Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Cecylii Krajewskiej


foto

     Zabrałyśmy nasze węzełki, kładąc przede wszystkim nacisk na zapasy jedzenia. Chyba nie wszyscy Polacy z naszego gospodarstwa wyruszyli tego samego dnia.
     Trzymałyśmy się razem z trzyosobową rodziną z Warszawy. Stopniowo grupa powiększała się o nowych ludzi, razem z nimi wyszliśmy na szosę. Na noc zatrzymywaliśmy się w stodole opuszczonego gospodarstwa. Ktoś zabił cielaka, inni zajęli się jego oprawianiem i ugotowaniem. Późno w nocy dostałyśmy po kawale mięsa. Wydało mi się bardzo niesmaczne. Rankiem wyruszyliśmy dalej. Nasz bagaż wiozłyśmy teraz na porzuconym przez Niemców wózku podobnym do furki. Miasto okazało się spalone. Zdezorientowani ludzie kręcili się po ulicach.
     O pracy nie było mowy, odszukanie siostry w takich warunkach również było niemożliwe. Nie chciałyśmy oddalać się od grupy. Samoloty nie dawały nam spokoju, coraz częściej musieliśmy chronić się w przydrożnych rowach. Czasami tak długo tam siedzieliśmy, że zapominałam, co nam grozi i wyczerpująco opowiadałam koleżance treść oglądanych filmów. Wreszcie dorośli zadecydowali, że musimy jak najdalej odejść od szosy. Gdy ukazała się wieś wyszliśmy w pole. Jakby tylko na tę chwilę czekały samoloty. Rzuciliśmy się wszyscy na ziemię, a kule posypały się wokół nas. Szczęśliwie nikt nie został trafiony. Wieś robiła wrażenie umarłej. Weszliśmy do pierwszego z brzegu domu, drzwi były otwarte. Dom murowany, schludny, wieloizbowy. W oszklonych szafach dużo książek. Byliśmy głodni. Moja matka znalazła zapas mąki i zrobiła dużo makaronu. Na jakimś mięsie, którego pochodzenia nie pamiętam, ugotowała pyszny rosół. Syci i zadowoleni siedzieliśmy w kuchni, rozmawiając o świeżo utworzonej sytuacji. Jednak błędem było palenie pod kuchnią w takiej chwili. Dym unoszący się z komina ściągnął na nas dwóch uzbrojonych niemieckich żołnierzy. Ich twarze nie wróżyły nic dobrego. Bardzo wystraszeni poczęstowaliśmy ich obiadem i zagadywaliśmy, chcąc wywnioskować, co z nami zrobią. Obiad zjedli, ale cały czas patrzyli spode łba, trzymając broń w pogotowiu. Nagle coś potężnie walnęło w nasz dom i Niemcy natychmiast wyskoczyli z kuchni. W panice zbiegliśmy do piwnicy. Była niewielka. Na ścianach wisiały półki zastawione słoikami z czymś w środku. Z daleka dochodziły odgłosy wybuchów artyleryjskich. Gdy zapadł zmierzch, któryś z mężczyzn wyszedł na podwórko, aby zbadać sytuację. Stwierdził, że pociski z obu stron mijają się wysoko i nie nam już one nie grożą. Wyszliśmy na górę. Ja z siostrą położyłam się w niedużym pokoju na kozetce. Inni też poszli spać. Niewielu czuwało. Gwałtowne szarpnięcie za ramię wyrwało mnie ze snu. W pokoju było ciemno, ktoś powiedział, że jesteśmy już wolni. Usłyszałam język rosyjski i wybiegłam na korytarz. Mój żołądek odzwyczajony od dużej ilości jedzenia zareagował gwałtownie i dostałam torsji. To był mój dzień, a właściwie noc wyzwolenia.
     Rano w wiosce zaroiło się od wojska. Musieliśmy opuścić dom, bo mieli tu zakładać radiostację. Żołnierze odwieźli nas swoim samochodem na tyły frontu. Byliśmy wolni, ale zdani tylko na siebie. Oni musieli iść dalej na zachód.
     Na szosie było teraz bardzo ciasno. Ruch stał się dwukierunkowy, w jedną stronę szło wojsko, w drugą cywile. Na razie szliśmy pieszo, ale wkrótce jedyny mężczyzna, jaki szedł z nami zaprzągł luźno chodzącego konia do fury stojącej w pobliskiej zagrodzie. Takich koni pasło się na łące więcej. W pobliżu ryczały nie dojone od kilku dni krowy. W rynsztokach maciory zjadały swe małe prosiaczki. Wszystkie gospodarstwa były opuszczone. W niektórych odpoczywało wojsko radzieckie. Czasami na postojach uprzątałyśmy, na prośbę żołnierzy, kwaterę dla nich. Jeden z nich zabił dla nas prosiaka i miałyśmy teraz duży zapas słoniny.
     Jechaliśmy wozem w szóstkę, mężczyzna z żoną i dzieckiem i my trzy. Na drogach robiło się coraz ciaśniej, wszyscy już chcieli jechać furami. Nocowaliśmy w opuszczonych domach. Nasze bagaże powiększyły się o zabraną z któregoś noclegu pościel, z innego zasłony na nowe sukienki i chyba o coś jeszcze.
     Gdzieś na skrzyżowaniu zrobił się taki korek, że staliśmy na szosie bardzo długo. Rodzina jadąca z nami zmieniła plany i odeszła gdzieś pieszo.
     Żadna z nas nigdy nie trzymała w ręku lejc. Siostra szybko podjęła decyzję i usiadła na koźle. Gwałtownie skręciła w bok za furami, które łąkami objeżdżały zator. Nasza dalsza wędrówka we trójkę nie była już tak bezpieczna jak przedtem. Czasami zaczepiali nas żołnierze wracający z frontu i idący na następny. Nie nocowałyśmy już w mieszkaniach, ale gdzieś w zabudowaniach gospodarskich lub po prostu na kupce słomy.
     Chciałyśmy być jak najszybciej w kraju, ale powrót opóźniła kilkudniowa choroba siostry. Niedługo ruszyłyśmy dalej. Dojechałyśmy do miasteczka Kreuz, zmienionego teraz na Krzyż. Za siedemdziesiąt złotych jakiś polski gospodarz kupił od nas konia i furę. Na stacji oczekiwałyśmy na pociąg. Jacyś ludzie, nie pamiętam cywile, czy żołnierze, sprawdzali wszystkim bagaże. Wkrótce pociąg nadjechał. Jechałyśmy do Polski z nadzieją zobaczenia bliskich i troską o starszą siostrę.
     Nasza powrotna droga prowadziła znowu przez Skierniewice. Wysiadłyśmy tam, aby odpocząć kilka dni u rodziny. Potem już tylko droga do Warszawy i spotkanie z ojcem, który przeżył powstanie na Pradze.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten