Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego


foto

MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego dotycząca Powstania Warszawskiego i wypędzenia z Warszawy

 

     Przed wybuchem Powstania Warszawskiego przeprowadziliśmy się około 1942 roku na ulicę Marszałkowską 31a. Budynek miał prawdopodobnie cztery lub pięć pięter. Mieszkaliśmy chyba na I piętrze od ulicy. Jeden pokój był charakterystyczny, ponieważ miał wykusz, czyli swego rodzaju balkon zabudowany, wystający w całym pionie. Ma to znaczenie późniejsze, ponieważ pamiętam, że w okresie Powstania Warszawskiego ten pokój został przeznaczony przez rodziców dla dzieci. Obok była sypialnia rodziców. Mieliśmy pokój duży - salon, wychodzący również na ulicę Marszałkowską. Balkon był prawdopodobnie w stylu secesyjnym, tak jak na przykład kamienica przy ulicy Marszałkowskiej 60.
     Wybuch Powstania zastał nas w mieszkaniu z nianią, byli ojciec i całe rodzeństwo. Nas już było pięcioro - ostatni brat miał niepełny rok. Pamiętam jak zaczęła się strzelanina, rozkojarzenie ojca i niani oraz ich rozmowę na ten temat. Ojciec podchodził do wykusza, żeby zobaczyć, co się działo na placu Zbawiciela i w stronę placu Unii Lubelskiej. Niania go uprzedzała, aby się cofnął, ponieważ mogli go zastrzelić. Potem relacjonował nam, że na placu Zbawiciela chłopcy biegali. Ja ciągle nie wiedziałem, co się zaczęło, nie rozumiałem, o co chodzi? Od pierwszego do trzeciego dnia Powstania przesiedzieliśmy w mieszkaniu na górze. Były pewne rozmowy sugerujące, aby ojciec uciekał na stronę polską, ponieważ istniała strefa bezpośrednio frontu. Zbudowano barykadę przy Metodystach na placu Zbawiciela.
     W naszej kamienicy istniało połączenie piwnicami z ulicą Mokotowską. Podczas Powstania spotkaliśmy się z matką, z którą przyszedłem do piwnicy naszego budynku od tyłu, mimo, że mieścił się od ulicy Marszałkowskiej. Pamiętam mocno rozżarzone sklepienia, żar straszny, ponieważ Niemcy podpalili nasz budynek na moich oczach i to się żarzyło. Nie mogliśmy wejść do piwnicy. Czuło się dosłownie piec piekarniczy, a ojciec przewidując Powstanie zniósł tam nakrycia i trochę jedzenia.
     Można powiedzieć, że teren był opanowany przez Niemców. Pamiętam ciągłe było jakieś przemieszczanie się. Ulicą Mokotowską ludzie chodzili na Pole Mokotowskie, gdzie były działki i chcąc się dorobić, szli po różne warzywa z ogródków, wykopywali ziemniaki. Kosztowały one 500 złotych za kilogram. Wysoka cena wynikała z podjęcia próby narażenia życia, ponieważ Niemcy ostrzeliwali działki. Na rogu ulicy przy kościele znajdował się szpital powstańczy i ojciec sugerował, że na stronę polską przejdziemy przez ulicę Mokotowską. W pierwszych dniach Powstania przebywaliśmy w piwnicy wszyscy razem. Widziałem, jak powstańcy przechodzili koło nas z opaskami w stronę ulicy Marszałkowskiej. Ta sytuacja trwała do 5 sierpnia. Pamiętam, jak przyszedł chłopaczek z bronią w ręku, znałem go, handlował gazetami na placu Zbawiciela.
     Pamiętam, jak pistolet w ręku trzymał i fantazyjnie przechodził między cywilami dzieciakami i wywoływał ogromne wrażenie. To nas podnosiło na duchu. Czuliśmy, że przez te pierwsze dni zdecydowanie dominowali powstańcy. 4 lub 5 dnia Powstania ojciec zdecydował o przejściu na stronę powstańczą. Wyszliśmy na ulicę Mokotowską, piwnicami o różnym poziomie. Przypominam sobie, jak schodziliśmy w dół, przechodziliśmy na różnej głębokości, tam przygotowano przejścia powybijane, zasłonięte cegłami. Wówczas z naszego poziomu zeszło dużo ludzi i tam czekaliśmy do zmroku, żeby przejść na drugą stronę ulicy Mokotowskiej. W pewnym momencie pokazał się Niemiec i kazał wszystkim cofnąć się i wyjść, miał zawinięte rękawy. Trudno mi powiedzieć o wrażeniach mojego ojca. Zaczęliśmy się wycofywać i doszliśmy do naszej bramy od strony ulicy Marszałkowskiej, cały czas pilotowani przez Niemców. W bramie kazano mężczyznom oddzielić się od kobiet. Ojciec myślał, że to uratuje go i że będzie razem z nami cały czas. Miał najmłodszego mojego brata na rękach. Niemiec kazał mojego brata oddać. Wzięła go niania i położyła do wózka. Mężczyźni, którzy w ten sposób wyłuskani zostali z całej grupy, pozostali na miejscu, a nam kazano przejść na drugą stronę ulicy w rejon ubikacji podziemnych i tam musieliśmy się położyć. Były tam małe drzewka, za którymi Niemcy z podwiniętymi rękawami zaczęli się chować, ponieważ z jedynej barykady polskiej szedł ostrzał. Jeden z Niemców został ranny i był opatrywany przez pewnego sanitariusza. Jednocześnie nad naszymi głowami trwał ostrzał w kierunku barykady z rejonu alei Szucha, z terenu niezabudowanego.
     Nam kazano leżeć, jak to długo trwało, trudno mi powiedzieć. Mężczyźni znikli, bo leżeliśmy głowami w kierunku barykady. Prawdopodobnie poprowadzono ich w kierunku placu Unii Lubelskiej. Po jakimś czasie kazano nam wstać i poszliśmy - cała kolumna kobiet i dzieci - cywili na ulicę Litewską, Szucha na plac Na Rozdrożu i na placyku wszyscy zostaliśmy zgrupowani. Była z nami cały czas niania i ciocia, dosyć młoda osoba. Nie pamiętam, kiedy do nas dołączyła, ale działała w Armii Krajowej. Na placu Na Rozdrożu, na pewnym podwyższeniu, zaczął przemawiać Niemiec w języku polskim do Polek i dzieci, że za chwilę przyjadą czołgi i oni pójdą z tymi czołgami odbijać uwięzionych Niemców. W przypadku powodzenia akcji "odbicia" rodaków, mieli zwrócić naszych ojców, braci, synów. Zaczęła się akcja wybierania kobiet, bo nie wszystkie wzięły w tym udział. Chodziło o te młodsze sprawniejsze, wśród nich znalazła się niania i ciocia. Ja zostałem sam z czworgiem rodzeństwa. Czekaliśmy na powrót, jak wiadomo, akcja się nie udała. Niemcy nie zostali odbici, czołg został spalony. Po tym wszystkim nas pognano i zaprowadzono na tyły siedziby gestapo na Szucha, do kotłowni. Pamiętam jak na Szucha Niemcy na piętrze stawali w oknie i strzelali do barykady polskiej znowu nad naszymi głowami. W kotłowni dostaliśmy kawę. Następnego dnia poprowadzono nas tą samą drogą, ulicą Litewską, Marszałkowską, do placu Zbawiciela koło Metodystów i do barykady polskiej. Puszczono nas na stronę polską, wolno i w tym momencie Niemcy otworzyli z pistoletów ogień, ludzie koło mnie padali. Widziałem, tu trup, tam trup leżał. Ja szedłem z wózkiem, w którym znajdował się najmłodszy brat, leżała również w poprzek jedyny nasz dobytek walizka i lawirując ją zgubiłem. Doprowadziłem wózek do barykady i przeszedłem przez wąskie przejście. Wróciłem po walizkę, przyszedłem, a rodzeństwa nie było. Rodzeństwo zostało "rozebrane" przez cudowną ludność polską. Przypomniałem sobie, bo nie wiedziałem, co mam z sobą zrobić, że na tej ulicy po prawej stronie mieszkała moja nauczycielka o nazwisku Dąbrowianka. Mieszkała chyba na I piętrze przy ulicy Marszałkowskiej prawdopodobnie 60 albo 62. Przygarnęła mnie. U niej zastałem zbiórkę, tłum powstańców - młodych ludzi. Dała mi spanie w przejściu między kuchnią a pozostałymi pokojami. Właścicielką mieszkania była pani wykształcona, miała fortepian i pod nim zajęli miejsca młodzi ludzie. Miała siostrę, która mi się podobała i nazywała się Marta. Potem spotkałem się z moją matką i stamtąd ona zaprowadziła mnie do Szarych Szeregów na ulicę Hożą 48, a następnie zostałem zaangażowany do Harcerskiej Poczty Polowej.
     Nie wiem, co się stało z ojcem, cisza, nic, kamień w wodę, do dzisiaj żaden mężczyzna z tamtego okresu nie został odnaleziony. Szukałem, czytałem, nic nie wiadomo. Matka poszukiwała w PCK, bo chciała znaleźć męża, ojca i nic się nie dowiedziała. Żadnego śladu. Było podejrzenie, duże prawdopodobieństwo, że zostali rozstrzelani i spaleni w rozlewni wód mineralnych przy ul. Oleandrów.
     Jak została ogłoszona kapitulacja 2 października 1944 roku, zebraliśmy się wszyscy, pamiętam słoneczną pogodę. To było prawdopodobnie w południe. Ulicą chyba Śniadeckich dotarłem do Politechniki i tam zobaczyłem barykadę częściowo rozebraną. Przechodziło się górą, ponad tą barykadą, a dlaczego? Pamiętam, bo jak tłum przed nami i za nami szedł z tobołami i bez tobołów, różnie, to powstańcy przy barykadzie pomagali w przechodzeniu. Była ze mną cała moja rodzina, czyli matka, niania i rodzeństwo. Tuż przed nami szedł pewien młody człowiek, utyty, pełny, nalany, dobrze wyglądający i nie mógł przejść. Powstańcy posłali pod jego adresem wiązankę słów, że w czasie Powstania pewnie siedział w piwnicy i nie miał siły przejść. Potem zauważyłem teren niczyj, mijając Politechnikę i zostałem zaszokowany widokiem, bo na ulicy 6 Sierpnia na wysokości Wydziału Chemii Budowlanej, czy Szpitala Psychiatrycznego stała barykada bardzo wysoka z płyt chodnikowych i za nią panowała cisza. Samochody niemieckie jeździły po ulicy, nie było gruzów, wszystko normalnie wyglądało. Szliśmy w kierunku Dworca Zachodniego. Tutaj na peronach podstawiono pociągi, wagony węglarki, odkryte. Widziałem jak kolejarze próbowali wyciągnąć z tłumu warszawiaków uciekinierów, niektórzy niezauważeni przechodzili przez tory i dołączali do grupki kolejarzy lub cywili na innych peronach. Stamtąd jechali pociągami w kierunku Pruszkowa i Piastowa. Wówczas dużo uciekło Akowców działaczy, między innymi z dowództwa Armii Krajowej. Myśmy zostali zawiezieni do Pruszkowa do ZNTK (Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego). Pamiętam dużą halę, dużo torów, wszystko pod dachem, niby perony, jakieś przejścia. Potem tam pracowałem w Polsce Ludowej. Tam przenocowaliśmy, przekoczowaliśmy bez żadnej pomocy.
     Dopiero następnego dnia kazano nam z tych hal wychodzić na zewnątrz. Tam byli ustawieni Niemcy i jak się dowiedziałem później, PCK albo RGO w białych fartuchach rozdawali nam puszki z mlekiem skondensowanym. Przesunęliśmy się do przodu. Była przeprowadzana segregacja. Następnie skierowano nas do wagonów, do węglarek odkrytych bez dachu. Nic nie wiedzieliśmy, dokąd nas zabierali.
     Dlaczego wspomniałem o tym mleku, ponieważ jak weszliśmy do wagonu, pociąg ruszył, my zgłodniali, nie mogłem wytrzymać. Okazało się, że to była rzadka śmietanka i ją całą wypiłem na zgłodniały żołądek i zaczęły się sensacje. Dokąd jechaliśmy, nikt nie wiedział. Podobno byliśmy pilnowani przez strażników. Byłem nadal przerażony i załamany z powodu braku ojca, ponieważ byłem do niego bardzo przywiązany i do domu, w którym mieszkaliśmy. Jednocześnie nieświadomie przejąłem rolę tego starszego jedynego opiekuna rodziny, ponieważ byłem najstarszym mężczyzną, chociaż miałem tylko 11 lat. Czułem obowiązek, że się muszę o nich troszczyć i bardzo szybko wszedłem w dorosłość. Dojechaliśmy w rejon Starachowic, pociąg zatrzymał się tuż przy stacji. Staliśmy długo, nie wiadomo, co się działo, ludzie wychylali się. Po pewnym czasie stwierdzili, że nie było lokomotywy oraz strażników. Ktoś zaczął wychodzić i otwarto drzwi wagonów i wyszliśmy stamtąd. To musiało być na peronie w Starachowicach, bo nie pamiętam kłopotów z wysiadaniem. To było jeszcze w październiku. Tu się ludzie rozeszli, cały transport kobiet, dzieci i osób starszych, bo mężczyzn chyba w ogóle nie było. Moja matka znalazła pewien pokój lub chyba mieszkanie bez umeblowania z siennikami i zamieszkaliśmy w centrum Starachowic. Dla niani znalazła w szpitalu pracę w kuchni i ja stamtąd przynosiłem jedzenie do domu, a sam zacząłem zajmować się sprzedażą bułek. Z pewnej piekarni, wynosiłem je w koszyku i zacząłem zarabiać. Pieniądze prawdopodobnie były bardzo symboliczne. Dochodami gospodarowała niania. Pamiętam, że przechodził niemiecki żandarm, który kopnął mi koszyk, wysypując bułki.
     Matka pojechała do Krakowa szukać śladów korzeni, kontaktów i po pewnym czasie wróciła. Zlikwidowaliśmy mieszkanie w Starachowicach i pojechaliśmy do Krakowa. Tam zamieszkaliśmy w opuszczonym mieszkaniu, ale zadbanym. Tam przeżyłem pierwszy kontakt z elektrycznością. Nie umiałem połączyć wyłączników, zrobiłem zwarcie, do dzisiaj pamiętam, że dopiero potem wykombinowałem, jak działał wyłącznik, uruchomiłem i zaczęło działać. To było niedaleko monopolu tytoniowego. Zbliżał się już front niemiecko-radziecki. Matka stwierdziła, że Kraków był miastem niebezpiecznym i lepiej było wyjechać poza miasto. Uznała, że należało pojechać pod Kraków, do pewnego gospodarstwa, nie wiem, czy wcześniej zrobiła rozeznanie, czy w ciemno. Tam przeczekaliśmy front, Niemcy uciekli i pojawili się pierwsi zwiadowcy Rosjanie. Miałem tam dziwne przygody dziecięce ze zwierzętami. Pamiętam, że mocowałem się z baranem, a dom znajdował się na górce. Baran wyrwał mi się i gonił mnie wokół budynku. W pewnym momencie poślizgnąłem się na górce i upadłem, ale on się zatrzymał i mnie przestał gonić. Stamtąd matka pojechała do Krakowa. Tu znalazła mieszkanie i wróciliśmy. Pamiętam, że mama znalazła pracę dla niani w kuchni w szpitalu koło więzienia Montelupich. Tam chodziłem z bańką po zupę dla rodzeństwa. Pamiętam jak matka powołała się na ojca jako dobrego pracownika Ubezpieczalni Społecznej, prawdopodobnie nieżyjącego i załatwiła w Ubezpieczalni filii w Krakowie mieszkanie w biurowcu. Ta organizacja przeznaczyła całe najwyższe piętro dla tych, co się zgłaszali, dla warszawiaków, mimo, że się słyszało: "chcieliście Powstania, to macie". Wtedy zacząłem myśleć o handlowaniu. Znalazłem piekarnię i sprzedawałem bułki w przejściu w holu ubezpieczalni. Potem przenieśliśmy się do samodzielnego mieszkania. O szkole nie było mowy. Przyznam się, że wcale się do niej nie paliłem. Sprzedawałem również papierosy. Niania weszła w spółkę i piekła pierniki, które sprzedawałem pod Sukiennicami. Bardzo dobrą bibułkę do papierosów dostałem od Rosjan, szarą jak gazeta. Matka była od spraw zabezpieczających, znalazła mieszkanie przy ul. Słowackiego róg Krowoderskiej. Mieszkaliśmy na II lub III piętrze w niskim budynku. Niania dostała tam pracę jako dozorczyni. Spaliśmy na siennikach, bo nie było umeblowania, ale w lepszym punkcie miasta. Odkryłem, że obok naszego budynku na ulicy był kiosk okrągły ze słupem ogłoszeniowym. Niania została dozorczynią. Okazało się, że to był kiosk na gazety, zamknięty. Próbowałem się tam dostać, uważałem, że będę tam sprzedawał. W międzyczasie wkroczyła matka i powiedziała: "musisz iść do szkoły!". Poszedłem do szkoły powszechnej na kilka miesięcy, żadnej klasy nie ukończyłem, mieściła się w sąsiedztwie naszego domu. Prawdopodobnie była to piąta klasa, bo szóstą i siódmą zrobiłem we Wrocławiu. Miałem tu kilka chłopięcych rozrywek łobuzerskich. Był to okres bezpośrednio po frontowy, czyli amunicja leżała wszędzie porozrzucana na ulicy. Wymyśliłem sobie zabawę: rozbrajałem pociski karabinowe, czubek takiego pocisku przymocowywałem drutem do spłonki od dołu, u góry wsypywałem trochę prochu, następnie zatykałem patyczkiem, który nacinałem na cztery części i wykonywałem statecznik, jaki robi się na gołębie i zrzucałem prosto pod pieska, którego prowadziła pani. Byłem zadowolony, że piesek uciekał. Ponadto słychać było huk i trochę dymu. Znalazłem też pewien pocisk cięższy czołgowy, w którym znajdowały się laski prochu. Rozbrajałem je o krawężniki. Miałem wtedy 12 lat i nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pamiętam, że łamałem proch na kawałki, podpalałem i wrzucałem pod spódnicę pewnej pani, która robiła krzyk. Wydawałoby się, że byłem porządnym chłopakiem. Szczęśliwie, ani razu nie zostałem ranny i nie weszło mi to w nałóg. To było urozmaicenie mojego życia. Musiałem się dalej w wojnę bawić. Tam zacząłem chodzić do szkoły, więc już mniej udzielałem się w kiosku, aż wreszcie zrezygnowałem. Swoją działalność musiałem zalegalizować. Ktoś się zaczął upominać o kiosk. Moja matka wyjechała do Wrocławia na rekonesans. Wróciła stamtąd i podjęła decyzję o przeprowadzce. Nie było tam zapewnionego miejsca, obiecano zamieszkanie w domku po Niemcach. Najpierw mieszkaliśmy prywatnie u samotnego Polaka w dzielnicy willowej Wrocławia, obok obozu Sowietów, którzy wracali z Niemiec, z obozów jenieckich i byli eskortowani przez NKWD, pilnowani, żeby się nie rozchodzili, bo oni już zostali uznani za "zarażonych" Zachodem. Jeńcy się bali. Dojeżdżając za granicę, wszystko im zabierali i kierowali do obozu albo rozstrzeliwali. To im się nie udawało, ponieważ jeńcy uciekali. Byłem świadkiem, jak NKWD zatrzymało we Wrocławiu tramwaj, popatrzyło, poznawało po twarzy i wygarniali ludzi bez legitymowania i zabierali. Matka w międzyczasie postarała się o budynek z pełnym wyposażeniem po Niemcach. Oni zabierali to, co mogli wziąć w ręce lub w wózek, pozostałe rzeczy sprzedawali.
     Dostaliśmy domek. Jednocześnie matka postarała się również o sklep z dwoma wystawami - Neutron. Przedtem przez krótki czas zarządzali nim polscy Żydzi. Obok znajdował się duży bazar. Niemcy przynosili kryształy, porcelanę zabytkową, elektryczne urządzenia, bo w Polsce wszystko było zniszczone. I Niemcy byli przyzwyczajeni, że Żydzi (Polacy) to kupowali. Natomiast na bazarze nie zawsze mogli sprzedać, ponieważ ten towar im zabierano i rekwirowano. W pewnym momencie okazało się, że zmienili się sprzedawcy i Niemcy zorientowali się, że zaczęli ich obsługiwać pan Wojtek i niania. My nie mieliśmy czym płacić. Wynosiliśmy różne rzeczy z domu do handlu. Pamiętam kryształy, obrusy, narzuty i porcelanę. Na jednej wystawie wystawiliśmy jeden przedmiot i podobnie na drugiej. Zaczęliśmy otrzymywać gotówkę. Przyjeżdżali ludzie z centralnej Polski i kupowali, głównie z Łodzi i Warszawy. To był duży rynek chłonny. Ci, co przyjeżdżali, nie mieli czasu chodzić po bazarze. My pośredniczyliśmy w handlu. Wtedy nauczyliśmy, co to jest kryształ, co to jest porcelana, odróżniać rodzaje i marki. Niemcy przynosili bardzo dużo urządzeń elektrycznych, poduszki, wiertarki, grzałki, radia i lampy radiowe. Po kryjomu przed nianią, zacząłem kupować te lampy od nich i nieśmiało położyłem na wystawie. Ona zauważyła, że je za grosze kupiłem. Dostrzegła w tym niezły interes. Pamiętam parę wpadek, bo się okazało, że niektóre urządzenia były przepalone, gdy chciałem sprawdzić. Wiedziałem, że w budynku zastosowano prąd zmienny, 110 wolt na parterze, a wyżej 220, różne napięcia i rodzaje, wielkości. Nie znałem się na oznakowaniu. Było parę oszustw i ja dałem się nabrać, ale bilans okazał się plusowy. Podzieliliśmy sklep na połowę. Każde z nas miało swoją część. Ja zająłem się elektryką, a niania - porcelaną, kryształami, firankami i koronki. Potem mama kazała mi iść do szkoły. Niania wzięła sobie wspólnika do mojej połowy. Matka zaczęła jeździć do Warszawy. Tutaj trafiła do Mieczysława Fogga - piosenkarza, który miał własną wytwórnię. Stamtąd dostarczała płyty, a ponadto żelazka. W domu była czwórka rodzeństwa, którymi zajmowała się Niemka, a niania sprawowała funkcję szefowej.
     Miejscowa władza była otwarta, nie było żadnej kontroli. Nie odczułem tego. Cała działalność odbywała się spokojnie przez co najmniej dwa lata. Chodziłem wtedy do szóstej i siódmej klasy. W wolnym czasie przychodziłem do sklepu. Niania przynosiła pieniądze. Jak wracała z dziennego utargu sama wieczorem, była narażona poważnie. Pewnego dnia została rozebrana do naga przez Ruskich, zabrali jej prawie wszystko, ale ją wypuścili. Często się zdarzało, że rano widzieliśmy trupa przerzuconego przez ogrodzenie na działkę, ponieważ Sowieci mordowali dla zabawy i rabunku. Niania nosiła charakterystyczny wiklinowy koszyk, głęboki, z dwoma uszami, a zarobione pieniądze miała w szarym woreczku. Sowieci go nie zauważyli. Niania miała chyba dwie takie wpadki, z których się wymigała. Wrócił siostrzeniec Jan Klebaniec z obozu jenieckiego z Niemiec Zachodnich i zamieszkali nad sklepem w jeszcze jednym mieszkaniu poniemieckim, w którym znajdował się warsztat radiowo-naprawczy przy ulicy Łokietka.
     Obok naszego domu na terenie szpitala prowadzonego przez siostry, został zajęty nieduży budynek przez władze cywilne na terenie parku ogrodzonego wysokim murem od strony naszego domu. Chodziłem do szkoły na skróty przez bardzo wysokie ogrodzenie. W szkole uczył personel lwowski i tam też rozpoczęło się moje harcerstwo, utworzone nie tylko w obrębie szkoły, ale dzielnicy Karłowice. Mieliśmy własną harcówkę i wyjeżdżaliśmy na obozy. Drużynowy nazywał się Art lub Ert. Było dwóch braci z rodziny profesorskiej. Organizowali nam wyjazdy sobotnio-niedzielne, na tak zwane biwaki pod Wrocław i urządzali nam różnego rodzaju rozrywki, przygotowali nas na lekcjach patriotyzmu. Spaliśmy w poniemieckich namiotach. Budzono nas jak przejeżdżał pociąg. Pamiętam, jak uczyliśmy się strzelać. Hałas był zagłuszany i kierowaliśmy strzały do łopaty, którą trzymał przyboczny. Dla mnie karabin okazał się za ciężki, mogłem przybocznego zranić. Na zbiórkach uczono nas patriotyzmu i stosunku pozytywnego do człowieka, kobiet, przyrody i zaradności w każdej sytuacji. Te wszystkie sprawności z tamtych czasów kształtowały nas, aby nie dać się w życiu, zawsze znaleźć w trudnych sytuacjach. Ja temu dwuletniemu harcerstwu bardzo dużo zawdzięczam.
     Należałem do zastępu, który wchodził w skład drużyny wodnej. Mieliśmy przystań harcerską nad Odrą. Wyławialiśmy sprzęt wodny, broń, którą czyściliśmy. Zarabialiśmy na swoje utrzymanie, urządzając potańcówki w naszej harcówce. Wtedy wystarczającym instrumentem do zabawy był adapter. Jedno radio wzmacniało drugie wraz ze wzmacniaczami, które obsługiwałem. Wstęp kosztował pewną ilość złotych i za te pieniądze jechaliśmy później na obozy. Pamiętam dwa obozy, które mi się utrwaliły, jeden w Pilichowicach koło Jeleniej Góry. Tam było jezioro sztuczne o głębokości 70 metrów, z malutką elektrownią. Pojechaliśmy tam pociągiem towarowym, ale z przykrytymi dachami. Spaliśmy na pryczach z własnymi pustymi siennikami, a na miejscu zbieraliśmy igliwie. Zorganizowaliśmy spiżarnię i zaplecze do kuchni. Drużyna wodna miała maszt z bocianim gniazdem w Pilichowicach. W zastępie było 10-12 osób, drużyna miała 4 zastępy. Byli tam dwaj bracia i jeszcze trzeci przyboczny. Mój zastępowy był poznaniakiem, wysiedlonym w czasie wojny przebywał w obozie we Wrocławiu. Nazywał się Jerzy Podlak. Po wojnie pełnił funkcję dyrektora w Jelczu, gdzie wykonywano wozy strażackie.
     Pamiętam jak harcerstwo zorganizowało I zlot powojenny w Szczecinie. Przemawiali przedstawiciele. Gdy nadeszliśmy, oni zeszli z trybuny, ponieważ skandowaliśmy za PSL-em. Ostatecznie defiladę przyjął harcmistrz naczelnik. Harcerze przyjechali z całej Polski. We Wrocławiu byliśmy odbierani pozytywnie, szliśmy na pochodach z fanfarami, werblami, ulicami do kościoła, z pocztem sztandarowym. Staliśmy umundurowani, z opaskami, w krótkich spodenkach, czarnych skarpetkach. Na tym obozie harcerskim w Pilichowicach, przeskrobaliśmy w naszym zastępie. Była kara polegająca na tym, że albo staliśmy z plecakiem z kamieniami pod masztem w słońcu, albo mieliśmy do domu wrócić. Oni wszyscy stali. Ja po kryjomu uciekałem z domu na zbiórkę. Harcerstwo mnie przyciągało. Różne zbiórki, matka o tym nie wiedziała, co się ze mną dzieje.
     Potem poszedłem do szkoły im. Michała Konarskiego i przeniosłem się do internatu Ojców Orionistów do Warszawy.
     Po szkole Konarskiego byłem za dorosły na internat. Dyrektor biskup Bronisław Dąbrowski załatwił mi pokój na plebani koło kościoła św. Jakuba. Dostałem nowo odnowiony piękny duży pokój, co prawda bez mebli, a moim obowiązkiem było konserwowanie instalacji elektrycznych w kościele. Tam próbowałem uruchomić szopkę ruchomą. W wolnych chwilach jeździłem do rodziny, która mieszkała w Rembertowie. Tam poznałem swoją żonę, która zbiegiem okoliczności również była wychowanką tego zgromadzenia. Ona miała mieszkanie i z plebani się wyprowadziłem. Broniłem się przed wojskiem, ale się nie udało. Trochę rozrabiałem, to się mogło źle skończyć, w jednostce wojskowej w Zielonce. Tam wykonywano pomiary prędkości pocisków, przekazywane losowo z produkcji przez oficerów z różnych zakładów produkcyjnych, m. in. z Pionek, ze Skarżyska. Ja postanowiłem jedną partię skasować i posądzono mnie o sabotaż, o jakąś zmowę z czarnymi siłami z zewnątrz. Pytali, kto mnie do tego namówił. Byłem bezpartyjny.
     Zacząłem myśleć o studiach, aby uratować się od normalnego wojska. Na skutek tej wpadki zostałem dyscyplinarnie zwolniony i znalazłem się ponownie w wojsku. Wcześniej zdałem maturę techniczną i zostałem wykładowcą w szkole podoficerskiej łączności w Krakowie. Potem na II roku w wojsku poznałem kolegę, który odpadł za wywrotową działalność albo poglądy swojego ojca. Pewien ZMP-owiec doniósł na niego. Ten nie mógł dostać się na studia na Politechnikę Warszawską. Podchodził trzy razy do egzaminów, przebywał w wojsku, nie załamał się i on mnie zmobilizował, abym przygotowywał się do dalszych egzaminów wstępnych. Razem uczyliśmy się. On dostał się za pierwszym podejściem, a ja dopiero za trzecim. Studiowaliśmy na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Elektrycznym.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten