Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Korgola


Wkrótce nastąpił nowy cios - władze niemieckie rozkazały wszystkim mieszkańcom opuścić miasto i iść w nieznane na tułaczkę. Rozpoczynałem wówczas 13 rok życia, mając już za sobą lata spędzone pod hitlerowską okupacją i przeżyty w Warszawie wrzesień 1939 roku. Wraz z najbliższą rodziną, matką i dziadkiem, przygotowywaliśmy się do opuszczenia domu przy ul. Żurawiej 25 m. 9, gdzie mieszkaliśmy po spaleniu w 1939 roku mieszkania przy ul. Nowy Świat 64.
     Najcenniejsze rzeczy z domowego dobytku, dokumenty, fotografie i inne pamiątki pakowaliśmy do walizek, które wraz z rzeczami innych sąsiadów, zostały zamurowane w jednej z piwnic naszej kamienicy. Najpotrzebniejsze rzeczy wzięliśmy z sobą w nieznaną drogę.
     Po ulicach z częściowo rozebranymi barykadami, jeździły niemieckie samochody, ogłaszając przez zainstalowane głośniki, aktualne komunikaty odnośnie wymarszu mieszkańców poszczególnych ulic. W bramach domów rozlepione zostały komunikaty na ten temat. Warszawa w tych dniach miała dziwny wygląd, po ulicach chodziły patrole zarówno niemieckie, jak i polskie, biegali ludzie z tobołkami, kręcili się fotoreporterzy, filmując naszą gehennę. Przy jednej z barykad upamiętniła mi się toczona rozmowa pomiędzy powstańcami a Niemcami: żołnierz niemiecki, częstując powstańców angielskimi papierosami, mówił czystą polszczyzną, iż były one przeznaczone dla was, ale trafiły do nas - chodziło tu o zrzuty, które często trafiały w niewłaściwe ręce.
     W dniu 4 października 1944 roku po raz ostatni przekręcił się klucz w zamku naszego mieszkania na ul. Żurawiej, a my wraz z grupką sąsiadów i znajomych ruszyliśmy w kierunku Dworca Zachodniego i Pruszkowa.
     Wśród ogromnych tłumów konwojowanych przez żołnierzy niemieckich, szliśmy Al. Jerozolimskimi, przy dawnym Dworcu Głównym, na ulicy ustawiono stolik, przy którym odbywała się rejestracja wychodzących z miasta. Ze względu na duże ilości opuszczającej ludności z pewnością nie objęła wszystkich. Ludzie objuczeni dobytkiem niczym wielbłądy - co za siła, mimo tych głodnych dwóch miesięcy - szli w milczeniu. Niektórzy wieźli starców i chorych w ulicznych śmietnikach, cóż to za smutny widok.
     Wprawdzie był październik, ale ciepło jak latem, ludzie jednak ubrani byli w zimowe okrycia i futra - niewiadoma zima przed nami.
     Przejście odcinka Alejami Jerozolimskimi, ul. Grójecką do placu Narutowicza zajął nam kilka godzin, może ze względu na starsze osoby, idące z nami lub po prostu byliśmy wycieńczeni.
     Po drodze ewakuowani porzucali przed chwilą jeszcze potrzebne rzeczy - niestety siły słabły. Idąca z nami starsza pani, wyrzuciła parasolkę, która stała się taka ciężka...
     W tym marszu mijaliśmy plac Narutowicza i inne ulice prowadzące na Dworzec Zachodni, ale nie kierowali nas tam - a więc może na sławetny Zieleniak, o którym znamy już całą prawdę. Na szczęście mijaliśmy ul. Opaczewską, kolumna szła dalej, a więc idziemy na Okęcie, które wówczas było poza granicami miasta. Nie wiedzieliśmy, iż w tym czasie był przejściowy obóz na Okęciu, zorganizowany w byłej stolarni przy tzw. Szosie Włochowskiej (dziś ulicy Łopuszańskiej).
     Zapadł zmierzch, za nami pozostało nasze miasto oświetlane łunami pożarów. Na trasie coraz mniej ludzi i konwojentów.
     Na Okęciu mieliśmy bliską rodzinę - brat mojej matki ks. Tadeusz Sitkowski był proboszczem tutejszej parafii - może uda się nam uciec z kolumny i dotrzeć do niego, szukając schronienia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten