Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Korgola


Zamysł został zrealizowany - ucieczka powiodła się! W zupełnych ciemnościach dotarliśmy w pobliże plebani, ale nie wiedzieliśmy nic o księdzu, czy żyje, czy nie został wywieziony lub aresztowany. Od napotkanej przypadkowo osoby dowiedzieliśmy się, iż na plebani (ul. Kościelna 2) stacjonowało warszawskie gestapo, a proboszcz został przesiedlony do pomieszczeń zastępczych na parterze. Niemcy zajęli całe I piętro. Mimo pewnego lęku przed Niemcami, wkroczyliśmy do domu, zapełnionego już po brzegi różnymi ludźmi zarówno świeckimi, jak i duchownymi (wśród nich znajdowali się prawdopodobnie ocaleni z masakry na ul. Rakowieckiej księża - Ojcowie Jezuici). W tym gościnnym domu znaleźliśmy i my również schronienie. Nastąpiły powitania, łzy radości - byliśmy już uznani za poległych w czasie walk. Zdziwieni wielce, patrzyliśmy na zastawiony stół ze świeżo ugotowanymi kartoflami i sałatką z pomidorów - takiego zjawiska nie oglądaliśmy przez przeszło dwa miesiące.
     Tę miłą chwilę zakłóciła świadomość, iż nad nami urzędowali Niemcy, którzy opuścili al. Szucha, szukając bezpieczniejszego lokum i każdej chwili mogliśmy oczekiwać, że przyjdą i aresztują kogoś z nas. Na szczęście do tego nie doszło.
     W tym czasie prawie codziennie po "okęckich" domach chodziły patrole niemieckich żandarmów poszukujących i wyłapujących uchodźców warszawskich, ale chyba oni również czuli "respekt" przed gestapo i do tego domu nie zaglądali.
     Po kilku dniach pobytu na Okęciu, dzięki patriotycznej postawie urzędników z gminy wiejskiej Okęcie, której wójtem był Pawłowski, w kennkartach moich bliskich, został dokonany fikcyjny wpis o zameldowaniu się na terenie Okęcia w dniu 24 V 1944 roku, a więc na kilka miesięcy przed wybuchem Powstania.
     Miało to stanowić pewną ochronę przed częstymi ulicznymi i domowymi rewizjami niemieckich żołnierzy stale szukających warszawiaków. Ile osób w ten sposób zostało uratowanych, trudno mi dzisiaj powiedzieć, ponieważ te sprawy nie były załatwiane jawnie. Ludność miejscowa, do której obecnie i my należeliśmy, w miarę swoich możliwości pomagała biednym warszawiakom, za co należało się jej serdeczne podziękowanie. Muszę wspomnieć jeszcze o okęckich ogrodnikach: Wardeckim, Hawłowskim, Bartczaku, Skirzyńskim, którzy bezinteresownie udostępniali plony na swoich polach dla zaspakajania codziennych potrzeb materialnych głodującym warszawiakom. Niestety potrzeb tych było bardzo dużo, a możliwości ich zaspakajania zbyt mało, zupełny zastój na rynku pracy. Do niedawna milionowa Warszawa stała pusta i martwa - tylko codziennie, aż do dnia wyzwolenia, unoszące się nad bezbronnym miastem ciemne dymy, a wieczorami łuny świadczyły o "ciężkiej pracy" niemieckich minerów i podpalaczy. Do grupy czynnie pomagających osób warszawskim uchodźcom należy zaliczyć nieżyjącą panią prof. dr Eleonorę Reicher - samą ukrywającą się pod nazwiskiem Kozłowskiej, spełniającej funkcję pielęgniarki. Tej zacnej kobiecie, obdarzonej przed kilku laty, przez dzieci żyjące już w innym świecie "Orderem uśmiechu" - wiele zawdzięczamy.
     Dużą pomocą służyła również zorganizowana przez RGO kuchnia wydająca gorące posiłki, która znajdowała się na ul. Kościelnej 2.
     Wśród uchodźców znajdowali się także lekarze i pielęgniarki, którzy czynnie włączali się do pracy wspólnie z miejscową służbą medyczną, pomagając potrzebującym.
     Pewnego dnia, chyba był koniec października, stacjonujący na plebani gestapowcy opuścili zajmowany lokal, zmuszając do wynoszenia rzeczy przypadkowo zatrzymywanych przechodniów. Odjechali w niewiadomym kierunku, zabierając wraz ze swoimi rzeczami, szereg cennych rzeczy stanowiących wyposażenie zajętego mieszkania. Według późniejszych niesprawdzonych relacji mieli dostać się w styczniu 1945 roku w ręce sojuszniczych wojsk w okolicach Leśnej Podkowy.
     W niedługim czasie po wyjeździe Niemców i doprowadzeniu mieszkania do porządku, przyjechała następna grupa zajmując znowu tym razem tylko część mieszkania. Wspominam o tym fakcie, ponieważ była to bardzo dziwna grupa złożona z cywilnego lekarza, sanitariusza i kierowcy - gestapowca.
     Codziennie wyjeżdżali rano do Warszawy, prowadzić jakieś badania chyba na poległych żołnierzach niemieckich. Sanitariusz podający się za Ślązaka, kiedyś w rozmowie oświadczył, iż robią takie prace, o których nikomu nie można mówić, ale z zapachu wydzielającego się z ich ubrań po każdym powrocie z Warszawy, domyślaliśmy się, iż mieli do czynienia z zabitymi. W grudniu 1944 roku wyjechali, zabierając tajemnicę ze sobą.
     Zbliżały się kolejne okupacyjne Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. W czasie toczonych rozmów wszyscy byli przekonani, że to już ostatnie święta w tak trudnych i ciężkich warunkach, że następne będą już w wolnej Ojczyźnie. Nadzieję tę rozpraszały jednak ciągłe wystrzały z tzw. "Grubej Berty", której stanowisko znajdowało się na specjalnej bocznicy odchodzącej od szlaku kolei radomskiej, przebiegającej wtedy wzdłuż ul. Lotniczej.
     Funkcjonowało również lotnisko, wraz z wszystkim urządzeniami. Nad lotniskiem górowała wieża ciśnień, o której się powszechnie mówiło, iż dotąd będzie panowanie Niemców, dopóki stać będzie wieża. To się sprawdziło, bowiem wieża wraz z innymi urządzeniami lotniska, została wysadzona w powietrze w nocy z 16/17 stycznia 1945 roku. Była to koszmarna noc, bez przerwy następowały po sobie wybuchy i szalały pożary. Płonęło lotnisko, hangary, znajdujący się w pobliżu dwór byłych właścicieli Okęcia Bagniewskich, zakłady PZL - Skoda. Największy pożar wybuchł na terenie magazynów produktów naftowych tzw. "Polmin" znajdujących się na ul. Włochowskiej w pobliżu torów kolejowych, przebiegającej linii radomskiej. Niesamowity widok sprawiały fruwające płonące beczki z paliwem.
     Ostatnich Niemców - chyba była to grupa, która wysadzała lotnisko - widziałem 17 stycznia 1945 roku rano, kiedy przejeżdżali ciężarówką al. Krakowską w stronę Raszyna, po chwili już wracali, następnie pojechali w kierunku Włoch, ale pierścień okrążenia był już ściśle zamknięty.
     Około godz. 10.00-11.00 rano zobaczyłem na Okęciu pierwszych polskich żołnierzy wraz z nimi byli również czerwonoarmiści. Żołnierze ubrani byli w białe ochronne kombinezony.
     Zebrana ludność zgotowała im spontaniczną owację - żołnierze w rewanżu strzelali na wiwat, całowali się z ludźmi, płynęły łzy radości. W niedługim czasie nadjeżdżać zaczęły czołgi i samochody z wojskiem - Warszawa była wolna!

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten