Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Kapicy


Zatrzymał się na przejeździe przy bramie wjazdowej na teren warsztatów kolejowych w Pruszkowie. Nim zdążyliśmy zorientować się, w jakim miejscu stanęliśmy, pociąg był już otoczony kordonem żandarmerii. Otworzono drzwi i kazano opuszczać nam wagony. Wychodzenie z wagonów nie było łatwe, szczególnie dla osób starszych i matek z dziećmi na ręku. Trudność w wychodzeniu, a raczej zeskakiwaniu z wagonów polegała na dużej wysokości podłogi wagonu od terenu, na którym wyładowywano ludzi. Otoczeni żandarmerią wchodziliśmy na teren warsztatów. Obserwowało nas wielu mieszkańców Pruszkowa stojących za szczelnym kordonem żandarmerii z psami. Jakakolwiek ucieczka była niemożliwa. Po przejściu bramy, szliśmy wzdłuż torów do dużej pustej hali. W hali były nieprzykryte kanały między torami kolejowymi. Tutaj, po kilku godzinach wędrówki mogliśmy usiąść na betonowej podłodze. Otworzyliśmy nasze chlebaki, niewielki zapas sucharów i herbaty szybko wyczerpał się. Sami prawie nie jedliśmy, rozdzieliliśmy między małe dzieci sąsiadek, które niosąc maluchy na rękach nie miały nawet najdrobniejszych przedmiotów pierwszej potrzeby. Warunki pobytu były bardzo prymitywne. Część ludzi siedziała, słabsi leżeli na gołym betonie. Tylko nielicznym udało się znaleźć kawałek deski zastępującej krzesło i łóżko. Toalety w końcu hali zapełnione były kałem, utrudniającym dojście do kranu z wodą. Mocz wypływał poza pomieszczenia toalet na halę. Po pojedynczo rzuconych cegłach z trudem można było dotrzeć do kranu z wodą. Butelki po herbacie okazały się bardzo potrzebnym naczyniem. Hala coraz szybciej wypełniała się ludźmi. Po południu rozeszła się wiadomość o otwarciu punktu żywienia, podobno wydają jakąś zupę dla małych dzieci w zachodniej części hali. Zbliżyliśmy się tam, lecz po krótkiej rozmowie mamy z jedną z pań z PCK, odeszliśmy w drugi, wschodni koniec hali. Za nami poszło jeszcze kilka matek z małymi dziećmi z naszego domu. Wkrótce Niemcy otworzyli lewe wrota hali, rozpoczęło się wypędzanie ludzi i ładowanie do podstawionych krytych wagonów towarowych. My cofaliśmy się, aż znaleźliśmy się w pobliżu toalet. Po załadowaniu transportu i zamknięciu wrót, bardzo mało ludzi pozostało w hali. Razem z nami pozostało tylko parę sąsiadek, między innymi pani Markowska i pani Klawińska z dwojgiem małych dzieci. Wtedy to znaleźliśmy drewniany blat od warsztatowego stołu, co było wielkim osiągnięciem. Mogliśmy już uniknąć siedzenia na gołym betonie. Mama powiedziała w ścisłej tajemnicy do pozostałych z nami sąsiadek, że nie powinny wychodzić z hali, ponieważ jutro mają wypuścić matki z małymi dziećmi, to może będzie można wyjść również ze starszymi. Jednym z warunków uniknięcia wywiezienia było między innymi przebywanie w pobliżu toalet, ponieważ Niemcy w obawie przed epidemią nie zbliżali się do nich. W niedługim czasie hala zapełniła się nowymi ludźmi i przed wieczorem powtórzył się cykl ładowania transportu. Naszej małej grupie udało się doczekać nocy. Bardzo zmęczone maluchy zasnęły na blacie od stołu, starsze dzieci z matkami zasypiały na gołym betonie. W nocy obudziły mnie głosy, że do następnej hali przywieziono mężczyzn. Mama z jedną z sąsiadek postanowiła przedostać się tam przez toaletę, aby dowiedzieć się, czy są tam mężczyźni z naszego domu. Ja z ciocią pozostałem pilnować śpiące maluchy. Po jakimś czasie wróciły, potwierdziły przywiezienie mężczyzn, ale nikogo ze znajomych nie spotkały. Po ponownym uśnięciu obudziła mnie rozmowa mamy z ciocią i sąsiadką. Mama bardzo zdenerwowana, czegoś szukała. Po jakimś czasie bezskutecznego szukania, przyznała się, że zgubiła swoją fiolkę z cyjankiem potasu. Ciocia chcąc uspokoić mamę powiedziała, że podzieli się z mamą swoją, ponieważ zawartość jednej fiolki wystarczy nawet dla kilku osób. Pani Markowska dodała: "Niech się Pani nie martwi, to jest dobry znak, fiolka nie będzie potrzebna, ucieczka powiedzie się". Mama nie dawała za wygraną i jeszcze trochę poszukała, ale nie znalazła. Rano obudził nas wielki hałas wychodzących ludzi do nowo ładowanego transportu. W naszej grupie pozostała tylko pani Klawińska z dziećmi. Około godziny 10.00 przeszła koło nas pani z PCK, z którą mama rozmawiała w dniu wczorajszym i coś cicho powiedziała mamie. Po jej oddaleniu się mama powiedziała do pani Klawińskiej, że jest nadzieja na wydostanie się na wolność. W tym celu musimy jak najszybciej przejść do prawych drzwi po zachodniej stronie hali, ponieważ mają wypuszczać matki z małymi dziećmi. Szybko zdecydowaliśmy się na skorzystanie z nadarzającej się okazji i zaczęliśmy przesuwanie się między ludźmi w kierunku wyjścia zachodniego. Byliśmy już bardzo blisko drzwi, kiedy otworzono jedno skrzydło wrót i polecono wychodzić matkom z dziećmi małymi. Przed wyjściem w asyście kilku żołnierzy SS stał oficer w towarzystwie pani z PCK. Wokół wyjścia wytworzył się duży tłok. Niemcy nie wszystkich wypuszczali. Z naszej grupki pierwsza wyszła sąsiadka z dzieckiem na ręku, za nią jej starszy syn z ciocią, a następnie ja z mamą. Nas chciano wrócić, ale na prośbę pani z PCK przepuszczono. Wyszliśmy z hali po około 20 godzinach przebywania w bardzo ciężkiej atmosferze. Nastrój bardzo się poprawił na widok promieni słońca i możliwości oddychania świeżym powietrzem. Byliśmy zmęczeni, głodni, ale szczęśliwi z pokonania pierwszego etapu do odzyskania wolności. Nawet mały synek sąsiadki nie płakał i nie upominał się o jedzenie. Trudno jest teraz przypuszczać, czy spokojny był z braku siły, czy też zrozumiał, w jakiej jesteśmy sytuacji. Wychodzących z hali ustawiano w kolumnę. Dosyć duża grupa wypuszczonych matek z dziećmi, w której byliśmy razem z sąsiadką skierowana została w kierunku zachodnim. Idąc krętymi przejściami, często zatrzymywani, doszliśmy do szerokiej drogi, którą zamykała duża metalowa brama. Kolumnę zatrzymano w odległości około 20 m przed bramą strzeżoną przez kilku żołnierzy SS z pistoletami maszynowymi. Z lewej strony drogi widoczne były tory kolejowe, na których stało kilka wagonów towarowych. Mama poleciła nam powoli przesuwać się do czoła kolumny, aby znaleźć się jak najbliżej bramy. Manewr taki wykonywało również jeszcze kilka innych kobiet, co spowodowało znaczne zbliżenie się kolumny do bramy. Esesmani zaczęli strzelać, to troszeczkę cofnęło kolumnę, jednak odległość od bramy była już minimalna. Nastrój oczekiwania bardzo pogorszył się i wzrosło zdenerwowanie od chwili rozszerzającej się wieści, że czekamy na przyjazd jakichś Niemców. Mają oni dokonać selekcji, po której część dzieci będzie oddzielona od matek, a reszta wysłana do specjalnego obozu. Wiadomość ta miała pochodzić od kogoś, kto dobrze znał język niemiecki i podsłuchał rozmowę konwojujących nas esesmanów. Po tej wiadomości mama poleciła mi, cioci i sąsiadce trzymać się blisko bramy i pilnie obserwować ją, aby z chwilą jej otworzenia natychmiast uciekać. Czekaliśmy dosyć długo, aż po sygnale samochodu esesmani otworzyli jedną połówkę bramy. Ledwie zdążył samochód osobowy przejechać bramę, czołówka kolumny rzuciła się do ucieczki. Niemcy zaczęli strzelać, lecz nie wiedziałem, aby ktoś z biegnących przed nami zatrzymał się.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten