Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Angeliki Józefowicz


foto
Angelika Józefowicz, 5 lat

Moje wojenne dzieciństwo

 

I. Powstanie Warszawskie

  • Pierwszy sierpień 1944 r.

     Na godzinę czwartą po południu mama umówiona jest z lekarzem na zabieg zwany odmą.
     Zabiera mnie ze sobą. Jest słoneczny dzień. Idziemy na ul. Sienną, gdzie po drodze jest zaprzyjaźniony sklep ze słodyczami. Dostaję garść okupacyjnych słodkich rarytasów (chyba landrynki i jakieś inne cukierki z krochmalu przypominające utwardzone bezy).
     Do lekarza nie dochodzimy, z powodu strasznej strzelaniny. Uciekający ludzie mówią, że to "obstrzał" Pasty. Kolejny raz nic nie rozumiem, ale bardzo się boję.
     W popłochu biegniemy w kierunku domu. Na ul. Śliskiej zatrzymują nas obcy ludzie, wciągają do bramy i proponują przeczekanie, bo dalsza wędrówka jest bardzo niebezpieczna.
     Kanonada się nasila i zaczyna padać ulewny deszcz. Nieznajomi zapraszają nas do domu, który będzie "naszym domem" przez okres niemal całego powstania.

  • "Gołębiarz" w dywanie

     Nowi znajomi są bardzo opiekuńczy i gościnni. Dzielą się z nami skromnymi posiłkami (kasze, fasola, kartofle).
     Strzelanina wokół Pasty trwa, co uniemożliwia nam powrót do domu. Na Śliskiej przez jakiś czas jest na tyle spokojnie, że przebywamy w mieszkaniu. Tylko od czasu do czasu ulicą przebiegają jacyś dziwni ludzie, a z dachu budynku vis a vis rozlegają się sporadyczne strzały. Dorośli mówią, że to "gołębiarz".
     Pewnego dnia radość wśród mieszkańców. Mówią, że "zestrzelono tego gołębiarza". Wszyscy wybiegają na ulicę, by zobaczyć unieszkodliwionego drania. Trupa znoszą z dachu w ogromnym dywanie. Znowu nic nie rozumiem. Dlaczego ludzie się cieszą, że ten pan spadł z dachu? Wiem jednak, że "gołębiarz" to kolejne straszne słowo.

  • "Krowy", "Szafy" i inne strachy

     Kończą się względnie spokojne dni i noce na Śliskiej. Mieszkania pustoszeją, a zapełniają piwnice domu. Jest ciemno i bardzo ciasno, smutno i zimno. W dzień wszyscy przysypiają, bo w nocy spać nie dają naloty. Czas odmierza się między jedną a drugą "krową" lub "szafą". Krowy nigdy nie widziałam, ale szafa? Dlaczego wydaje takie groźne dźwięki, których wszyscy się boją? W domu szafa była spokojna i nie ryczała.
     Coraz bardziej dokucza głód i wszechobecne wszy.
     Mama postanawia nocą przebić się do naszego domu, a mnie pozostawia pod opieką obcych przykazując bym była grzeczna. Kolejny nalot wprawia mnie jednak w histeryczny płacz i paniczny strach, że mama mnie zostawiła. Zakłócam chwile spokoju zniecierpliwionemu otoczeniu.
     Mama wraca nad ranem z dwoma walizami jakichś rzeczy, mydłem i domowymi przetworami - konfitury, soki i suszona ryba. Te wiktuały pozwoliły przetrwać nam i osobom z najbliższego otoczenia. Tym bardziej, że matka powtarzała swoje eskapady.
     Mnie pozostała awersja do słodyczy na całe życie i konstatacja, że ze słodyczy najlepszy jest śledź w oleju.

  • "Pod Twoją Obronę..."

     W piwnicy jednej z czterech oficyn domu przy ul. Śliskiej 12 zorganizowano kaplicę. W kaplicy, bardzo wczesnym rankiem, codziennie odprawiane są modły, a wokół rozlega się smutny, zbiorowy śpiew "Pod Twoją Obronę..."
     Umęczeni ludzie, po nocnych nalotach, wypełzają z piwnicznych legowisk i idą do kaplicy. Każdego ranka, nie wiedzieć, czemu, przeżywam dziecięce katusze, kiedy mama mnie budzi i niemal siłą ciągnie na te zbiorowe modły.
     Pewnego dnia mój opór, podparty spazmami, jest na tyle duży, że prośby i groźby nie skutkują. Mama, o dziwo, ustępuje i zostajemy w swojej "piwnicznej izbie". Nagle rozlega się potężny huk, po którym następuje złowieszcza cisza, tumany kurzu i potworny swąd spalenizny. Wbiegają jacyś ludzie z okrzykiem "bomba walnęła w kaplicę, chyba wszyscy zginęli". Mama mnie przytula i pierwszy raz widzę w jej oczach łzy.
     Przy Śliskiej 12 pozostała nieliczna grupa mieszkańców, którzy tym razem nie uczestniczyli w zbiorowej modlitwie. Matka Boska ich właśnie ocaliła? Dlaczego? Dziecko też może mieć "filozoficzne" refleksje i wątpliwości.

  • Psia rozpacz

     Naloty się nasilały i resztka ocalałych mieszkańców - po tragicznej śmierci uczestników nabożeństwa w piwnicznej kaplicy - postanowiła opuścić Śliską 12 i przenieść się na ul. Chmielną, gdzie podobno było spokojniej.
     Jest już chyba druga połowa września, gdy z resztkami dobytku, z jakimiś walizkami, plecakami, tobołkami, grupka ludzi opuszcza kilkutygodniowe schronienie i udaje się w nieznane.
     Ja w zimowym paltku, mama w futrze i złotych sandałkach. Dlaczego w sandałkach? Podobno były najwygodniejsze.
     Wypełzamy z ruin na ulicę, gdzie płonie dom z naprzeciwka. Na balkonie drugiego, czy trzeciego piętra tej wielkiej pochodni jest duży pies, który przeraźliwie wyje. Zwierzęca rozpacz pupila pozostawionego przez jego właścicieli będzie już zawsze moim bardzo złym wspomnieniem odżywającym przy skowycie każdego skrzywdzonego psa.

  • Biała flaga

     Jest pogodny, jesienny dzień i kompletna cisza. Matka trzymając mnie za rękę zmierza w kierunku naszego mieszkania.
     Przechodzimy koło ogrodu Saskiego, a mama pokazuje mi białą flagę i informuje swoje czteroletnie dziecko, że to koniec powstania. Nie będzie już nalotów, ale musimy wyjechać z miasta.
     Nasz dom stoi nie zburzony, tylko w mieszkaniu (ostatnie trzecie piętro) w jednym z pokoi jest wyrwa w suficie.
     Mieszkanie wygląda jak dawniej, tyle tylko, że nie sprzątane, wszystko pokryte grubą warstwą kurzu, ale wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu.
     Mama szybko coś pakuje, a mnie proponuje wziąć ulubioną zabawkę. Oczywiście wybieram konia na biegunach. Widzę smutek w oczach matki i słyszę - weź coś innego! Rozglądam się bezradnie i biorę cukrową lalkę (taką z krochmalu). Zjem ją po kawałeczku w czasie wielodniowej tułaczki, oszukując nieznośny głód.

II. E X O D U S
(Warszawa - Kraków - Zakopane)

  • Kolejne ocalenie

     Pierwsze dni października (2-gi, 3-ci a może 4-ty). Pochmurny dzień. Idziemy z mamą przez ruiny miasta. Idziemy długo, w coraz bardziej gęstniejącym tłumie ludzi z walizkami i tobołami.
     Dochodzimy do jakiegoś miejsca, gdzie stoją uzbrojeni po zęby Niemcy. Strasznie krzyczą i dzielą podchodzących do nich ludzi.
     Wymachują łapami - w lewo, w prawo, na wprost - i w tych kierunkach popychają dorosłych lub dzieci.
     Widzę grupę samych dzieci i podświadomie czuję, że do nich zostanę wepchnięta, że rozdzielą mnie z mamą.
     Stoję przerażona za plecami matki, która zna niemiecki i w tym języku coś mówi do tych strasznych żołnierzy. Za mną stoi nieznajomy pan w długim ciemnym płaszczu. Osłania mnie połą tego płaszcza i bez słowa, delikatnie popycha idąc za mną. Spostrzega to mama, kończy rozmowę z wrzeszczącym Szwabem i podąża za tym panem.
     Otaczają mnie sami dorośli i chyba nie ma innych dzieci. Ogromną grupę ludzi poganiają żołnierze, o których dorośli mówią Wehrmacht.
     Jest zimno, ponuro i siąpi deszcz.
     Słyszę jak ludzie szepcą: "gnają nas do Pruszkowa".
     Bolą mnie nogi i dźwigam najcięższą walizkę świata. Strasznie ciąży maleńki kuferek, w którym zapakowane są środki opatrunkowe i jakieś lekarstwa.
     Obładowana mama - plecak i dwie walizki - ze zniecierpliwieniem pogania leniwe dziecko. Wreszcie litościwie pozbawia mnie "ciężaru" zostawiając kuferek (apteczkę) w przydrożnym rowie.

  • Kromka białego chleba

     Żołnierze zarządzają krótki postój. Grupka kilkunastu osób siada na jakichś ułożonych w niewielką pryzmę balach. Wśród nich my i mój wybawca (pan w płaszczu) z żoną.
     Jest już zmierzch i nadal pada deszcz.
     Do siedzących na balach podchodzi żołnierz z latarką. Świeci po oczach i dłuższą chwilę zatrzymuje się przy mnie, po czym, nic nie mówiąc, odchodzi.
     Słyszę złowrogie szepty ludzi i wyrzuty skierowane w stronę matki, że wszyscy odpowiedzą za to dziecko.
     Żołnierz wraca po paru minutach z bochnem białego chleba, z którego odkrawa pajdę i daje mnie. Pozostałą część bochenka daje mamie. Mama ośmielona zachowaniem żołnierza podąża za nim. Po chwili wraca, coś szepce do pana - mojego dobrego ducha, a ja spostrzegam, że na jej ręce nie ma pierścionka, który od zawsze stanowił przedmiot mojego zachwytu.
     Zmęczona i ciągle przestraszona, o nic jednak nie pytam. Powoli natomiast wcinam kromkę białego chleba, którego smaku nigdy nie zapomnę.

  • Nocna ucieczka

     Kolejna, tym razem dłuższa, nocna przerwa w marszu wypędzonych z miasta.
     My trafiamy na posesję z małą chałupą, gdzie jest mnóstwo ludzi. We czwórkę - mama, ja i nasi nowi znajomi siedzimy w jakimś kącie.
     Z głębokiego snu wyrywa mnie szept matki - idziemy. Ostrożnie i cicho, jak kazała mama. Leśna, błotnista droga. W półśnie podążam za dorosłymi i przewracam się w kałuży wprost pod czyjeś nogi w wysokich butach.
     Paraliżuje mnie strach przed uzbrojonym niemieckim żołnierzem. Ten jednak bez słowa ciągnie mnie za kaptur mojego futerka i popycha w stronę czterech cicho oddalających się postaci. Cała mokra i umazana błotem, z trudem doganiam przerażoną mamę, która daje mi reprymendę, a życzliwość i radość okazują nowi przyjaciele. Udało się nie trafić do Pruszkowa.

  • Milanówek, Łowicz, Kraków - etapy tułaczki

     Po udanej ucieczce z trasy Warszawa - Pruszków lądujemy w Milanówku.
     Mała willa ciotki Lucyny. Koczuje już w niej więcej ludzi niż ta willa ma m2.
     Mama podejmuje decyzję, że jedziemy do Łowicza, gdzie mieszka daleka rodzina dziadka.
     Radość ogromna. W Łowiczu spotykamy mojego ukochanego dziadziusia, który cudem przeżył Powstanie na Starówce i wydostał się z niej kanałami.
     Niestety z Łowicza też musimy się ewakuować - rodzina dziadka nie jest zbyt przychylna uciekinierom z Warszawy, a i warunki bytowania są fatalne.
     Mama z dziadkiem uznają, że trzeba dostać się do Krakowa, do babci, która mieszkała z dwoma synami, młodszymi braćmi ojca.
     W Krakowie zastajemy zamknięte mieszkanie. Sąsiedzi nas informują, że babcia zmarła we wrześniu z rozpaczy po rozstrzelaniu przez Niemców dwóch synów, którzy nie podpisali Volkslisty.
     Mieli niemieckie korzenie i nazwisko, ale polską duszę od dwóch pokoleń.
     Sąsiedzi babci dają nam schronienie na parę dni. Jednak podobnie jak większość Krakusów panicznie boją się warszawiaków z Powstania, a bardziej Niemców polujących na Warszawiaków.
     Mama po raz kolejny uruchamia swoją "inteligentną zaradność", a przede wszystkim środki płatnicze, dla których "skrytkę" stanowi moje futerko.
     Prute i zaszywane nocą jest coraz lżejsze, bo ubywają kolejne precjoza.
     Po paru niespokojnych dniach w Krakowie lądujemy w Zakopanem na Antałówce, gdzie mieszkają zaprzyjaźnieni górale mamy i ojca. U nich zatrzymywali się przed wojną w czasie górskich wypadów.

  • Zakopane

     Górale udostępnili nam pokój w części gospodarczej chałupy, do którego prowadził ciemny przedsionek i drzwi zakamuflowane w ścianie z desek.
     Zakopane okupują jeszcze Niemcy. Przechowywanie warszawiaków jest niebezpieczne, ale gospodarze są nam życzliwi. Mamie załatwili nawet jakąś pracę.
     Znika na całe dni. Są niewielkie pieniądze na skromne utrzymanie.
     Koczuję z dziadkiem w "chałupie". Wyjścia na okoliczne górki obfitują w moje liczne upadki, a i dziadek ma trudności w poruszaniu się po zaśnieżonych stokach.
     Na Święta Bożego Narodzenia dostaję od górali nowe buty (kierpce podbite filcem) i maleńkie narty biegowe.
     Wigilia 1944 roku jest bardzo skromna, ale uroczysta. Jest nawet choinka z jedną świeczką i kilkoma zawieszonymi cukierkami. Wokół słychać przepiękne góralskie kolędy.
     Dni się dłużą - spokojnie i nudno.
     Jednak tylko do dnia, w którym w całym obejściu rozlegają się niemieckie krzyki.
     Do naszej "dziupli" wpada kilku Niemców. Dziadkowi, leżącemu w łóżku, dają spokój. Sprawdzają kennkarty i mamie każą się ubierać. Kolejny raz przerażona rozłąką z matką, pochlipując mówię, że mamusia jest bardzo chora. Jeden z Niemców, mówiący łamaną polszczyzną, pyta: "na co?" Mama kaszle i mówi po niemiecku, że to gruźlica.
     Niemcy przeglądają fiolki z lekami i z pośpiechem wychodzą. Mama zostaje.
     Podobno gruźlicy i tyfusu Niemcy bali się, jak diabeł święconej wody.
     Niedługo po tym zajściu - wpada gospodyni z okrzykiem: "Ruscy wyzwolili Zakopane!"
     Razem z naszymi góralami idziemy do miasta na Krupówki. Ulice roją się od żołnierzy, jak mówili dorośli - pijanych, strzelających na wiwat. Mnie ta kanonada źle się kojarzy. Wtulona w futro mamy marzę o naszej spokojnej przystani na Antałówce.
     Mama z dziadkiem natychmiast decydują o powrocie do domu, do Warszawy, w której od miesiąca nie ma już Niemców.
     Gospodarze wyposażają nas w duże sanki i zapasowe koła (mają w odpowiednim czasie zastąpić płozy), na które zostaje załadowany nasz dobytek, jak się później okazało - jedyne dobra materialne ocalone z wojny.

III.  Eskapada z Zakopanego do Warszawy

     Jest luty (chyba trzecia dekada). Zimno i śnieżnie. Wczesnym ranem wyruszamy do Warszawy. Dziadek i mama ciągną sanki. Ja z trudem drepczę za tym dziwnym wehikułem.
     Od Nowego Targu nie są to już sanki, a terkoczący wózek na kółkach, które co chwila odpadają. W końcu wózek zostaje porzucony, a mama i dziadek zamieniają się w tragarzy.
     Wędrówka trwa kilkanaście dni.
     Przemieszczamy się pieszo, ale także na chłopskich wozach, odkrytą węglarką, w parowozie i nie pamiętam, czym jeszcze.
     Najwspanialej było nocą w parowozie. Ciepło i głęboki sen na legowisku z sianem. W tym sianie gubię złotą broszeczkę (przypinkę do kaptura futerka), co wywołuje wściekłość mamy. Obarcza odpowiedzialnością dziecko za bezmyślność dorosłych. Wszyscy szukają tej diabelnej broszki, która podobno miała być zapłatą dla maszynisty.
     Maszynista bierze w obronę małą, zapłakaną dziewczynkę i częstuje nas jakimś gorącym, słodkim płynem. Niestety, prowadzony przez niego pociąg nie jedzie do Warszawy. Do miasta kierowane są wyłącznie pociągi z radzieckim wojskiem.
     Mama pertraktuje z "ruskimi", których zachwyt budzi jej zegarek. Z czarnym cyferblatem i fosforyzującymi cyframi.
     Ten zegarek stanowi bilet do towarowego wagonu w składzie pociągu, którym jadą żołnierze. Dojeżdżamy gdzieś w okolice Warszawy, skąd pieszo docieramy do naszego domu, a dokładnie mówiąc do zgliszcz domu. Po powstaniu padł ofiarą Niemców - podpalony jak wiele nie zburzonych wcześniej kamienic.
     Jest początek mroźnego marca 1945 roku.
     Wraz z innymi, napotkanymi bezdomnymi przeprawiamy się przez zamarzniętą Wisłę, by dotrzeć do Płud - podwarszawskiego domu sióstr babci.
     W tym domu spotyka się prawie cała rodzina - babcia, siostry i bracia mamy. Wszyscy stracili swoje mieszkania w Warszawie.
     Radosne powitania przez łzy. Rodzina przeżyła w komplecie. Babcia konstatuje: "To Opatrzność Boska" i deklaruje, że każdego roku w podzięce będzie pielgrzymować do Częstochowy. Słowa dotrzymała.
     Dla warszawskiej rodziny, która utraciła wszystko, co materialne rozpoczęła się kolejna walka o godną egzystencję.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten