Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Kapicy


15 lutego jechaliśmy już pociągiem towarowym do Warszawy. Z nami jechali znajomi z Warszawy, zapoznani w Radomsku, państwo Jarzębscy. Wiedzieli już, że na ulicy Ludwiki ocalały domy i mieszkają tam ich kuzyni. Pociąg towarowy jechał około 10 godzin i dowiózł nas tylko do Szczęśliwic. Było już późno, zupełnie ciemno, kiedy doszliśmy pieszo do ulicy Ludwiki. W wielu oknach widać było światło świec lub lamp naftowych. Na ulicy pustki, szli tylko ci ludzie, co szli z nami z pociągu. Chcieliśmy iść do naszego domu na Dworską, ale za namową sąsiadów, aby po nocy nie ryzykować, ponieważ nie wiemy, w jakim stanie jest ulica i budynek. Mogły być miny, jak również nie wiadomo, kogo spotkamy po drodze, co się może przydarzyć. W tej sytuacji skorzystaliśmy z zaproszenia znajomych i przenocowaliśmy u ich kuzynów na ulicy Ludwiki. Na drugi dzień bardzo wcześnie rano, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy bez bagażu zobaczyć nasze mieszkanie, które opuściliśmy przed sześcioma miesiącami. Szliśmy ulicą Bema i Dworską, widok tych ulic był przykry i przygnębiający. W okolicy ulicy Płockiej, Seweryna Krzyżanowskiego, Brylowskiej i Skierniewickiej było dużo wypalonych domów, chociaż w dniu wyjścia z Warszawy, to jest 8 sierpnia 1944 roku, nie było w tej części dzielnicy ani jednego zniszczonego domu. Budynki domów przy ulicy Dworskiej 32 i nasz 30 reprezentowały ściany wypalonych wnętrz. Opadły gruz zatrzymał się na sklepieniu murowanych piwnic. Zalegał on również część chodnika i sięgał do połowy wysokości okien wystawowych sklepów. Brama zasypana była na wąskim odcinku gruzem, który przedostał się przez wypalone drzwi klatek schodowych. Sklepienie murowane było całe. Przeszliśmy przez wypalone okna wystaw, po gruzie wypalonego budynku na podwórko. Przejście to wybraliśmy ze względu na duży napis "Sprawdzono, min nie ma". Wnętrze wypalonego frontowego budynku wyglądało jak okopcony komin z otworami. Na niektórych otworach okiennych widoczne były blachy parapetów, kołysane przez podmuch wiatru. Obie oficyny w podwórku były wypalone, tyle, że sufity nie zapadły się, były wykonane z cegły i szyn stalowych. Budynek naszego warsztatu rozdzielający posesje między numerem 30 a 32 był cały, niezniszczony. Nie wytrzymaliśmy, łzy stanęły w oczach, weszliśmy do środka pomieszczeń, były puste. Maszyny z całym wyposażeniem zostały wywiezione, na placyku pozostało tylko trochę metalowego złomu. Niechcący poruszyliśmy jakimś metalem powodując hałas. Wtedy otworzył się lufcik w oknie na pierwszym piętrze prawej oficyny i ukazał się głowa pana Kazimierza Rybaka. W pierwszej chwili nie poznał nas i zaspanym głosem krzyknął: "Czego szukacie, uciekajcie stąd". Wtedy to zauważyliśmy, że w całej wypalonej bryle prawej oficyny, widoczne są dwa całe okna jednego mieszkania państwa Rybak. W pierwszym momencie po wejściu na podwórko nie zauważyliśmy tych całych okien, być może, dlatego, że bardziej zainteresowani byliśmy stanem naszego mieszkania w lewej oficynie. Niezniszczony budynek warsztatu zaabsorbował nas najbardziej. Weszliśmy do klatki schodowej, schody, chociaż drewniane, nie były spalone w całości, można było wejść na pierwsze piętro. Korytarze parteru wypalone były zupełnie i opadł tynk, na pierwszym piętrze podłoga korytarza była wypalona kawałkami. Dwa mieszkania sąsiadujące z mieszkaniem pana Rybaka były wypalone. Mieszkanie w środku jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności było tylko okopcone. Z okien nawet szyby nie wypadły. Wyglądało jakby w ogóle nie było w środku wypalonej kamienicy. Mieszkanie to dało początek życia wypalonym murom. Pan Rybak był sam, o rodzinie nic nie wiedział. Będąc pracownikiem Gazowni, udało mu się w czasie Powstania długi czas przebywać na jej terenie, a następnie przebywał w pobliżu Warszawy. Do domu powrócił zaraz po wyzwoleniu, zamieszkał w swoim mieszkaniu i rozpoczął pracę jako jeden z pierwszych pracowników przy porządkowaniu Gazowni na ulicy Dworskiej 25.        
     Zaproponował nam, zatrzymanie się u niego do czasu prowizorycznego wyremontowania wypalonego mieszkania. Z zaproszenia skorzystaliśmy. Przynieśliśmy swoje bagaże z ulicy Ludwiki i zamieszkaliśmy razem z panem Rybakiem. Na ulicach w ciągu dnia ruch był z każdym dniem większy, coraz więcej ludzi wracało do zniszczonych domów.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten