Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego


foto

     Matka pojechała do Krakowa szukać śladów korzeni, kontaktów i po pewnym czasie wróciła. Zlikwidowaliśmy mieszkanie w Starachowicach i pojechaliśmy do Krakowa. Tam zamieszkaliśmy w opuszczonym mieszkaniu, ale zadbanym. Tam przeżyłem pierwszy kontakt z elektrycznością. Nie umiałem połączyć wyłączników, zrobiłem zwarcie, do dzisiaj pamiętam, że dopiero potem wykombinowałem, jak działał wyłącznik, uruchomiłem i zaczęło działać. To było niedaleko monopolu tytoniowego. Zbliżał się już front niemiecko-radziecki. Matka stwierdziła, że Kraków był miastem niebezpiecznym i lepiej było wyjechać poza miasto. Uznała, że należało pojechać pod Kraków, do pewnego gospodarstwa, nie wiem, czy wcześniej zrobiła rozeznanie, czy w ciemno. Tam przeczekaliśmy front, Niemcy uciekli i pojawili się pierwsi zwiadowcy Rosjanie. Miałem tam dziwne przygody dziecięce ze zwierzętami. Pamiętam, że mocowałem się z baranem, a dom znajdował się na górce. Baran wyrwał mi się i gonił mnie wokół budynku. W pewnym momencie poślizgnąłem się na górce i upadłem, ale on się zatrzymał i mnie przestał gonić. Stamtąd matka pojechała do Krakowa. Tu znalazła mieszkanie i wróciliśmy. Pamiętam, że mama znalazła pracę dla niani w kuchni w szpitalu koło więzienia Montelupich. Tam chodziłem z bańką po zupę dla rodzeństwa. Pamiętam jak matka powołała się na ojca jako dobrego pracownika Ubezpieczalni Społecznej, prawdopodobnie nieżyjącego i załatwiła w Ubezpieczalni filii w Krakowie mieszkanie w biurowcu. Ta organizacja przeznaczyła całe najwyższe piętro dla tych, co się zgłaszali, dla warszawiaków, mimo, że się słyszało: "chcieliście Powstania, to macie". Wtedy zacząłem myśleć o handlowaniu. Znalazłem piekarnię i sprzedawałem bułki w przejściu w holu ubezpieczalni. Potem przenieśliśmy się do samodzielnego mieszkania. O szkole nie było mowy. Przyznam się, że wcale się do niej nie paliłem. Sprzedawałem również papierosy. Niania weszła w spółkę i piekła pierniki, które sprzedawałem pod Sukiennicami. Bardzo dobrą bibułkę do papierosów dostałem od Rosjan, szarą jak gazeta. Matka była od spraw zabezpieczających, znalazła mieszkanie przy ul. Słowackiego róg Krowoderskiej. Mieszkaliśmy na II lub III piętrze w niskim budynku. Niania dostała tam pracę jako dozorczyni. Spaliśmy na siennikach, bo nie było umeblowania, ale w lepszym punkcie miasta. Odkryłem, że obok naszego budynku na ulicy był kiosk okrągły ze słupem ogłoszeniowym. Niania została dozorczynią. Okazało się, że to był kiosk na gazety, zamknięty. Próbowałem się tam dostać, uważałem, że będę tam sprzedawał. W międzyczasie wkroczyła matka i powiedziała: "musisz iść do szkoły!". Poszedłem do szkoły powszechnej na kilka miesięcy, żadnej klasy nie ukończyłem, mieściła się w sąsiedztwie naszego domu. Prawdopodobnie była to piąta klasa, bo szóstą i siódmą zrobiłem we Wrocławiu. Miałem tu kilka chłopięcych rozrywek łobuzerskich. Był to okres bezpośrednio po frontowy, czyli amunicja leżała wszędzie porozrzucana na ulicy. Wymyśliłem sobie zabawę: rozbrajałem pociski karabinowe, czubek takiego pocisku przymocowywałem drutem do spłonki od dołu, u góry wsypywałem trochę prochu, następnie zatykałem patyczkiem, który nacinałem na cztery części i wykonywałem statecznik, jaki robi się na gołębie i zrzucałem prosto pod pieska, którego prowadziła pani. Byłem zadowolony, że piesek uciekał. Ponadto słychać było huk i trochę dymu. Znalazłem też pewien pocisk cięższy czołgowy, w którym znajdowały się laski prochu. Rozbrajałem je o krawężniki. Miałem wtedy 12 lat i nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pamiętam, że łamałem proch na kawałki, podpalałem i wrzucałem pod spódnicę pewnej pani, która robiła krzyk. Wydawałoby się, że byłem porządnym chłopakiem. Szczęśliwie, ani razu nie zostałem ranny i nie weszło mi to w nałóg. To było urozmaicenie mojego życia. Musiałem się dalej w wojnę bawić. Tam zacząłem chodzić do szkoły, więc już mniej udzielałem się w kiosku, aż wreszcie zrezygnowałem. Swoją działalność musiałem zalegalizować. Ktoś się zaczął upominać o kiosk. Moja matka wyjechała do Wrocławia na rekonesans. Wróciła stamtąd i podjęła decyzję o przeprowadzce. Nie było tam zapewnionego miejsca, obiecano zamieszkanie w domku po Niemcach. Najpierw mieszkaliśmy prywatnie u samotnego Polaka w dzielnicy willowej Wrocławia, obok obozu Sowietów, którzy wracali z Niemiec, z obozów jenieckich i byli eskortowani przez NKWD, pilnowani, żeby się nie rozchodzili, bo oni już zostali uznani za "zarażonych" Zachodem. Jeńcy się bali. Dojeżdżając za granicę, wszystko im zabierali i kierowali do obozu albo rozstrzeliwali. To im się nie udawało, ponieważ jeńcy uciekali. Byłem świadkiem, jak NKWD zatrzymało we Wrocławiu tramwaj, popatrzyło, poznawało po twarzy i wygarniali ludzi bez legitymowania i zabierali. Matka w międzyczasie postarała się o budynek z pełnym wyposażeniem po Niemcach. Oni zabierali to, co mogli wziąć w ręce lub w wózek, pozostałe rzeczy sprzedawali.
     Dostaliśmy domek. Jednocześnie matka postarała się również o sklep z dwoma wystawami - Neutron. Przedtem przez krótki czas zarządzali nim polscy Żydzi. Obok znajdował się duży bazar. Niemcy przynosili kryształy, porcelanę zabytkową, elektryczne urządzenia, bo w Polsce wszystko było zniszczone. I Niemcy byli przyzwyczajeni, że Żydzi (Polacy) to kupowali. Natomiast na bazarze nie zawsze mogli sprzedać, ponieważ ten towar im zabierano i rekwirowano. W pewnym momencie okazało się, że zmienili się sprzedawcy i Niemcy zorientowali się, że zaczęli ich obsługiwać pan Wojtek i niania. My nie mieliśmy czym płacić. Wynosiliśmy różne rzeczy z domu do handlu. Pamiętam kryształy, obrusy, narzuty i porcelanę. Na jednej wystawie wystawiliśmy jeden przedmiot i podobnie na drugiej. Zaczęliśmy otrzymywać gotówkę. Przyjeżdżali ludzie z centralnej Polski i kupowali, głównie z Łodzi i Warszawy. To był duży rynek chłonny. Ci, co przyjeżdżali, nie mieli czasu chodzić po bazarze. My pośredniczyliśmy w handlu. Wtedy nauczyliśmy, co to jest kryształ, co to jest porcelana, odróżniać rodzaje i marki. Niemcy przynosili bardzo dużo urządzeń elektrycznych, poduszki, wiertarki, grzałki, radia i lampy radiowe. Po kryjomu przed nianią, zacząłem kupować te lampy od nich i nieśmiało położyłem na wystawie. Ona zauważyła, że je za grosze kupiłem. Dostrzegła w tym niezły interes. Pamiętam parę wpadek, bo się okazało, że niektóre urządzenia były przepalone, gdy chciałem sprawdzić. Wiedziałem, że w budynku zastosowano prąd zmienny, 110 wolt na parterze, a wyżej 220, różne napięcia i rodzaje, wielkości. Nie znałem się na oznakowaniu. Było parę oszustw i ja dałem się nabrać, ale bilans okazał się plusowy. Podzieliliśmy sklep na połowę. Każde z nas miało swoją część. Ja zająłem się elektryką, a niania - porcelaną, kryształami, firankami i koronki. Potem mama kazała mi iść do szkoły. Niania wzięła sobie wspólnika do mojej połowy. Matka zaczęła jeździć do Warszawy. Tutaj trafiła do Mieczysława Fogga - piosenkarza, który miał własną wytwórnię. Stamtąd dostarczała płyty, a ponadto żelazka. W domu była czwórka rodzeństwa, którymi zajmowała się Niemka, a niania sprawowała funkcję szefowej.
     Miejscowa władza była otwarta, nie było żadnej kontroli. Nie odczułem tego. Cała działalność odbywała się spokojnie przez co najmniej dwa lata. Chodziłem wtedy do szóstej i siódmej klasy. W wolnym czasie przychodziłem do sklepu. Niania przynosiła pieniądze. Jak wracała z dziennego utargu sama wieczorem, była narażona poważnie. Pewnego dnia została rozebrana do naga przez Ruskich, zabrali jej prawie wszystko, ale ją wypuścili. Często się zdarzało, że rano widzieliśmy trupa przerzuconego przez ogrodzenie na działkę, ponieważ Sowieci mordowali dla zabawy i rabunku. Niania nosiła charakterystyczny wiklinowy koszyk, głęboki, z dwoma uszami, a zarobione pieniądze miała w szarym woreczku. Sowieci go nie zauważyli. Niania miała chyba dwie takie wpadki, z których się wymigała. Wrócił siostrzeniec Jan Klebaniec z obozu jenieckiego z Niemiec Zachodnich i zamieszkali nad sklepem w jeszcze jednym mieszkaniu poniemieckim, w którym znajdował się warsztat radiowo-naprawczy przy ulicy Łokietka.
     Obok naszego domu na terenie szpitala prowadzonego przez siostry, został zajęty nieduży budynek przez władze cywilne na terenie parku ogrodzonego wysokim murem od strony naszego domu. Chodziłem do szkoły na skróty przez bardzo wysokie ogrodzenie. W szkole uczył personel lwowski i tam też rozpoczęło się moje harcerstwo, utworzone nie tylko w obrębie szkoły, ale dzielnicy Karłowice. Mieliśmy własną harcówkę i wyjeżdżaliśmy na obozy. Drużynowy nazywał się Art lub Ert. Było dwóch braci z rodziny profesorskiej. Organizowali nam wyjazdy sobotnio-niedzielne, na tak zwane biwaki pod Wrocław i urządzali nam różnego rodzaju rozrywki, przygotowali nas na lekcjach patriotyzmu. Spaliśmy w poniemieckich namiotach. Budzono nas jak przejeżdżał pociąg. Pamiętam, jak uczyliśmy się strzelać. Hałas był zagłuszany i kierowaliśmy strzały do łopaty, którą trzymał przyboczny. Dla mnie karabin okazał się za ciężki, mogłem przybocznego zranić. Na zbiórkach uczono nas patriotyzmu i stosunku pozytywnego do człowieka, kobiet, przyrody i zaradności w każdej sytuacji. Te wszystkie sprawności z tamtych czasów kształtowały nas, aby nie dać się w życiu, zawsze znaleźć w trudnych sytuacjach. Ja temu dwuletniemu harcerstwu bardzo dużo zawdzięczam.
     Należałem do zastępu, który wchodził w skład drużyny wodnej. Mieliśmy przystań harcerską nad Odrą. Wyławialiśmy sprzęt wodny, broń, którą czyściliśmy. Zarabialiśmy na swoje utrzymanie, urządzając potańcówki w naszej harcówce. Wtedy wystarczającym instrumentem do zabawy był adapter. Jedno radio wzmacniało drugie wraz ze wzmacniaczami, które obsługiwałem. Wstęp kosztował pewną ilość złotych i za te pieniądze jechaliśmy później na obozy. Pamiętam dwa obozy, które mi się utrwaliły, jeden w Pilichowicach koło Jeleniej Góry. Tam było jezioro sztuczne o głębokości 70 metrów, z malutką elektrownią. Pojechaliśmy tam pociągiem towarowym, ale z przykrytymi dachami. Spaliśmy na pryczach z własnymi pustymi siennikami, a na miejscu zbieraliśmy igliwie. Zorganizowaliśmy spiżarnię i zaplecze do kuchni. Drużyna wodna miała maszt z bocianim gniazdem w Pilichowicach. W zastępie było 10-12 osób, drużyna miała 4 zastępy. Byli tam dwaj bracia i jeszcze trzeci przyboczny. Mój zastępowy był poznaniakiem, wysiedlonym w czasie wojny przebywał w obozie we Wrocławiu. Nazywał się Jerzy Podlak. Po wojnie pełnił funkcję dyrektora w Jelczu, gdzie wykonywano wozy strażackie.
     Pamiętam jak harcerstwo zorganizowało I zlot powojenny w Szczecinie. Przemawiali przedstawiciele. Gdy nadeszliśmy, oni zeszli z trybuny, ponieważ skandowaliśmy za PSL-em. Ostatecznie defiladę przyjął harcmistrz naczelnik. Harcerze przyjechali z całej Polski. We Wrocławiu byliśmy odbierani pozytywnie, szliśmy na pochodach z fanfarami, werblami, ulicami do kościoła, z pocztem sztandarowym. Staliśmy umundurowani, z opaskami, w krótkich spodenkach, czarnych skarpetkach. Na tym obozie harcerskim w Pilichowicach, przeskrobaliśmy w naszym zastępie. Była kara polegająca na tym, że albo staliśmy z plecakiem z kamieniami pod masztem w słońcu, albo mieliśmy do domu wrócić. Oni wszyscy stali. Ja po kryjomu uciekałem z domu na zbiórkę. Harcerstwo mnie przyciągało. Różne zbiórki, matka o tym nie wiedziała, co się ze mną dzieje.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten