Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Angeliki Józefowicz


foto
 
  • Biała flaga

     Jest pogodny, jesienny dzień i kompletna cisza. Matka trzymając mnie za rękę zmierza w kierunku naszego mieszkania.
     Przechodzimy k/ogrodu Saskiego, a mama pokazuje mi białą flagę i informuje swoje czteroletnie dziecko, że to koniec powstania. Nie będzie już nalotów, ale musimy wyjechać z miasta.
     Nasz dom stoi nie zburzony, tylko w mieszkaniu (ostatnie trzecie piętro) w jednym z pokoi jest wyrwa w suficie.
     Mieszkanie wygląda jak dawniej, tyle tylko, że nie sprzątane, wszystko pokryte grubą warstwą kurzu, ale wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu.
     Mama szybko coś pakuje, a mnie proponuje wziąć ulubioną zabawkę.
     Oczywiście wybieram konia na biegunach.
     Widzę smutek w oczach matki i słyszę - weź coś innego! Rozglądam się bezradnie i biorę cukrową lalkę (taką z krochmalu).
     Zjem ją po kawałeczku w czasie wielodniowej tułaczki, oszukując nieznośny głód.

II. E X O D U S
(Warszawa - Kraków - Zakopane)

  • Kolejne ocalenie

     Pierwsze dni października (2-gi, 3-ci a może 4-ty). Pochmurny dzień. Idziemy z mamą przez ruiny miasta. Idziemy długo, w coraz bardziej gęstniejącym tłumie ludzi z walizkami i tobołami.
     Dochodzimy do jakiegoś miejsca, gdzie stoją uzbrojeni po zęby Niemcy. Strasznie krzyczą i dzielą podchodzących do nich ludzi.
     Wymachują łapami - w lewo, w prawo, na wprost - i w tych kierunkach popychają dorosłych lub dzieci.
     Widzę grupę samych dzieci i podświadomie czuję, że do nich zostanę wepchnięta, że rozdzielą mnie z mamą.
     Stoję przerażona za plecami matki, która zna niemiecki i w tym języku coś mówi do tych strasznych żołnierzy. Za mną stoi nieznajomy pan w długim ciemnym płaszczu. Osłania mnie połą tego płaszcza i bez słowa, delikatnie popycha idąc za mną. Spostrzega to mama, kończy rozmowę z wrzeszczącym Szwabem i podąża za tym panem.
     Otaczają mnie sami dorośli i chyba nie ma innych dzieci. Ogromną grupę ludzi poganiają żołnierze, o których dorośli mówią Wehrmacht.
     Jest zimno, ponuro i siąpi deszcz.
     Słyszę jak ludzie szepcą: "Gnają nas do Pruszkowa".
    Bolą mnie nogi i dźwigam najcięższą walizkę świata. Strasznie ciąży maleńki kuferek, w którym zapakowane są środki opatrunkowe i jakieś lekarstwa.
     Obładowana mama - plecak i dwie walizki - ze zniecierpliwieniem pogania leniwe dziecko. Wreszcie litościwie pozbawia mnie "ciężaru" zostawiając kuferek (apteczkę) w przydrożnym rowie.

  • Kromka białego chleba

     Żołnierze zarządzają krótki postój. Grupka kilkunastu osób siada na jakichś ułożonych w niewielką pryzmę balach. Wśród nich my i mój wybawca (pan w płaszczu) z żoną.
     Jest już zmierzch i nadal pada deszcz.
     Do siedzących na balach podchodzi żołnierz z latarką. Świeci po oczach i dłuższą chwilę zatrzymuje się przy mnie, po czym, nic nie mówiąc, odchodzi.
     Słyszę złowrogie szepty ludzi i wyrzuty skierowane w stronę matki, że wszyscy odpowiedzą za to dziecko.
     Żołnierz wraca po paru minutach z bochnem białego chleba, z którego odkrawa pajdę i daje mnie. Pozostałą część bochenka daje mamie. Mama ośmielona zachowaniem żołnierza podąża za nim. Po chwili wraca, coś szepce do pana - mojego dobrego ducha, a ja spostrzegam, że na jej ręce nie ma pierścionka, który od zawsze stanowił przedmiot mojego zachwytu.
     Zmęczona i ciągle przestraszona, o nic jednak nie pytam. Powoli natomiast wcinam kromkę białego chleba, którego smaku nigdy nie zapomnę.

  • Nocna ucieczka

     Kolejna, tym razem dłuższa, nocna przerwa w marszu wypędzonych z miasta.
My trafiamy na posesję z małą chałupą, gdzie jest mnóstwo ludzi. We czwórkę - mama, ja i nasi nowi znajomi siedzimy w jakimś kącie.
     Z głębokiego snu wyrywa mnie szept matki - idziemy. Ostrożnie i cicho, jak kazała mama. Leśna, błotnista droga. W półśnie podążam za dorosłymi i przewracam się w kałuży wprost pod czyjeś nogi w wysokich butach.
     Paraliżuje mnie strach przed uzbrojonym niemieckim żołnierzem. Ten jednak bez słowa ciągnie mnie za kaptur mojego futerka i popycha w stronę czterech cicho oddalających się postaci. Cała mokra i umazana błotem, z trudem doganiam przerażoną mamę, która daje mi reprymendę, a życzliwość i radość okazują nowi przyjaciele. Udało się nie trafić do Pruszkowa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten