Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Cecylii Krajewskiej


foto

     Wkrótce z dużą grupą ludzi zostałyśmy wywiezione do Prenzlau. Zakwaterowali nas za miastem w dużej kawiarni znajdującej się w miejscu zalesionym bardzo wysokimi drzewami. Część stolików stała na wolnym powietrzu i tam dostałyśmy białą kawę i bułki. Przez moment czułam się jak na letnisku. Noc przespałyśmy na podłodze ogromnej sali, przylegającej do kawiarni. Nazajutrz rano dostaliśmy znów swoją porcję kawy z bułkami.
     W ciągu dnia przyjechało wielu bauerów, którzy przyglądając się uważnie, wybierali sobie ludzi do pracy. Przede wszystkim odeszli mężczyźni. Każdy omijał nas z daleka. Nasz mizerny wygląd nie dawał gwarancji dobrej roboty w polu. Nikt nie chciał ryzykować, zwłaszcza, że musiał jeszcze zapłacić za nas pewną sumę marek. Następnego dnia odjechała reszta, trzecią noc przespałyśmy same. Polacy pracujący w tym mieście przychodzili do nas z chlebem i jak długo mogli rozmawiali z nami przed domem. Po nas nikt nie przyjeżdżał. Wreszcie jakiś zapóźniony bauer musiał nas "kupić", bo innego "towaru" już nie było. Zabierając swoje węzełki wsiadłyśmy na furę. Już w chwilę później Niemiec pytał: "Czy to ostatni bandyci z Warszawy?". Najstarsza siostra gwałtownie zareagowała: "Nie bandyci, ale Polacy". Wieś nazywała się Grenz.
     Już zmierzch zapadał jak zajechaliśmy na podwórko naszego gospodarza. Zabudowań było sporo. Bauer, który jak się później okazało, był administratorem tego majątku, mieszkał razem z żoną i córką we frontowym murowanym budynku. Obok w niedużym domku dwie Niemki i dziecko. Poza naszym gospodarzem nie było tutaj żadnego Niemca, wszyscy byli na wojnie. Ale pracowało sporo Polaków mężczyzn i kobiet, którzy przyjechali na ochotnika do Niemiec już w pierwszym roku wojny albo później. Mieszkali w małych drewnianych lub murowanych domkach. Mieli wygodne łóżka i wysokie pierzyny, w oknach stały kwiaty. Byli to przeważnie ludzie młodzi. Rodziły się też dzieci. Właśnie przed naszym przyjazdem młoda kobieta została matką i z racji tego zostawiono ją w domu, aby gotowała obiady dla wszystkich. Do niej właśnie zaprowadził nas gospodarz. Podała nam trochę zimnych kartofli z maślanką. Nikt z Polaków, którzy z daleka przyglądali się nam, nie okazał większego zainteresowania naszym przyjazdem. Ten obojętny stosunek do nas utrzymywał się u większości przez cały czas. Poszłyśmy za gospodarzem do "naszej" chaty. Był to dwuizbowy, murowany domek, przylegający chyba do obornika, bo całe otoczenie zarzucone było górami nawozu. W każdej izbie stały dwie prycze zbite z nieheblowanych desek i na każdej leżał gruby, szorstki siennik wypchany słomą.
     Do naszych kocy dołożono nam jeszcze dwa i tak zaopatrzone w "pościel" rozłożyłyśmy się każda osobno na swoim łóżku. W nocy zaczęło dokuczać nam zimno, wytrwałyśmy jednak do rana. Pierwszy dzień dostałyśmy wolny na wypranie bielizny i urządzenie się w domu. Rano okazało się, że nasze mieszkanie służyło niegdyś do przechowywania sztucznych nawozów. Ceglane ściany z podłogą również z czerwonych cegieł pokryte były białym nalotem. Przede wszystkim zrezygnowałyśmy z luksusu spania osobno i w ogóle z zajęcia dwóch izb, zwłaszcza, że w pierwszej brakowało w oknie szyby. W drugiej zsunęłyśmy ze sobą dwa łóżka, w ten sposób mogłyśmy przykrywać się dwoma kocami. Dali nam dwufajerkową kuchenkę, brak jednej nogi uzupełniłyśmy odpowiednio ułożonymi cegłami. W ciągu kilku następnych dni nasze gospodarstwo powiększyło się. Dostałyśmy niedużą szafę na ubranie również z nieheblowanych desek i stół, który przypadkowo miał wierzch z gładkich desek malowanych na biało. W późniejszym czasie służył nam też za stolnicę. Pierwszym naszym zajęciem było kopanie ziemniaków. Szło nam bardzo opornie. Polki, które z nami kopały robiły to szybko i sprawnie. Matka dwoiła się i troiła, aby dogonić je, pomagając jednocześnie nam.
     W czasie księżycowych nocy rąbała dla nas drzewo na opał. Chciała zrobić zapas, aby zdążyło wyschnąć zanim przyjdą mrozy. Kiedyś między cienkimi gałązkami przemyciła grubsze kawałki przeznaczone dla bauera. Jeden z Polaków zaraz mu o tym doniósł. To samo powtórzyło się przy wybieraniu większych ziemniaków na pyzy, mimo, że kartofle były bez ograniczenia. Dostawałyśmy też maślankę i od czasu do czasu trochę mleka. Poza tym inne artykuły były na kartki. Pochłaniały one w całości nasze skromne wynagrodzenie.
     Aby odróżnić się od Niemców musieliśmy mieć do ubrania przyszyty żółty kwadracik materiału obramowany na fioletowo, z fioletową literą "P" po środku.
     Najstarsza siostra nie była z nami długo. Nie chciała pracować w polu, zresztą dokuczało jej serce i po badaniu lekarskim bauer szybko załatwił jej nakaz do fabryki, w pobliskim mieście Prenzlau.
     W międzyczasie nawiązałyśmy kontakt z rodziną w Skierniewicach i poprzez nią dowiedziałyśmy się o losach naszych krewnych. Zaczęłyśmy korespondencję z ciotką, którą z Warszawy ze Śródmieścia wywieziono razem z córką do Berlina. Mijały miesiące, w czasie, których wykonywałyśmy coraz to nowe zajęcia.
     Wyrywając kiedyś buraki w drugim gospodarstwie, którym zarządzał sam właściciel, poznałyśmy tamtejszych Polaków. W nich znalazłyśmy przyjaznych sobie ludzi, którzy szli nam nieraz z pomocą. Oni też pożyczyli nam młynek, na którym mełłyśmy przynoszoną ukradkiem pszenicę na kaszę i mąkę. Dzięki temu nasze posiłki stały się bardziej urozmaicone. Zrezygnowałyśmy z jadania wspólnych obiadów składających się nieodmiennie z kartofli i maślanki. Matka była bardziej pomysłowa, gotowała różnego rodzaju kluski, a gdy miałyśmy kawałek mięsa na kartki, robiła dużo sosu i było prawdziwe święto. Gdy któregoś dnia po powrocie z pracy zastałyśmy w naszej izbie kurę (zapewne przefrunęła przez okno) zapragnęłyśmy, czym prędzej wsadzić ją do garnka. Nasze intensywne zabiegi skończyły się fiaskiem. Gdy poczuła się zagrożona, narobiła takiego hałasu, że z żalem otworzyłyśmy drzwi i wyrzuciły na dwór.
     W mieście było trudniej z wyżywieniem. Siostra przyjeżdżała czasami do nas. O ile to było możliwe, wracając zabierała jakiś prowiant ze sobą. Wkrótce poznała Włocha pracującego przymusowo w tym samym mieście. Zaczęli przyjeżdżać razem. Dużo opowiadał nam o swoim kraju, o błękitnym niebie, górach i tarasach pokrytych winoroślami. Opowiadania te sprawiły, że zapragnęłyśmy pojechać do Włoch zaraz po wyzwoleniu. Wydawały nam się rajem w porównaniu z naszą spaloną Warszawą. Myśli te rodził nastrój chwili, bo tak naprawdę czekałyśmy na powrót tylko do Warszawy.
     Wkrótce nadszedł grudzień i miałyśmy spędzać nasze pierwsze święta na obczyźnie. Na szafie stanęła maleńka choinka, ubrałyśmy ją w srebrne papierki (z folii metalowej), które zrzucały alianckie samoloty, podobno dla zagłuszenia podsłuchu. Z białego sznurka, który skręcony był z wielu włókien, a służył do wiązania snopków zrobiłyśmy włosy anielskie. Ale właśnie w Boże Narodzenie było najsmutniej. Wspominało się inne święta spędzone w kraju wśród swoich, kiedy nadzieja szybkiego zakończenia wojny wydawała się realna. Tu nie było nikogo, kto by nas podniósł na duchu. Kiedy zima była w pełni i mniej roboty w polu, mnie jako najmłodszą zostawiano niekiedy w domu. Sprzątałam nasze mieszkanie, przygotowywałam gorący posiłek i w wolnych chwilach usiłowałam nauczyć polską dziewczynkę czytania po polsku. W te zimowe dnie wysyłano mnie czasem do przesypywania ziarna, aby nie zapleśniało. Stamtąd właśnie przynosiłam pełne kieszenie pszenicy. Tam też objadałam się wytłokami z cukrowych buraków. Na początku nawet mi smakowały.
     Któregoś mżystego ranka na wiosnę bauer długo mi objaśniał moje nowe zajęcie. Z jego łamanej polszczyzny nie mogłam nic zrozumieć i musiałam prosić o pomoc jednego z Polaków znającego język niemiecki. Okazało się, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, że mam być strachem na wróble. Bauer nawet "zatroszczył" się, abym nie zmokła i kazał włożyć na głowę odpowiednio złożony worek. Miałam obchodzić dwa pola oddalone od siebie łąkami. Byłam tym zdruzgotana, coś takiego nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Wszyscy pracowali, a ja musiałam przez całe dnie odganiać natrętne ptaki. Świeża ziemia przyklejała się do moich sabotów i co chwila stukałam jednym o drugi, aby móc iść dalej. Obchodziłam pole wokoło jak więzień na spacerze, od czasu do czasu przechodziłam na drugie. Godziny wlokły się, a wraz z nimi wzrastał mój bunt. Najpierw cicho, a potem coraz głośniej wykrzykiwałam swoją złość. Stopniowo szukałam rymu i to, co z tego wyszło, zapamiętałam do dzisiaj.
     Moje nowe zajęcie skończyło się wielką awanturą. Zniszczyłam kawał pola wydeptując twardą ścieżkę. Mogłam znów powrócić do ludzi.
     Wkrótce zaczęły dochodzić nas wiadomości, że zbliża się front. Nie pamiętam, czy wiedziałyśmy o wyzwoleniu Warszawy, bo nie przypominam sobie radości, jaką powinna ta wiadomość wywołać. Czasami pojawiały się na niebie samoloty, ale były zbyt wysoko, aby je rozróżnić. Potem zaczęły latać niżej i byliśmy już pewni, że to nie niemieckie. Bauer kazał nam kopać rowy przeciwlotnicze. Kilka takich wykopów w kształcie litery L znalazło się w obrębie naszego gospodarstwa. Samoloty latały już tak nisko, że z łatwością widziałyśmy żołnierzy z wycelowaną w naszym kierunku lufą karabinową. Raz nawet zostałyśmy ostrzelane. Następnym razem nie byłyśmy tak ufne i zawczasu wskakiwałyśmy do rowu. Przecież z góry nie widać naszej małej literki P. W naszej wsi zaczęli pojawiać się niemieccy uciekinierzy. Na furach okrytych plandeką opartą na okrągłych prętach, wieźli swój dobytek. Przy niektórych szły uwiązane krowy. Na innych drobny, żywy inwentarz. Niekiedy z Niemcami jechali ich polscy lub innej narodowości robotnicy.
     Dużo Polaków szło na własną rękę. Od nich dowiedzieliśmy się, że front już blisko i lada dzień możemy być wolni. Coraz mniej interesowano się nami. Niemcy z naszej wsi również zaczęli się pakować. Wyciągano wozy i przygotowywano je do drogi. Bauer dał nam nasze książki i karty pracy i kazał iść do miasta Prenlau, gdzie mieli nas wszystkich rzekomo zatrudnić. Niemcy uciekali na zachód, a nam podali kierunek wschodni.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten