Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Cecylii Krajewskiej


foto

Od czasu do czasu, kiedy zatrzymywał się pozwolono wysiąść za swoją potrzebą, nie można było jednak oddalać się od torów. Uzbrojeni Niemcy stali nad głową. Na stacji Skierniewice jakieś kobiety, chyba z Czerwonego Krzyża roznosiły kawę, ale była jej znikoma ilość. Podałyśmy im kartkę dla rodziny mieszkającej w pobliżu, że prawdopodobnie wiozą nas do Niemiec. W wagonie było ciemno, duszno i ciasno. Nie było możliwości zorientowania się w trasie. Przez małe szpary usiłowano wyglądać, ale wkrótce zapadł zmrok i jechaliśmy w niewiadome. Każdy przykucnął jak mógł, moja matka z wypiekami na twarzy siedziała oparta o ścianę, prawdopodobnie miała gorączkę. O świcie jak pociąg zaczął zmniejszać szybkość, aż wreszcie stanął, kto mógł przecisnął się do szpar. Wkrótce usłyszeliśmy odgłos odsuwanych drzwi, głosy Niemców i wiedzieliśmy, że jesteśmy na miejscu. To co mnie uderzyło, to była cisza letniego poranka. Kolorowe domki z zamkniętymi okiennicami, wszyscy widocznie jeszcze spali. Oprócz nas formujących się w szeregi i naszych dozorców nie było widać nikogo. Wokół było zielono, czysto i cicho. Chociaż nie widziałam jeszcze, co z nami będzie, było mi na razie dobrze. Byliśmy we Frankfurcie, do obozu było niedaleko. Wprowadzono nas przez bramę i rozlokowano w jednym z wielu baraków. Stały w nim piętrowe prycze dosyć blisko do siebie przysunięte. Po pierwszej przespanej tu nocy znalazłyśmy u siebie wszy. Po kilku dniach nasze ubranie poddano dezynfekcji. Grupami wprowadzono nas do specjalnego baraku, gdzie wszystkie stare i młode musiałyśmy rozebrać się do naga w obecności żołnierzy. To wspólne odwszenie niestety nic nie pomogło, robactwa było coraz więcej. Wkrótce zostaliśmy zarejestrowani. Każdy dostał łańcuszek z okrągłą blaszką, na której wybity był kolejny numer. Obowiązani byliśmy nosić go na szyi w dzień i w nocy. Po głodnych dniach w Pruszkowie, zupy, jakie nam dawali bardzo mi smakowały, wydaje mi się nawet, że czasami wyciągałam z nich małe kawałki mięsa. Musiało być jednak za mało jedzenia, skoro wiele ludzi robiło paleniska ze znalezionych cegieł lub kamieni i gotowało. Moja matka również piekła jakieś placki. W niedługim czasie rozeszła się pogłoska, że będą nas stąd wywozić. Sprowadzili nas do baraku, gdzie urzędowali Niemcy, aby zrobić fotografię do dokumentów. Do zdjęć zawieszali nam na szyję dużą, prostokątną tablicę z numerem, jakim byliśmy oznaczeni. Nosiłam numer 1215.
     Następnie na kartach pracy robili odciski naszego lewego i prawego wskazującego palca. Szykowali nam skierowania do pracy i w związku z tym pytali o zawód. Matka niepracująca nigdy zawodowo podała, że chcemy pracować na roli. Uważała, że na wsi będziemy miały co jeść i nie będziemy narażone na bomby.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten