwierzyliśmy jej słowom. Wkrótce propozycja mamy okazała się nieaktualna. Wzdłuż ulicy Płockiej widać było gniazda karabinów maszynowych, ubezpieczające konwojentów. Kolumna skręciła w ulicę Wolską w kierunku Bema. Przy ulicy Syreny stało kilka czołgów i samochodów opancerzonych. Na wysokości kościoła św. Wojciecha Niemcy wyciągali z kolumny mężczyzn i roślejszą młodzież męską. Byłem niskiego wzrostu, dlatego pozostałem w kolumnie z mamą i ciocią, brata odłączono od nas. Za ulicą Sokołowską dołączyliśmy do innej kolumny matek z dziećmi wysiedlonych z innych ulic. Nie zatrzymując się nawet na krótki odpoczynek, szliśmy ulicą Bema do Prądzyńskiego na Dworzec Warszawa Zachodnia. Droga nasza oznaczona była różnymi drobnymi bagażami i trupami ludzkimi obu płci. Widok zniszczeń i leżących ciał wpływał bardzo przygnębiająco. Wydawało się, że jest to już ostatnia droga w naszym życiu. Zburzone lub wypalone domy uniemożliwiały zapamiętanie miejsca, przy którym leżały ciała zabitych. Spotykane trupy leżały przeważnie twarzą do ziemi, rzadko, które na boku. Położenie ich wskazywało, że zostali zastrzeleni w czasie marszu. Brak zapachu rozkładającego się ciała świadczył, że zginęli niedawno. Widok trupów, zniszczeń trudnych do opisania i strzały eskorty poganiającej kolumnę, bardzo wyczerpały ludzi. Do peronów Dworca doszliśmy bardzo zmęczeni i zrezygnowani z życia. Mało, kto miał jakikolwiek bagaż. Nasza rodzina była w tej dobrej sytuacji, że wszyscy mieliśmy chlebaki, kupione jeszcze przed rozpoczęciem wojny w 1939 roku. Z nimi nie rozstawaliśmy się od pierwszego dnia Powstania. W swoim chlebaku miałem: suchary, butelkę z herbatą, bandaż z gazą, koszulkę i spodenki gimnastyczne, ściereczkę, kawałek mydła, latarkę, świecę, pudełko zapałek, oraz małą fiolkę po zapachu do ciasta wypełnioną cyjankiem potasu. Na peronach Dworca gromadziło się coraz więcej ludzi, stawało się bardzo tłoczno. Po dosyć długim oczekiwaniu podstawiono pociąg elektryczny. Szybko załadowano nas do wagonów pociągu, który ruszył w kierunku zachodnim. Już od stacji Włochy widzieliśmy ludzi stojących wzdłuż torów kolejowych. Widok spokojnie stojących ludzi i przyglądających się jadącemu z nami pociągowi, pobudzał chęć życia. Mama szybko otrząsnęła się z przygnębienia i powiedziała do nas: "Skoro tu ludzie mogą spokojnie poruszać się, to przy najbliższej okazji starajcie się uciec". Pociąg jechał z tak dużą prędkością, że z trudem można było odczytać nazwy mijanych miejscowości. W chwilę po przejechaniu stacji Piastów, pociąg zaczął gwałtownie hamować.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten