Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Korgola


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Andrzej Korgol, 13 lat
W okresie okupacji i Powstania Warszawskiego mieszkał przy ul. Żurawiej 25 m. 9.
E. 122

         

     Z ostatniej odezwy gen. "Montera" (Antoniego Chruściela), roznoszonej przez powstańczych kolporterów prasy, do których również należałem, dowiedzieliśmy się o kapitulacji Powstania. Ogarnia wszystkich jakiś dziwny żal, że wszystko poszło na marne, tyle istnień ludzkich, wyrzeczeń, wysiłków, długoletnich przygotowań. Po kapitulacji, mimo wszystko trzeba rozpocząć nowe życie.
     Przy ul. Żurawiej 26 znajdował się sklep z dyktą i tam kierowała się większość mieszkańców naszej ulicy, aby zabezpieczyć wybite okna, przygotować się do nadchodzącej zimy. Z trudem zdobyliśmy dwa arkusze - może starczą? Dowiedzieliśmy się w międzyczasie, iż na rogu ul. Wspólnej i ul. Poznańskiej była barykada zbudowana z beczek pełnych kartoflanego syropu. Natychmiast z mamą wzięliśmy naczynia i poszliśmy po ten skromny produkt, który urósł w danym momencie do rangi delikatesu. W drodze powrotnej wstąpiliśmy na teren dawnego Ogrodu Pomologicznego przy ul. Emilii Plater, gdzie znajdowały się działki - niestety na zagonach nic już nie było do jedzenia - inni byli szybsi. Pamiętam, iż w tym czasie kościół św. Piotra i Pawła stał niezniszczony - wysadzono go później.
     Zdobyty syrop zmieszany z ziarnami pszenicy (pozostałość z powstańczych dostaw z browaru Haberbuscha) stanowił pożywienie na kilka dni.
     Niestety, wkrótce nastąpił nowy cios - władze niemieckie rozkazały wszystkim mieszkańcom opuścić miasto i iść w nieznane na tułaczkę. Rozpoczynałem wówczas 13 rok życia, mając już za sobą lata spędzone pod hitlerowską okupacją i przeżyty w Warszawie wrzesień 1939 roku. Wraz z najbliższą rodziną, matką i dziadkiem, przygotowywaliśmy się do opuszczenia domu przy ul. Żurawiej 25 m. 9, gdzie mieszkaliśmy po spaleniu w 1939 roku mieszkania przy ul. Nowy Świat 64.
     Najcenniejsze rzeczy z domowego dobytku, dokumenty, fotografie i inne pamiątki pakowaliśmy do walizek, które wraz z rzeczami innych sąsiadów, zostały zamurowane w jednej z piwnic naszej kamienicy. Najpotrzebniejsze rzeczy wzięliśmy z sobą w nieznaną drogę.
     Po ulicach z częściowo rozebranymi barykadami, jeździły niemieckie samochody, ogłaszając przez zainstalowane głośniki, aktualne komunikaty odnośnie wymarszu mieszkańców poszczególnych ulic. W bramach domów rozlepione zostały komunikaty na ten temat. Warszawa w tych dniach miała dziwny wygląd, po ulicach chodziły patrole zarówno niemieckie, jak i polskie, biegali ludzie z tobołkami, kręcili się fotoreporterzy, filmując naszą gehennę. Przy jednej z barykad upamiętniła mi się toczona rozmowa pomiędzy powstańcami a Niemcami: żołnierz niemiecki, częstując powstańców angielskimi papierosami, mówił czystą polszczyzną, iż były one przeznaczone dla was, ale trafiły do nas - chodziło tu o zrzuty, które często trafiały w niewłaściwe ręce.
     W dniu 4 października 1944 roku po raz ostatni przekręcił się klucz w zamku naszego mieszkania na ul. Żurawiej, a my wraz z grupką sąsiadów i znajomych ruszyliśmy w kierunku Dworca Zachodniego i Pruszkowa.
     Wśród ogromnych tłumów konwojowanych przez żołnierzy niemieckich, szliśmy Al. Jerozolimskimi, przy dawnym Dworcu Głównym, na ulicy ustawiono stolik, przy którym odbywała się rejestracja wychodzących z miasta. Ze względu na duże ilości opuszczającej ludności z pewnością nie objęła wszystkich. Ludzie objuczeni dobytkiem niczym wielbłądy - co za siła, mimo tych głodnych dwóch miesięcy - szli w milczeniu. Niektórzy wieźli starców i chorych w ulicznych śmietnikach, cóż to za smutny widok.
     Wprawdzie był październik, ale ciepło jak latem, ludzie jednak ubrani byli w zimowe okrycia i futra - niewiadoma zima przed nami.
     Przejście odcinka Alejami Jerozolimskimi, ul. Grójecką do placu Narutowicza zajął nam kilka godzin, może ze względu na starsze osoby, idące z nami lub po prostu byliśmy wycieńczeni.
     Po drodze ewakuowani porzucali przed chwilą jeszcze potrzebne rzeczy - niestety siły słabły. Idąca z nami starsza pani, wyrzuciła parasolkę, która stała się taka ciężka...
     W tym marszu mijaliśmy plac Narutowicza i inne ulice prowadzące na Dworzec Zachodni, ale nie kierowali nas tam - a więc może na sławetny Zieleniak, o którym znamy już całą prawdę. Na szczęście mijaliśmy ul. Opaczewską, kolumna szła dalej, a więc idziemy na Okęcie, które wówczas było poza granicami miasta. Nie wiedzieliśmy, iż w tym czasie był przejściowy obóz na Okęciu, zorganizowany w byłej stolarni przy tzw. Szosie Włochowskiej (dziś ulicy Łopuszańskiej).
     Zapadł zmierzch, za nami pozostało nasze miasto oświetlane łunami pożarów. Na trasie coraz mniej ludzi i konwojentów.
     Na Okęciu mieliśmy bliską rodzinę - brat mojej matki ks. Tadeusz Sitkowski był proboszczem tutejszej parafii - może uda się nam uciec z kolumny i dotrzeć do niego, szukając schronienia. Zamysł został zrealizowany - ucieczka powiodła się! W zupełnych ciemnościach dotarliśmy w pobliże plebani, ale nie wiedzieliśmy nic o księdzu, czy żyje, czy nie został wywieziony lub aresztowany. Od napotkanej przypadkowo osoby dowiedzieliśmy się, iż na plebani (ul. Kościelna 2) stacjonowało warszawskie gestapo, a proboszcz został przesiedlony do pomieszczeń zastępczych na parterze. Niemcy zajęli całe I piętro. Mimo pewnego lęku przed Niemcami, wkroczyliśmy do domu, zapełnionego już po brzegi różnymi ludźmi zarówno świeckimi, jak i duchownymi (wśród nich znajdowali się prawdopodobnie ocaleni z masakry na ul. Rakowieckiej księża - Ojcowie Jezuici). W tym gościnnym domu znaleźliśmy i my również schronienie. Nastąpiły powitania, łzy radości - byliśmy już uznani za poległych w czasie walk. Zdziwieni wielce, patrzyliśmy na zastawiony stół ze świeżo ugotowanymi kartoflami i sałatką z pomidorów - takiego zjawiska nie oglądaliśmy przez przeszło dwa miesiące.
     Tę miłą chwilę zakłóciła świadomość, iż nad nami urzędowali Niemcy, którzy opuścili al. Szucha, szukając bezpieczniejszego lokum i każdej chwili mogliśmy oczekiwać, że przyjdą i aresztują kogoś z nas. Na szczęście do tego nie doszło.
     W tym czasie prawie codziennie po "okęckich" domach chodziły patrole niemieckich żandarmów poszukujących i wyłapujących uchodźców warszawskich, ale chyba oni również czuli "respekt" przed gestapo i do tego domu nie zaglądali.
     Po kilku dniach pobytu na Okęciu, dzięki patriotycznej postawie urzędników z gminy wiejskiej Okęcie, której wójtem był Pawłowski, w kennkartach moich bliskich, został dokonany fikcyjny wpis o zameldowaniu się na terenie Okęcia w dniu 24 V 1944 roku, a więc na kilka miesięcy przed wybuchem Powstania.
     Miało to stanowić pewną ochronę przed częstymi ulicznymi i domowymi rewizjami niemieckich żołnierzy stale szukających warszawiaków. Ile osób w ten sposób zostało uratowanych, trudno mi dzisiaj powiedzieć, ponieważ te sprawy nie były załatwiane jawnie. Ludność miejscowa, do której obecnie i my należeliśmy, w miarę swoich możliwości pomagała biednym warszawiakom, za co należało się jej serdeczne podziękowanie. Muszę wspomnieć jeszcze o okęckich ogrodnikach: Wardeckim, Hawłowskim, Bartczaku, Skirzyńskim, którzy bezinteresownie udostępniali plony na swoich polach dla zaspakajania codziennych potrzeb materialnych głodującym warszawiakom. Niestety potrzeb tych było bardzo dużo, a możliwości ich zaspakajania zbyt mało, zupełny zastój na rynku pracy. Do niedawna milionowa Warszawa stała pusta i martwa - tylko codziennie, aż do dnia wyzwolenia, unoszące się nad bezbronnym miastem ciemne dymy, a wieczorami łuny świadczyły o "ciężkiej pracy" niemieckich minerów i podpalaczy. Do grupy czynnie pomagających osób warszawskim uchodźcom należy zaliczyć nieżyjącą panią prof. dr Eleonorę Reicher - samą ukrywającą się pod nazwiskiem Kozłowskiej, spełniającej funkcję pielęgniarki. Tej zacnej kobiecie, obdarzonej przed kilku laty, przez dzieci żyjące już w innym świecie "Orderem uśmiechu" - wiele zawdzięczamy.
     Dużą pomocą służyła również zorganizowana przez RGO kuchnia wydająca gorące posiłki, która znajdowała się na ul. Kościelnej 2.
     Wśród uchodźców znajdowali się także lekarze i pielęgniarki, którzy czynnie włączali się do pracy wspólnie z miejscową służbą medyczną, pomagając potrzebującym.
     Pewnego dnia, chyba był koniec października, stacjonujący na plebani gestapowcy opuścili zajmowany lokal, zmuszając do wynoszenia rzeczy przypadkowo zatrzymywanych przechodniów. Odjechali w niewiadomym kierunku, zabierając wraz ze swoimi rzeczami, szereg cennych rzeczy stanowiących wyposażenie zajętego mieszkania. Według późniejszych niesprawdzonych relacji mieli dostać się w styczniu 1945 roku w ręce sojuszniczych wojsk w okolicach Leśnej Podkowy.
     W niedługim czasie po wyjeździe Niemców i doprowadzeniu mieszkania do porządku, przyjechała następna grupa zajmując znowu tym razem tylko część mieszkania. Wspominam o tym fakcie, ponieważ była to bardzo dziwna grupa złożona z cywilnego lekarza, sanitariusza i kierowcy - gestapowca.
     Codziennie wyjeżdżali rano do Warszawy, prowadzić jakieś badania chyba na poległych żołnierzach niemieckich. Sanitariusz podający się za Ślązaka, kiedyś w rozmowie oświadczył, iż robią takie prace, o których nikomu nie można mówić, ale z zapachu wydzielającego się z ich ubrań po każdym powrocie z Warszawy, domyślaliśmy się, iż mieli do czynienia z zabitymi. W grudniu 1944 roku wyjechali, zabierając tajemnicę ze sobą.
     Zbliżały się kolejne okupacyjne Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. W czasie toczonych rozmów wszyscy byli przekonani, że to już ostatnie święta w tak trudnych i ciężkich warunkach, że następne będą już w wolnej Ojczyźnie. Nadzieję tę rozpraszały jednak ciągłe wystrzały z tzw. "Grubej Berty", której stanowisko znajdowało się na specjalnej bocznicy odchodzącej od szlaku kolei radomskiej, przebiegającej wtedy wzdłuż ul. Lotniczej.
     Funkcjonowało również lotnisko, wraz z wszystkim urządzeniami. Nad lotniskiem górowała wieża ciśnień, o której się powszechnie mówiło, iż dotąd będzie panowanie Niemców, dopóki stać będzie wieża. To się sprawdziło, bowiem wieża wraz z innymi urządzeniami lotniska, została wysadzona w powietrze w nocy z 16/17 stycznia 1945 roku. Była to koszmarna noc, bez przerwy następowały po sobie wybuchy i szalały pożary. Płonęło lotnisko, hangary, znajdujący się w pobliżu dwór byłych właścicieli Okęcia Bagniewskich, zakłady PZL - Skoda. Największy pożar wybuchł na terenie magazynów produktów naftowych tzw. "Polmin" znajdujących się na ul. Włochowskiej w pobliżu torów kolejowych, przebiegającej linii radomskiej. Niesamowity widok sprawiały fruwające płonące beczki z paliwem.
     Ostatnich Niemców - chyba była to grupa, która wysadzała lotnisko - widziałem 17 stycznia 1945 roku rano, kiedy przejeżdżali ciężarówką al. Krakowską w stronę Raszyna, po chwili już wracali, następnie pojechali w kierunku Włoch, ale pierścień okrążenia był już ściśle zamknięty.
     Około godz. 10.00-11.00 rano zobaczyłem na Okęciu pierwszych polskich żołnierzy wraz z nimi byli również czerwonoarmiści. Żołnierze ubrani byli w białe ochronne kombinezony.
     Zebrana ludność zgotowała im spontaniczną owację - żołnierze w rewanżu strzelali na wiwat, całowali się z ludźmi, płynęły łzy radości. W niedługim czasie nadjeżdżać zaczęły czołgi i samochody z wojskiem - Warszawa była wolna!
     W tym samym dniu, około godz. 13.00, wraz z matką wyruszyliśmy do Warszawy, zobaczyć, czy stoi nasz dom, czy można wracać do swojego mieszkania. Dotarliśmy jedynie do pl. Narutowicza, dalej ze względu na bezpieczeństwo nie puszczono. Ulica Grójecka, plac Narutowicza, ulica Niemcewicza zasłane były amunicją, sprzętem wojskowym i innymi gratami porzucanymi przez Niemców w czasie nagłego zaskoczenia i panicznej ucieczki.
     W dniu 18 stycznia 1945 roku ponowiliśmy próbę i dotarliśmy na ul. Żurawią 25. Niestety cała prawie ulica była spalona, a także nasz dom. Mimo wszystko weszliśmy na podwórko - ze zdziwieniem spostrzegliśmy, iż schody prowadzące do piwnicy zachowały się. Zeszliśmy z nadzieją, że chociaż ocalały zamurowane rzeczy. Niestety, ktoś inny był pierwszy - rozwalony mur, a wokół powywalane nasze walizki, pootwierane i pocięte świadczyły, iż dokonał tego ktoś, kto znał miejsce, kto ukrył rzeczy razem z nami. Wśród porozrzucanych walizek znalazłem jedynie rodzinne zdjęcia i swój obrazek od pierwszej komunii świętej - to nie miało żadnej wartości dla sąsiada - szabrownika.
     Ze smutkiem wracaliśmy na Okęcie, myśląc, iż trzeba wszystko zaczynać po raz trzeci na nowo. W ciągu najbliższych kilku dni od wyzwolenia zorganizowały się nowe władze administracyjne, powstała: Gminna Rada Narodowa - Gminy Okęcie pow. Warszawskiego, która rozpoczęła swoją działalność.
     Jedna z pierwszych akcji nowej administracji była wymiana pieniędzy na tzw. "lubelskie". Niemiecka pieczątka z "gapą" znajdująca się na kennkarcie pod zdjęciem, była wycinana, a w zamian każdy okaziciel otrzymywał 500 zł, była to bardzo znikoma suma.
     W celu zakupienia żywności za "nowe" pieniądze, poszliśmy z matką pieszo aż na Gocławek do naszej kuzynki, która trochę handlowała. Warto wspomnieć, iż przez Wisłę przechodziliśmy po lodzie, bo most pontonowy był dla wojska. W niedługim czasie podjął pracę mój dziadek, mimo to warunki materialne były nadal ciężkie. Władze wprowadziły kartki żywnościowe, w ramach, których otrzymaliśmy najpotrzebniejsze artykuły spożywcze oraz tekstylne. Pamiętam jak wszyscy chodzili w jednakowych "jodełkach". W okresie późniejszym w ramach kartek otrzymywaliśmy paczki z UNRRA, w których bywały takie specjały, jak: czekolada, prawdziwa kawa oraz herbata. W lutym 1945 roku rozpocząłem naukę w prywatnym gimnazjum ogólnokształcącym koedukacyjnym Marii Mieszczyńskiej, w klasie VI, którą już raz ukończyłem w czerwcu 1944 roku w szkole powszechnej nr 40 w Warszawie ul. Krucza 21. Przyczyną takiej anomalii było to, iż innej klasy w tym czasie nie było. W roku szkolnym 1945/1946 uczęszczałem już normalnie do I gimnazjalnej. Po likwidacji tej prywatnej szkoły, która z pewnością spełniła swoje zadanie w tych pierwszych latach, przeniosłem się do liceum im. Stanisława Staszica, potem do technikum.
     W kwietniu 1945 roku został przeprowadzony przez gminę Okęcie spis ludności - myślę, iż to był pierwszy w wyzwolonej Warszawie - i został wydany specjalny druczek służący jako pewnego rodzaju dowód osobisty. Nadeszły Święta Wielkanocne - pierwsze po tylu latach w wolnej Polsce. Mimo trudności każdy robił, co mógł, aby właśnie te święta wypadły jak najlepiej. W wielu rodzinach wszyscy byli już w komplecie po tułaczce wojennej i tu było najweselej, w innych było smutno - jeszcze trwała zbyt żywa pamięć o utraconych bliskich, ale ogólnie było to święta radosne. Niezapomniane wrażenie pozostawiła mi w pamięci rezurekcja w owe święta. W nabożeństwie i procesji uczestniczyły tłumy wiernych, byli również przedstawiciele organizacji politycznych, administracji, ze sztandarami oraz oddział żołnierzy WP. Tradycyjnie również strzelano, ale była to istna kanonada, bowiem wszelkiego rodzaju amunicji było jeszcze dużo. W tym brał udział także znajdujący się na uroczystości oddział wojska - tylko oni strzelali na komendę swego zwierzchnika. Po nabożeństwie wszyscy składali sobie nawzajem życzenia, odczuwało się wzajemną ogólną życzliwość. W niedługim czasie święciliśmy jeszcze huczniej i uroczyście zakończenie wieloletniej wojny i Dzień Zwycięstwa.
     Do naszego "tymczasowego" mieszkania, które było stałym aż do 1950 roku, prawie codziennie zaglądali powracający z tułaczki znajomi i rodzina. Wieczornym rozmowom nie było końca, tyle było do opowiedzenia, tyle problemów do rozstrzygnięcia, główną jednak sprawą było znaleźć jakieś lokum i pracę i pozostać na stałe w Warszawie.
     W lecie 1945 roku ogłoszono komunikat o rejestracji w komisariatach MO, spalonych w 1944 roku mieszkań. Zgłosiliśmy również i nasze - niestety skończyło się jedynie na posiadaniu "Karty spalenia", nigdy nie otrzymaliśmy żadnego odszkodowania z racji odszkodowań wojennych.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten