Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Cecylii Krajewskiej


foto

  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Cecylia Krajewska, 14 lat
W okresie okupacji i Powstania Warszawskiego mieszkała przy placu Krasińskich.
E. 117

 

     Warunki nasze stawały się coraz cięższe, wieści coraz groźniejsze, Stare Miasto zburzone i spalone. Kiedy zawalił się dom w podwórku i zasypał nam główne wyjście z piwnicy, zdaliśmy sobie sprawę, że długo nie uda nam się tu pozostać. Niemcy przez głośniki nawoływali Polaków do opuszczenia domów, grożąc całkowitym wyniszczeniem. Chorym obiecywali pomoc lekarską, zdrowym pracę. Po krótkiej naradzie część mieszkańców zdecydowała opuścić piwnicę nazajutrz. Wprawdzie nikt nie wierzył obietnicom, pragnęliśmy jednak jak najszybciej wydostać się spod bomb.
     Dzień zapowiadał się upalnie. Ubrane byłyśmy lekko. Skromny zapas żywności, dwa koce i trochę osobistych rzeczy stanowiły cały nasz bagaż. Zgodnie z nakazem Niemców skierowaliśmy się w kierunku Wisły. Szliśmy przez gruzy przerażeni ogromem zniszczeń. Sterczące resztki murów i wiszące osmolone belki groziły zawaleniem.
     Ze wszystkich piwnic wychodzili ludzie i stopniowo tworzył się długi wąż. Nad Wisłą stały już tłumy uciekinierów takich jak my. Pilnujący nas Ukraińcy w niemieckich mundurach buszowali między ludźmi, ściągając im z rąk zegarki i pierścionki. Wybierali sobie dziewczyny i ciągnęli je w gruzy.
     Nasza matka, widząc, co się dzieje, zawiązała nam chustki na głowy, naciągnęła je głęboko na czoło i kazała przykucnąć na ziemi. Po jakimś czasie musieliśmy ustawić się w szeregi i już pod eskortą żołnierzy ruszyliśmy przez wymarłe ulice straszące wypalonymi domami. Szliśmy dosyć szybko, a byli wśród nas chorzy, starcy i dzieci. Byłam świadkiem jak chora kobieta została w tyle, a towarzysząca jej córka poszła dalej. Nie wiem, którędy nas prowadzono, ale wkrótce znaleźliśmy się w miejscu, gdzie było dużo zielonej trawy i tam zrobiono pierwszy postój. Rozłożyłyśmy koc, aby odpocząć po męczącym marszu, za nami zostały nasze spalone domy i strach przed bombami. Jeżeli dobrze pamiętam, jadłyśmy jakiś gliniasty chleb posypany cukrem. Wkrótce kazano nam iść i znów w szeregach znaleźliśmy się na peronie nieznanego mi dworca. Stąd podmiejskim pociągiem, który wydał mi się wtedy wyjątkowo czysty i luksusowy zawieziono nas do Pruszkowa.
     Niemcy zgrupowali nas za parkanem, gdzie stały duże budynki, chyba hale fabryczne. Było w nich pełno ludzi. Na całej podłodze leżały rozłożone koce lub części garderoby. Dla nas miejsca zabrakło. Zresztą nie tylko dla nas. Tę noc spędziłyśmy pod gołym niebem. Zrobiłyśmy z piachu wzgórek pod głowę i na kocu, drugim przykrywając się, przetrwałyśmy do rana. Dobrze, że noc była ciepła i było nas cztery. Jedna grzała drugą. Na drugi dzień część ludzi wywieziono i znalazło się dla nas miejsce w hali. W południe rozwożono na wózku zupę, kto miał siłę i dopchał się do niego, ten jadł. Codziennie odchodziły transporty z ludźmi. Trzeciego dnia i na nas nadeszła kolej. Dochodziły pogłoski, że rozdzielają rodziny. Matka podzieliła całą naszą żywność, dając każdej osobne zawiniątko. Na szyi zawiesiła nam płócienne woreczki z personaliami. Kiedy ustawione w szeregi dochodziłyśmy do Niemca, który jednym ruchem lub słowem decydował o rozłące, matka gwałtowanie zgarnęła nas do siebie. Nie znając niemieckiego, nagle zwracając się do Niemca powiedziała błagalnie: "Meine Tochter". Pchnął nas wszystkie w jedną stronę. Byłyśmy uratowane. Wsadzili nas do wagonów towarowych, nie wiem, po ile osób, ale wszyscy staliśmy ściśnięci. Zadrutowali wejście i pociąg ruszył. Od czasu do czasu, kiedy zatrzymywał się pozwolono wysiąść za swoją potrzebą, nie można było jednak oddalać się od torów. Uzbrojeni Niemcy stali nad głową. Na stacji Skierniewice jakieś kobiety, chyba z Czerwonego Krzyża roznosiły kawę, ale była jej znikoma ilość. Podałyśmy im kartkę dla rodziny mieszkającej w pobliżu, że prawdopodobnie wiozą nas do Niemiec. W wagonie było ciemno, duszno i ciasno. Nie było możliwości zorientowania się w trasie. Przez małe szpary usiłowano wyglądać, ale wkrótce zapadł zmrok i jechaliśmy w niewiadome. Każdy przykucnął jak mógł, moja matka z wypiekami na twarzy siedziała oparta o ścianę, prawdopodobnie miała gorączkę. O świcie jak pociąg zaczął zmniejszać szybkość, aż wreszcie stanął, kto mógł przecisnął się do szpar. Wkrótce usłyszeliśmy odgłos odsuwanych drzwi, głosy Niemców i wiedzieliśmy, że jesteśmy na miejscu. To co mnie uderzyło, to była cisza letniego poranka. Kolorowe domki z zamkniętymi okiennicami, wszyscy widocznie jeszcze spali. Oprócz nas formujących się w szeregi i naszych dozorców nie było widać nikogo. Wokół było zielono, czysto i cicho. Chociaż nie widziałam jeszcze, co z nami będzie, było mi na razie dobrze. Byliśmy we Frankfurcie, do obozu było niedaleko. Wprowadzono nas przez bramę i rozlokowano w jednym z wielu baraków. Stały w nim piętrowe prycze dosyć blisko do siebie przysunięte. Po pierwszej przespanej tu nocy znalazłyśmy u siebie wszy. Po kilku dniach nasze ubranie poddano dezynfekcji. Grupami wprowadzono nas do specjalnego baraku, gdzie wszystkie stare i młode musiałyśmy rozebrać się do naga w obecności żołnierzy. To wspólne odwszenie niestety nic nie pomogło, robactwa było coraz więcej. Wkrótce zostaliśmy zarejestrowani. Każdy dostał łańcuszek z okrągłą blaszką, na której wybity był kolejny numer. Obowiązani byliśmy nosić go na szyi w dzień i w nocy. Po głodnych dniach w Pruszkowie, zupy, jakie nam dawali bardzo mi smakowały, wydaje mi się nawet, że czasami wyciągałam z nich małe kawałki mięsa. Musiało być jednak za mało jedzenia, skoro wiele ludzi robiło paleniska ze znalezionych cegieł lub kamieni i gotowało. Moja matka również piekła jakieś placki. W niedługim czasie rozeszła się pogłoska, że będą nas stąd wywozić. Sprowadzili nas do baraku, gdzie urzędowali Niemcy, aby zrobić fotografię do dokumentów. Do zdjęć zawieszali nam na szyję dużą, prostokątną tablicę z numerem, jakim byliśmy oznaczeni. Nosiłam numer 1215.
     Następnie na kartach pracy robili odciski naszego lewego i prawego wskazującego palca. Szykowali nam skierowania do pracy i w związku z tym pytali o zawód. Matka niepracująca nigdy zawodowo podała, że chcemy pracować na roli. Uważała, że na wsi będziemy miały co jeść i nie będziemy narażone na bomby.
     Wkrótce z dużą grupą ludzi zostałyśmy wywiezione do Prenzlau. Zakwaterowali nas za miastem w dużej kawiarni znajdującej się w miejscu zalesionym bardzo wysokimi drzewami. Część stolików stała na wolnym powietrzu i tam dostałyśmy białą kawę i bułki. Przez moment czułam się jak na letnisku. Noc przespałyśmy na podłodze ogromnej sali, przylegającej do kawiarni. Nazajutrz rano dostaliśmy znów swoją porcję kawy z bułkami.
     W ciągu dnia przyjechało wielu bauerów, którzy przyglądając się uważnie, wybierali sobie ludzi do pracy. Przede wszystkim odeszli mężczyźni. Każdy omijał nas z daleka. Nasz mizerny wygląd nie dawał gwarancji dobrej roboty w polu. Nikt nie chciał ryzykować, zwłaszcza, że musiał jeszcze zapłacić za nas pewną sumę marek. Następnego dnia odjechała reszta, trzecią noc przespałyśmy same. Polacy pracujący w tym mieście przychodzili do nas z chlebem i jak długo mogli rozmawiali z nami przed domem. Po nas nikt nie przyjeżdżał. Wreszcie jakiś zapóźniony bauer musiał nas "kupić", bo innego "towaru" już nie było. Zabierając swoje węzełki wsiadłyśmy na furę. Już w chwilę później Niemiec pytał: "Czy to ostatni bandyci z Warszawy?". Najstarsza siostra gwałtownie zareagowała: "Nie bandyci, ale Polacy". Wieś nazywała się Grenz.
     Już zmierzch zapadał jak zajechaliśmy na podwórko naszego gospodarza. Zabudowań było sporo. Bauer, który jak się później okazało, był administratorem tego majątku, mieszkał razem z żoną i córką we frontowym murowanym budynku. Obok w niedużym domku dwie Niemki i dziecko. Poza naszym gospodarzem nie było tutaj żadnego Niemca, wszyscy byli na wojnie. Ale pracowało sporo Polaków mężczyzn i kobiet, którzy przyjechali na ochotnika do Niemiec już w pierwszym roku wojny albo później. Mieszkali w małych drewnianych lub murowanych domkach. Mieli wygodne łóżka i wysokie pierzyny, w oknach stały kwiaty. Byli to przeważnie ludzie młodzi. Rodziły się też dzieci. Właśnie przed naszym przyjazdem młoda kobieta została matką i z racji tego zostawiono ją w domu, aby gotowała obiady dla wszystkich. Do niej właśnie zaprowadził nas gospodarz. Podała nam trochę zimnych kartofli z maślanką. Nikt z Polaków, którzy z daleka przyglądali się nam, nie okazał większego zainteresowania naszym przyjazdem. Ten obojętny stosunek do nas utrzymywał się u większości przez cały czas. Poszłyśmy za gospodarzem do "naszej" chaty. Był to dwuizbowy, murowany domek, przylegający chyba do obornika, bo całe otoczenie zarzucone było górami nawozu. W każdej izbie stały dwie prycze zbite z nieheblowanych desek i na każdej leżał gruby, szorstki siennik wypchany słomą.
     Do naszych kocy dołożono nam jeszcze dwa i tak zaopatrzone w "pościel" rozłożyłyśmy się każda osobno na swoim łóżku. W nocy zaczęło dokuczać nam zimno, wytrwałyśmy jednak do rana. Pierwszy dzień dostałyśmy wolny na wypranie bielizny i urządzenie się w domu. Rano okazało się, że nasze mieszkanie służyło niegdyś do przechowywania sztucznych nawozów. Ceglane ściany z podłogą również z czerwonych cegieł pokryte były białym nalotem. Przede wszystkim zrezygnowałyśmy z luksusu spania osobno i w ogóle z zajęcia dwóch izb, zwłaszcza, że w pierwszej brakowało w oknie szyby. W drugiej zsunęłyśmy ze sobą dwa łóżka, w ten sposób mogłyśmy przykrywać się dwoma kocami. Dali nam dwufajerkową kuchenkę, brak jednej nogi uzupełniłyśmy odpowiednio ułożonymi cegłami. W ciągu kilku następnych dni nasze gospodarstwo powiększyło się. Dostałyśmy niedużą szafę na ubranie również z nieheblowanych desek i stół, który przypadkowo miał wierzch z gładkich desek malowanych na biało. W późniejszym czasie służył nam też za stolnicę. Pierwszym naszym zajęciem było kopanie ziemniaków. Szło nam bardzo opornie. Polki, które z nami kopały robiły to szybko i sprawnie. Matka dwoiła się i troiła, aby dogonić je, pomagając jednocześnie nam.
     W czasie księżycowych nocy rąbała dla nas drzewo na opał. Chciała zrobić zapas, aby zdążyło wyschnąć zanim przyjdą mrozy. Kiedyś między cienkimi gałązkami przemyciła grubsze kawałki przeznaczone dla bauera. Jeden z Polaków zaraz mu o tym doniósł. To samo powtórzyło się przy wybieraniu większych ziemniaków na pyzy, mimo, że kartofle były bez ograniczenia. Dostawałyśmy też maślankę i od czasu do czasu trochę mleka. Poza tym inne artykuły były na kartki. Pochłaniały one w całości nasze skromne wynagrodzenie.
     Aby odróżnić się od Niemców musieliśmy mieć do ubrania przyszyty żółty kwadracik materiału obramowany na fioletowo, z fioletową literą "P" po środku.
     Najstarsza siostra nie była z nami długo. Nie chciała pracować w polu, zresztą dokuczało jej serce i po badaniu lekarskim bauer szybko załatwił jej nakaz do fabryki, w pobliskim mieście Prenzlau.
     W międzyczasie nawiązałyśmy kontakt z rodziną w Skierniewicach i poprzez nią dowiedziałyśmy się o losach naszych krewnych. Zaczęłyśmy korespondencję z ciotką, którą z Warszawy ze Śródmieścia wywieziono razem z córką do Berlina. Mijały miesiące, w czasie, których wykonywałyśmy coraz to nowe zajęcia.
     Wyrywając kiedyś buraki w drugim gospodarstwie, którym zarządzał sam właściciel, poznałyśmy tamtejszych Polaków. W nich znalazłyśmy przyjaznych sobie ludzi, którzy szli nam nieraz z pomocą. Oni też pożyczyli nam młynek, na którym mełłyśmy przynoszoną ukradkiem pszenicę na kaszę i mąkę. Dzięki temu nasze posiłki stały się bardziej urozmaicone. Zrezygnowałyśmy z jadania wspólnych obiadów składających się nieodmiennie z kartofli i maślanki. Matka była bardziej pomysłowa, gotowała różnego rodzaju kluski, a gdy miałyśmy kawałek mięsa na kartki, robiła dużo sosu i było prawdziwe święto. Gdy któregoś dnia po powrocie z pracy zastałyśmy w naszej izbie kurę (zapewne przefrunęła przez okno) zapragnęłyśmy, czym prędzej wsadzić ją do garnka. Nasze intensywne zabiegi skończyły się fiaskiem. Gdy poczuła się zagrożona, narobiła takiego hałasu, że z żalem otworzyłyśmy drzwi i wyrzuciły na dwór.
     W mieście było trudniej z wyżywieniem. Siostra przyjeżdżała czasami do nas. O ile to było możliwe, wracając zabierała jakiś prowiant ze sobą. Wkrótce poznała Włocha pracującego przymusowo w tym samym mieście. Zaczęli przyjeżdżać razem. Dużo opowiadał nam o swoim kraju, o błękitnym niebie, górach i tarasach pokrytych winoroślami. Opowiadania te sprawiły, że zapragnęłyśmy pojechać do Włoch zaraz po wyzwoleniu. Wydawały nam się rajem w porównaniu z naszą spaloną Warszawą. Myśli te rodził nastrój chwili, bo tak naprawdę czekałyśmy na powrót tylko do Warszawy.
     Wkrótce nadszedł grudzień i miałyśmy spędzać nasze pierwsze święta na obczyźnie. Na szafie stanęła maleńka choinka, ubrałyśmy ją w srebrne papierki (z folii metalowej), które zrzucały alianckie samoloty, podobno dla zagłuszenia podsłuchu. Z białego sznurka, który skręcony był z wielu włókien, a służył do wiązania snopków zrobiłyśmy włosy anielskie. Ale właśnie w Boże Narodzenie było najsmutniej. Wspominało się inne święta spędzone w kraju wśród swoich, kiedy nadzieja szybkiego zakończenia wojny wydawała się realna. Tu nie było nikogo, kto by nas podniósł na duchu. Kiedy zima była w pełni i mniej roboty w polu, mnie jako najmłodszą zostawiano niekiedy w domu. Sprzątałam nasze mieszkanie, przygotowywałam gorący posiłek i w wolnych chwilach usiłowałam nauczyć polską dziewczynkę czytania po polsku. W te zimowe dnie wysyłano mnie czasem do przesypywania ziarna, aby nie zapleśniało. Stamtąd właśnie przynosiłam pełne kieszenie pszenicy. Tam też objadałam się wytłokami z cukrowych buraków. Na początku nawet mi smakowały.
     Któregoś mżystego ranka na wiosnę bauer długo mi objaśniał moje nowe zajęcie. Z jego łamanej polszczyzny nie mogłam nic zrozumieć i musiałam prosić o pomoc jednego z Polaków znającego język niemiecki. Okazało się, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, że mam być strachem na wróble. Bauer nawet "zatroszczył" się, abym nie zmokła i kazał włożyć na głowę odpowiednio złożony worek. Miałam obchodzić dwa pola oddalone od siebie łąkami. Byłam tym zdruzgotana, coś takiego nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Wszyscy pracowali, a ja musiałam przez całe dnie odganiać natrętne ptaki. Świeża ziemia przyklejała się do moich sabotów i co chwila stukałam jednym o drugi, aby móc iść dalej. Obchodziłam pole wokoło jak więzień na spacerze, od czasu do czasu przechodziłam na drugie. Godziny wlokły się, a wraz z nimi wzrastał mój bunt. Najpierw cicho, a potem coraz głośniej wykrzykiwałam swoją złość. Stopniowo szukałam rymu i to, co z tego wyszło, zapamiętałam do dzisiaj.
     Moje nowe zajęcie skończyło się wielką awanturą. Zniszczyłam kawał pola wydeptując twardą ścieżkę. Mogłam znów powrócić do ludzi.
     Wkrótce zaczęły dochodzić nas wiadomości, że zbliża się front. Nie pamiętam, czy wiedziałyśmy o wyzwoleniu Warszawy, bo nie przypominam sobie radości, jaką powinna ta wiadomość wywołać. Czasami pojawiały się na niebie samoloty, ale były zbyt wysoko, aby je rozróżnić. Potem zaczęły latać niżej i byliśmy już pewni, że to nie niemieckie. Bauer kazał nam kopać rowy przeciwlotnicze. Kilka takich wykopów w kształcie litery L znalazło się w obrębie naszego gospodarstwa. Samoloty latały już tak nisko, że z łatwością widziałyśmy żołnierzy z wycelowaną w naszym kierunku lufą karabinową. Raz nawet zostałyśmy ostrzelane. Następnym razem nie byłyśmy tak ufne i zawczasu wskakiwałyśmy do rowu. Przecież z góry nie widać naszej małej literki P. W naszej wsi zaczęli pojawiać się niemieccy uciekinierzy. Na furach okrytych plandeką opartą na okrągłych prętach, wieźli swój dobytek. Przy niektórych szły uwiązane krowy. Na innych drobny, żywy inwentarz. Niekiedy z Niemcami jechali ich polscy lub innej narodowości robotnicy.
     Dużo Polaków szło na własną rękę. Od nich dowiedzieliśmy się, że front już blisko i lada dzień możemy być wolni. Coraz mniej interesowano się nami. Niemcy z naszej wsi również zaczęli się pakować. Wyciągano wozy i przygotowywano je do drogi. Bauer dał nam nasze książki i karty pracy i kazał iść do miasta Prenlau, gdzie mieli nas wszystkich rzekomo zatrudnić. Niemcy uciekali na zachód, a nam podali kierunek wschodni.
     Zabrałyśmy nasze węzełki, kładąc przede wszystkim nacisk na zapasy jedzenia. Chyba nie wszyscy Polacy z naszego gospodarstwa wyruszyli tego samego dnia.
     Trzymałyśmy się razem z trzyosobową rodziną z Warszawy. Stopniowo grupa powiększała się o nowych ludzi, razem z nimi wyszliśmy na szosę. Na noc zatrzymywaliśmy się w stodole opuszczonego gospodarstwa. Ktoś zabił cielaka, inni zajęli się jego oprawianiem i ugotowaniem. Późno w nocy dostałyśmy po kawale mięsa. Wydało mi się bardzo niesmaczne. Rankiem wyruszyliśmy dalej. Nasz bagaż wiozłyśmy teraz na porzuconym przez Niemców wózku podobnym do furki. Miasto okazało się spalone. Zdezorientowani ludzie kręcili się po ulicach.
     O pracy nie było mowy, odszukanie siostry w takich warunkach również było niemożliwe. Nie chciałyśmy oddalać się od grupy. Samoloty nie dawały nam spokoju, coraz częściej musieliśmy chronić się w przydrożnych rowach. Czasami tak długo tam siedzieliśmy, że zapominałam, co nam grozi i wyczerpująco opowiadałam koleżance treść oglądanych filmów. Wreszcie dorośli zadecydowali, że musimy jak najdalej odejść od szosy. Gdy ukazała się wieś wyszliśmy w pole. Jakby tylko na tę chwilę czekały samoloty. Rzuciliśmy się wszyscy na ziemię, a kule posypały się wokół nas. Szczęśliwie nikt nie został trafiony. Wieś robiła wrażenie umarłej. Weszliśmy do pierwszego z brzegu domu, drzwi były otwarte. Dom murowany, schludny, wieloizbowy. W oszklonych szafach dużo książek. Byliśmy głodni. Moja matka znalazła zapas mąki i zrobiła dużo makaronu. Na jakimś mięsie, którego pochodzenia nie pamiętam, ugotowała pyszny rosół. Syci i zadowoleni siedzieliśmy w kuchni, rozmawiając o świeżo utworzonej sytuacji. Jednak błędem było palenie pod kuchnią w takiej chwili. Dym unoszący się z komina ściągnął na nas dwóch uzbrojonych niemieckich żołnierzy. Ich twarze nie wróżyły nic dobrego. Bardzo wystraszeni poczęstowaliśmy ich obiadem i zagadywaliśmy, chcąc wywnioskować, co z nami zrobią. Obiad zjedli, ale cały czas patrzyli spode łba, trzymając broń w pogotowiu. Nagle coś potężnie walnęło w nasz dom i Niemcy natychmiast wyskoczyli z kuchni. W panice zbiegliśmy do piwnicy. Była niewielka. Na ścianach wisiały półki zastawione słoikami z czymś w środku. Z daleka dochodziły odgłosy wybuchów artyleryjskich. Gdy zapadł zmierzch, któryś z mężczyzn wyszedł na podwórko, aby zbadać sytuację. Stwierdził, że pociski z obu stron mijają się wysoko i nie nam już one nie grożą. Wyszliśmy na górę. Ja z siostrą położyłam się w niedużym pokoju na kozetce. Inni też poszli spać. Niewielu czuwało. Gwałtowne szarpnięcie za ramię wyrwało mnie ze snu. W pokoju było ciemno, ktoś powiedział, że jesteśmy już wolni. Usłyszałam język rosyjski i wybiegłam na korytarz. Mój żołądek odzwyczajony od dużej ilości jedzenia zareagował gwałtownie i dostałam torsji. To był mój dzień, a właściwie noc wyzwolenia.
     Rano w wiosce zaroiło się od wojska. Musieliśmy opuścić dom, bo mieli tu zakładać radiostację. Żołnierze odwieźli nas swoim samochodem na tyły frontu. Byliśmy wolni, ale zdani tylko na siebie. Oni musieli iść dalej na zachód.
     Na szosie było teraz bardzo ciasno. Ruch stał się dwukierunkowy, w jedną stronę szło wojsko, w drugą cywile. Na razie szliśmy pieszo, ale wkrótce jedyny mężczyzna, jaki szedł z nami zaprzągł luźno chodzącego konia do fury stojącej w pobliskiej zagrodzie. Takich koni pasło się na łące więcej. W pobliżu ryczały nie dojone od kilku dni krowy. W rynsztokach maciory zjadały swe małe prosiaczki. Wszystkie gospodarstwa były opuszczone. W niektórych odpoczywało wojsko radzieckie. Czasami na postojach uprzątałyśmy, na prośbę żołnierzy, kwaterę dla nich. Jeden z nich zabił dla nas prosiaka i miałyśmy teraz duży zapas słoniny.
     Jechaliśmy wozem w szóstkę, mężczyzna z żoną i dzieckiem i my trzy. Na drogach robiło się coraz ciaśniej, wszyscy już chcieli jechać furami. Nocowaliśmy w opuszczonych domach. Nasze bagaże powiększyły się o zabraną z któregoś noclegu pościel, z innego zasłony na nowe sukienki i chyba o coś jeszcze.
     Gdzieś na skrzyżowaniu zrobił się taki korek, że staliśmy na szosie bardzo długo. Rodzina jadąca z nami zmieniła plany i odeszła gdzieś pieszo.
     Żadna z nas nigdy nie trzymała w ręku lejc. Siostra szybko podjęła decyzję i usiadła na koźle. Gwałtownie skręciła w bok za furami, które łąkami objeżdżały zator. Nasza dalsza wędrówka we trójkę nie była już tak bezpieczna jak przedtem. Czasami zaczepiali nas żołnierze wracający z frontu i idący na następny. Nie nocowałyśmy już w mieszkaniach, ale gdzieś w zabudowaniach gospodarskich lub po prostu na kupce słomy.
     Chciałyśmy być jak najszybciej w kraju, ale powrót opóźniła kilkudniowa choroba siostry. Niedługo ruszyłyśmy dalej. Dojechałyśmy do miasteczka Kreuz, zmienionego teraz na Krzyż. Za siedemdziesiąt złotych jakiś polski gospodarz kupił od nas konia i furę. Na stacji oczekiwałyśmy na pociąg. Jacyś ludzie, nie pamiętam cywile, czy żołnierze, sprawdzali wszystkim bagaże. Wkrótce pociąg nadjechał. Jechałyśmy do Polski z nadzieją zobaczenia bliskich i troską o starszą siostrę.
     Nasza powrotna droga prowadziła znowu przez Skierniewice. Wysiadłyśmy tam, aby odpocząć kilka dni u rodziny. Potem już tylko droga do Warszawy i spotkanie z ojcem, który przeżył powstanie na Pradze.
     Zamieszkałyśmy u niego w dwupokojowym mieszkaniu, w którym tylko jeden pokój nadawał się do użytku. Matka poprowadziła choremu stryjkowi sklep spożywczy znajdujący się naprzeciwko naszego domu. Niedługo wróciła z Niemiec starsza siostra razem ze swoim chłopcem Włochem, za którego wkrótce wyszła za mąż. Za jakiś czas przyjechała z Berlina ciotka z córką i zamieszkały z nami. Zrobiło się u nas ciasno, ale świadomość, że żyjemy w wolnej Polsce, mamy własny dach nad głową i co jeść, dawała nam nadzieję lepszego jutra.
     We wrześniu poszłam do szkoły. Przyjęto mnie do klasy II, ponieważ miałam ukończoną klasę I na tajnych kompletach tego samego gimnazjum im. Marii Skłodowskiej-Curie.

 Wstecz...


Karta pracy Cecylii Krajewskiej, Prenzlau 5 IX 1944, kopia, zb. MHW
Karta pracy Cecylii Krajewskiej, Prenzlau 5 IX 1944, [...]
Książeczka pracy Cecylii Krajewskiej, kopia, zb. MHW
Książeczka pracy Cecylii Krajewskiej, kopia, zb. [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten