Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Olk Wieczorek


SMUTNE WSPOMNIENIA Z DZIECIŃSTWA, JAKIE ZGOTOWAŁ MI NARÓD NIEMIECKI I HITLER

      1 września 1939 r., mając 7 lat poszłam do szkoły, do pierwszej klasy. Szkoła mieściła się na ul. Okopowej 55.
     Ojca zmobilizowali do służby wojskowej, jako rezerwistę, do pomocy policji w komisariacie na ulicy Ciepłej. Nosił zielony mundur. Matka poszła tego dnia odebrać ojca wypłatę. Pamiętam, że przed południem zaczęły wyć syreny i był straszny nalot. Nauczyciele kazali nam szybko biec do domów. Mieszkałam na ul. Dzikiej róg Okopowej i Powązkowskiej. Po drodze ze szkoły zgubiłam but, a wszędzie było mnóstwo szkieł, które leciały z okien. Wszędzie wokół padały bomby. Samoloty niemieckie zrzucały bomby zapalające i strasznie strzelali - istna Sodoma i Gomora. Kiedy dobiegłam do bramy nasz dom się palił. Brama pełna była ludzi. Babcia, która była w domu odszukała mnie i brata i zaprowadziła do cioci, na ulicę Burakowską 13. Ojciec był zatrudniony przy transportowaniu armat na Fort Bema - tam były tereny wojskowe.Piloci niemieccy prawdopodobnie pomylili Cmentarz Powązkowski z terenami wojskowymi - widzieli parkan Cmentarza, wojsko, konie przywiązane do drzew i armaty. Zaczęli strasznie strzelać i zrzucać bomby. W parkanie, 100 metrów od ulicy Piaskowej, były trzy olbrzymie wyrwy. Wszędzie w okolicy walały się szczątki trumien i zmarłych - powyrywane przez bomby z grobów. Jeszcze długo po nalotach na pobliskim drzewie powiewał biały welon.
       Ojciec zostawił ludzi i zaczął ratować dobytek z palącego się domu. Nasza rodzina została tak, jak stała, bez niczego, bo ojcu nie udało się uratować wielu rzeczy.
      Przez jakiś czas mieszkaliśmy na Burakowskiej u siostry matki, później na Kole na ulicy Obozowej u drugiej siostry.
      Po tym, jak Niemcy wkroczyli do Polski, aresztowali ojca i wielu innych żołnierzy, wszystkich mieli wywieźć do obozów jenieckich. Ktoś przyszedł do matki i powiedział jej, że aresztowali ojca i wywożą go do obozu. e jest w pociągu towarowym na bocznicy w Rembertowie. Matka wzięła dla ojca cywilne obranie i poszła pieszo do tego Rembertowa odszukać ojca. Udało jej się dotrzeć na czas i odszukać ojca. Przebrał się z munduru w ubranie, które przyniosła mama i uciekli przez pola i łąki do Warszawy. Dzięki temu ojciec żył jeszcze do 1945 roku i był z nami jeszcze przez 4 lata w piekle okupacji.
       Okupacja w Warszawie była straszna. Wszystkie szkoły zostały zajęte przez wojsko niemieckie, na wszystkich jezdniach porozstawiane były druty kolczaste, łapanki na ulicach, godzina policyjna, zasłanianie okien czarnym papierem, choć w domu paliła się karbidówka (taka lampa). Ciągle były naloty. Ludzi zabijali wszędzie i za byle co. Na ulicy Orlej powiesili mężczyzn na balkonie i kazali ludziom to oglądać (też tam byłam i widziałam). Mężczyzn wywozili do bauerów żeby pomagali w gospodarstwie niemieckim kobietom, bo ich mąż był na wojnie. Do szkoły chodziłam w prywatnych mieszkaniach, ale jak tylko Niemcy się dowiadywali, zaraz zabierali i sprowadzał się tam folksdojcz.
      Tak upływało życie w biedzie i głodzie. Chleb był na kartki, mydło to glinka. Ludzie mówili, że to mydło z ludzi, bo zaczęli robić getto dla Żydów.
      Ojciec jeździł do Żadurek, żeby coś kupić od gospodarzy (Niemcy nieraz zabierali mu wszystko, bo były rewizje). Kupował żyto, kaszę, fasolę - co się dało. W nocy umawiał się z dozorcą w fabryce Temler i Szwede (Okopowa 78), wchodził po drabinie z workiem i przerzucał do getta (mur fabryki sąsiadował z gettem). Tam pod parkanem czekali głodni Żydzi, nie mieli pieniędzy, więc żywność wymieniana była na jakieś ubrania (raz ojca oszukali, bo dali mu spodnie z wypaloną żelazkiem dziurą na pupie, ale Żyd to tak zachwalał swój towar, że każdego potrafił oszukać). Następnego dnia ojciec szedł na targ Kiercelak i sprzedawał te ubrania od Żydów, bo ludzie nie mieli w czym chodzić, bo Niemcy niszczyli wszystko. W ten sposób ojciec zarabiał, żeby dołożyć do swoich oszczędności i wynająć mieszkanie, bo po tym, jak spaliło nam się mieszkanie we wrześniu, mieszkaliśmy wszyscy u cioci na Obozowej - 10 osób (nas 4, ciocia z mężem i dziećmi, babcia ojca i dziadek) w 25 m2. Babcia gotowała nam zupę kapłunek - chleb zalany wodą, posolony i pokraszony słoniną. A ojciec jak przyjeżdżał ze wsi, to dla mnie przywoził nerkę - dla dziecka to był luksus. Czarną kawę słodziło się melasą, cukier był tylko dla Niemców.
     Gdy mieszkaliśmy jeszcze na Obozowej u cioci miało miejsce takie zdarzenie... syn cioci Czesiek i mój brat Maniek (mieli wtedy po 10 lat) poszli pobiegać na pole. Podczas zabawy Cześkowi zachciało się załatwić ( do domu miał daleko), więc wszedł w dół. Zaczął grzebać w jakimś pudełku, które tam znalazł, a była to mina (bo tam w 1939 r. stały armaty). Mina wybuchła i rozerwała Cześka na strzępy - jego szczątki zostały później zebrane do pudełka po butach. Mojego rodzonego brata Mańka, który stał tuż przy tym dole, od wybuchu wyrzuciło w powietrze na 100 m. Popękały mu bębenki w uszach i porwało mu się ubranie.         Drugiego syna ojca siostry (miał 18 lat) bomba zabiła w ubikacji - ubikacja była ogólna na podwórku. Kiedyś, jak był nalot, 500 kg bomba trafiła prosto w wychodek - nie wybuchła, ale jej impet rozerwał ubikację, w której akurat był mój stryjeczny brat.
      Po tym wszystkim ojciec kupił mieszkanie na ulicy Niskiej, na IV piętrze - 12 m2 na 5 osób (nas czworo + babcia, dziadek umarł w 1940 r.). Była to dzielnica żydowska, ale mieszkali tam w zgodzie Polacy i Żydzi. Długo na Niskiej nie mieszkaliśmy, bo Niemcy robili tam getto. Zamienili nam mieszkanie, na ul. Okopową 63, mieszkanie po Żydach, prawie o połowę mniejsze od naszego - 8 m2 na 5 osób. Sufit i ściany w tym mieszkaniu pomalowane były farbą olejną i jak mama gotowała, to woda skroplona z pary spływała po ścianach. W tym budynku były trzy oficyny - jedna została zburzona w 1939 r., kiedy trafiła w nią bomba burząca. Cały gruz leżał na podwórku, była tylko ścieżka pod samymi oknami, a na górze gruzu stał ołtarzyk i tam się modliliśmy wszyscy co wieczór. Tak żyliśmy do wybuchu Powstania Warszawskiego.     
      Dzień przed Powstaniem Warszawskim Niemcy tak jakby czuli, że coś się święci. Wyruszyli całą dywizją. Po drodze zatrzymali się na ulicy Spokojnej, ustawili sprzęt i samochody, a każdy Niemiec był u Polaka w domu, żeby się przespać, ogolić i umyć - to był przymus. Na drugi dzień na szczęście kolumna ruszyła, bo gdyby zostali to byłaby straszna tragedia.
      Wybuch Powstania Warszawskiego jest trudny do opisania. Smutny był widok, jak się żegnali synowie i mężowie i szli na zgrupowanie. Pamiętam walkę na ulicach, trupy wszędzie. Powstańcy mieli mało broni, dopiero sukcesywnie zdobywali na Niemcach. Niemieckie działa strzelały bez przerwy. Po torach kolejowych przy Dworcu Gdańskim jeździła tak zwana "Krowa" - olbrzymie działo. Ludność cywilna siedziała w piwnicach. Posłanie było na skrzyni od węgla (bo dom ogrzewało się tylko węglem). Matka położyła pierzynę na tej skrzyni, żeby dzieci miały ciepło, a sami siedzieli w kucki na podłodze. Świeciła się świeca lub karbidówka. Zewsząd słychać było odgłosy wybuchów. Gdyby bomba trafiła w dom, to by już nikt z tej piwnicy nie wyszedł... a takich domów było dużo. Jak robiło się cicho, to się wychodziło tam, gdzie Powstańcy zdobyli teren. Kiedy się wyszło i zobaczyło radość Powstańców, że coś zdobyli i jadą dalej, to radości nie było końca. Każde małe zwycięstwo bardzo podnosiło wszystkich na duchu. Powstańcy z Batalionu "Zośka" zdobyli szkołę na ulicy Spokojnej. W tej szkole w czasie okupacji stały baraki, w których szyli mundury dla Niemców. Z getta zwozili tam różne rzeczy i wkładali w skrzynie, które stały w tych barakach. Czasem z dzieciakami chodziliśmy tam "ze szperandą", że może znajdziemy tam coś do jedzenia. Pracował tam taki Niemiec - Ślązak. Zawsze w niedzielę, jak miał służbę, to nas wpuszczał od ul. Kolskiej, żebyśmy wzięli sobie coś z tych skrzyń. Raz spotkał nas deszcz. Weszliśmy w te skrzynie, żeby przeczekać, aż przestanie padać, a tam były czarne futra, ale my dzieci nie wiedzieliśmy, źe to z grabieży z getta, że te skóry są nie wykończone. Jak wyszliśmy z tych skrzyń, to byliśmy tacy ubrudzeni czarną farbą, że wyglądaliśmy, jak diabły. Ten Ślązak zaprowadził nas do domku, który stał koło szkoły, napuścił wody do wanny i kazał się umyć, dopiero później wypuścił nas do domu. Powiedział, że też ma dzieci, ale jest na wojnie.
      Podczas Powstania najpierw od ulicy Kolskiej Miecio Stasiak przeciął siatkę z drutu i dostał się na teren, a Niemcy ukryli się w kotłowni i wzięli polskie szwaczki, jako zakładniczki. Była straszna strzelanina. Powstańcy strzelali ze szkoły na ulicy Okopowej, później przyjechali samochodem zdobytym na Niemcach. Miecio Stasiak został ranny w twarz, mój brat niósł mu karabin. Po zwycięstwie powstańczym i zdobyciu szkoły, Niemcy i polskie zakładniczki zostali wyprowadzeni z kotłowni. Polki płakały, że to nie ich wina, że wzięli je w niewolę Niemcy. Pośród wyprowadzonych Niemców był ten Ślązak, zgłosił się do Powstańców, że on jest Ślązakiem i Polakiem, że był zmuszony i walczy u Niemców. Powstańcy mu uwierzyli, więc wziął ze szkoły harmonię i wsiadł na samochód z Powstańcami (i później z nimi walczył), a Niemców wzięli do niewoli. Ale ta radość była krótka. Samoloty nadleciały nad szkołę tak nisko, że szyby z okien leciały. Któregoś dnia od szkoły na Okopowej 55 jechał samochód z Powstańcami. Pewnie na Stawki, do magazynów niemieckich, bo tam były konserwy i cukier. Od Powązkowskiej nadjechał czołg niemiecki i zaczął strasznie strzelać. Niemcy zabili czterech powstańców, samochód się palił. Jeden z ocalałych Powstańców przebiegł przez ulicę i wpadł w bramę na Okopowej 63. Ojciec zerwał z niego panterkę i włożył ją do ustępu i utopił miotłą. Powstaniec (ojciec mówił, że nazywał się Pączkowski) kanałami wydostał się z naszego domu i uciekł, a ojciec w tym czasie zawiesił białe prześcieradło na kiju i zaczął machać przed bramą, że się poddajemy. Niemcy kazali wszystkim wychodzić z piwnic. Każdy wziął jakiś tobołek na plecy. Nam matka zrobiła takie worki, w których ojciec handlował - dwa ziemniaki w róg worka, żeby się trzymały sznurki do zawiązania u góry i na plecy.
      Niemcy wyprowadzili nas przez Cmentarz Powązkowski do ulicy Tatarskiej, obozową do kościoła Św. Wojciecha na Wolskiej. Gdy wprowadzali nas do Kościoła, nad Warszawą była jedna wielka czerwona łuna od palącego się miasta. Do środka wprowadzili tylko kobiety i dzieci, a mężczyzn zaprowadzili pod Kościół. W kościele było dużo ludzi. Na podłodze leżeli ranni, ludzie starsi i dzieci. Zewsząd słychać było jeden wielki jęk i płacz. Rano nas wyprowadzili. Kiedy zobaczyłam ojca, chciałam mu dać torbę z chlebem, ale dostałam od Niemca szpicrutą przez plecy, tak, że nie mogłam się podnieść.
      Kobiety i dzieci Niemcy pędzili do Dworca Zachodniego. Ludzie nie mieli sił iść. Ulice pełne były gruzu i trupów. Ojca i wszystkich pozostałych mężczyzn zabrali do uprzątania ulic i trupów. 21 sierpnia 1944 r. ojciec został przez policję z Warszawy przywieziony do obozu Sachsenhausen - nr więźnia 92001, kategoria więźnia - polityczny. 29 sierpnia 1944 r. przeniesiono ojca do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie (nr więźnia 84417). Po wyzwoleniu obozu przez wojsko amerykańskie ojciec został przewieziony do szpitala w Neunburgu i tam zmarł 11 maja 1945 r. Przyczyną śmierci była dyzenteria i nieżyt jelit. W chwili śmierci ojciec ważył 35 kg a miał 190 cm wzrostu. Po wojnie otrzymaliśmy dokumenty od PCK, z których wynika, że został pochowany na cmentarzu w Neunbergu Nr 226 1/4.
      Z Dworca Zachodniego mnie, matkę i brata wywieźli do Pruszkowa. Tam spotkaliśmy matki siostrę (tę z Burakowskiej) - Anielę Kołakowską z synem Tadeuszem (drugi syn zginął w Powstaniu Warszawskim) oraz moją babcię (matkę matki) Agnieszkę Lorent. Razem spotkało się nas tam 6 osób z rodziny. Załadowali nas na transport do Niemiec. Zawieźli do Libeau. Tam przenocowaliśmy i pojechaliśmy dalej do Oranierburga. W Oranierburgu była selekcja, żeby nie było osób samotnych do Lerte. Tam była też kąpiel, golenie głów, jak ktoś miał wszy i po nocy spędzonej na podłodze, znów do pociągu. Gdy w pociągu ktoś miał fizjologiczną potrzebę, to trzeba było załatwiać się w biegu pociągu. Matka trzymała za ręce w drzwiach pociągu towarowego, wszystkie kobiety robiły tak samo. A w wagonie byli też chłopcy 16 - 17 letni.
      W Lerte okolczykowali nas (tak jak teraz robią to zwierzętom) i zrobili zdjęcie z numerem na piersi. Tam byliśmy ze dwa tygodnie. Nawet raz przywieźli mężczyzn i matka poznała sąsiadki syna - Bogdana Pączkowskiego (on chyba był w Powstaniu Warszawskim). Rzucił mi kromkę chleba przez płot - to był luksus. W Lerte było okropnie. Prócz Niemców było dużo Ukraińców w mundurach niemieckich.
      Gdy zbliżał się wieczór, kobiety wszystkie prycze do spania z dziećmi przysuwały do drzwi, bo ci Ukraińcy dobierali się do kobiet na oczach dzieci. To było straszne. Niemcy tego nie robili, najwyżej, jak był rozkaz to zabił.  Raz widziałam, jak sąsiadka miała na palcu obrączkę. Jak zobaczył ją Łotysz, to kazał zdjąć. Ona nie mogła, więc ugryzł ją w palec i zabrał tę obrączkę. Taki widok był dla dzieci straszny.
      Po pobycie w Lerte zawieźli nas do Bergen-Belsen, a tam były takie wielkie namioty, że mogło wjechać 20 czołgów. Tam było spanie na trawie, a była późna jesień. Matka umyła mi głowę na dworze. Dostałam wrzodów na całej głowie, do tego jeszcze wszy. Cała moja głowa to był jeden wielki strup, strasznie cierpiałam. Jedliśmy kit - marchew w obierkach, liście kapusty i jarmuż. Jak się znalazło puszkę, koło kantyny niemieckiej, to było w czym zjeść, a pokrywka służyła za łyżkę. Do picia dawali miętę. Wodę piłam z rynsztoka, przez chusteczkę. Na plac apelowy pędzili nas Niemcy z psami S.S. kazali się ustawić dzieci przed matką, a jak ktoś był samotny, to go oddzielali od nas i mówili, że pojadą w góry Haren, a my do bauerów, jako transport matek z dziećmi. W ostatniej chwili brat wystąpił przed babcię. Niemiec się zatrzymał, spojrzał i zapytał Junge?, babcia kiwnęła głową, że tak i dzięki temu ocalała. Te znajome, co pojechały w góry Haren już do Warszawy nie wróciły. Nas zawieźli do Meikinzburg - Lager. U jednej bauerki kazali kopać kartofle rękami, bo nie miała maszyn, ani motyk. Dali bruzdę jednej osobie i dziecku. Na tym polu leżały kawały gnoju. Po kilku dniach zaczęły mi ropieć paznokcie i zrobiły się krosty do łokcia. Tłumaczka niemiecka zawiozła mnie do szpitala, tam dali leki i pomału się wyleczyłam. Chodziliśmy zbierać orzeszki buczynowe w lesie, a matki karczować drzewa. Dostaliśmy buty całe z drzewa, tzw. czółna. Brat, jak wieźli nas do pracy, uczepił się traktora, żeby na szosie zdarły się podeszwy, żeby były lżejsze do noszenia. Jak przyszła noc, to kobiety mu ukradły te buty.
     W grudniu skończyły się roboty w polu i w lesie, wsadzili nas w pociąg i zawieźli do Krakowa do RGO, bo to był transport matek z dziećmi. Tam nas przydzielili do Łowicza, na wieś Rząsno, do p. Kozłowskiej, bo Warszawa nie była jeszcze wolna. 
      Przed Bożym Narodzeniem wszyscy szli na Pasterkę. Matka nie miała ciepłego ubrania, bo z domu wyszła w sierpniu. Więc ubrali matkę w pasiak łowicki, a ja zostałam w domu. Chciałam wyjść do ubikacji za stodołę, a w budzie był pies. Zerwał się z łańcucha, tak mnie pogryzł, że do dziś mam szramy - pamiątki po wojnie - a miałam wtedy 12 lat. 
      Przez tę wieś szła droga na Kutno, więc wojsko, które zdobyło Warszawę i szło na Berlin, zatrzymało się na kwaterze u gospodarza. Oficerowie w domu, a szeregowcy w stodole. Ci szeregowcy w nocy nawet ule rozebrali z głodu. Matka i córki spały w komorze, a drzwi zasłonięte były szafą, bo to była dzicz. Tylko ci oficerowie byli kulturalni. Rano poszli na polowanie i prosili, żeby zrobić im coś do zjedzenia z tego, co upolowali. Całe wojsko się najadło do syta - kuropatwy, bażanty i sarny. Na drugi dzień samochód wysłali po zaopatrzenie i benzynę. Jeden oficer powiedział, że za to jadło, kierowca ma matkę z synem zawieźć bliżej Warszawy. Gospodarz dał trochę jedzenia na drogę i pęczek słomy - włożył na samochód i pojechali. A ja zostałam. Matka po dwóch tygodniach przyjechała po mnie. 20 stycznia 1945 r. byliśmy już w Warszawie. Kiedy wróciliśmy po drodze do domu widzieliśmy góry trupów z ekshumacji prowadzonych przez PCK. W wyzwolonej Warszawie wszyscy sobie pomagali, gdzie było jakieś mieszkanie, to się je zajmowało. Mieszkaliśmy na IV piętrze na ulicy Spokojnej. Schodów nie było, bo Niemcy zapalili miotaczami ognia co drugie piętro. Więc mężczyźni położyli deski, na nich, w poprzek kolejne deski i tak się wchodziło na IV piętro i nosiło wodę. Każdy odwiedzał swoje dawne mieszkanie i dla rodziny wieszał kartki z informacją gdzie jest, żeby rodziny się mogły odnaleźć.
      Po wodę chodziliśmy do studni na cmentarz albo do fabryki Temlera, ale tam pilnowało wojsko, bo w dołach była skóra, więc zabronili. Zaczęliśmy chodzić na Okopową 57, tam był teren Zakładów Oczyszczania Miasta (my nazywaliśmy to PWK). Tam w pobliżu olbrzymiego komina była głęboka studnia. Raz komuś wpadło wiadro i chciał je wyjąć hakiem strażackim, zamiast wiadra wyciągnął za pasek Niemca więc studnia została zabita i wody nie było. Ale przez to chodzenie po wodę odkryłam straszne rzeczy - na tym polu przy PWK Niemcy zabijali ludzi (to byli Robinsonowie Warszawy, którzy kryli się w zawalonych piwnicach i schronach)i na stosach drzewa palili zwłoki. Niemcy chcieli zrównać Warszawę z ziemią, spalony dom wysadzali w powietrze, ale jak znajdowali ludzi to sprowadzali na Okopową 57 i tam była zagłada - pełno spalonych ludzi, kluczy, zamków od walizek, złoto i pierścionki. Po wyzwoleniu wielu młodych mężczyzn chodziło tam szukać, co można byłoby sprzedać. Później przez zamarzniętą Wisłę chodzili na Pragę, żeby sprzedać to znalezione złoto i kupić coś do jedzenia. Ale szybko dowiedziała się o tym policja, wojsko polskie i radzieckie (dużo żołnierzy wojska rosyjskiego było w Polsce przez wiele lat - cała jednostka stacjonowała w tym miejscu, gdzie jest teraz CH Arkadia). Zaczęły się aresztowania. Jędrkiewicz i Religa byli kilka razy zatrzymywani (to na pewno jest w aktach IPN). W tym miejscu zagłady na Okopowej 57 była później zbierana ziemia i przesiewana. Nawet w basenie przeciwpożarowym w szkole na Spokojnej. Także ta ziemia jest usłana prochami ludzi. Na tym kominie w PWK umieszczona była czarna tablica z informacją, że ginęli tam ludzie. Ale, jak zburzono ten komin, bo zaczęto budować tam dwupiętrowe budynki na hotele robotnicze dla budowy metra, to to miejsce i tę tablicę zlikwidowano. Minęło tyle lat, a tam nie ma nawet wmurowanej tablicy. Byłam na Kruczej, gdzie jest ministerstwo, p. Przewoźnik (zajmuje się Katyniem) i powiedziałam, że jeszcze żyję i to pamiętam. Zapytałam, dlaczego nie ma tam tablicy upamiętniającej to zdarzenie i zmarłych tam ludzi. W sekretariacie pani mi powiedziała, że oni wiedzą o tym miejscu i koniec.
       Wszyscy warszawiacy pracowali przy odbudowie Warszawy. Nawet dzieci uprzątały gruz, żeby mogły wjechać samochody i dowieźć żywność. Kobiety z podwarszawskich miejscowości (jak Babice) przynosiły na plecach bańki z mlekiem zawinięte w płótno, żeby sprzedać dla maleńkich dzieci. Zaczęli ściągać ludność z całej Polski do odbudowy stolicy. Ci ludzie dostawali mieszkania szybciej niż warszawiacy, bo mieszkali w hotelach robotniczych. Mnie, warszawiankę, chcieli wywieźć za Zamość. Miałam wtedy 13 lat. To była Instytucja Opieki Społecznej na Żurawiej. Chcieli pomóc matce, bo była wdową z dwójką dzieci. Dali palto, sukienkę i buty. Opiekunki wsadziły dużo dzieci w pociąg. Zawieźli nas do Zamościa. Wsadzili do tego zamku, który jest na rynku i zamknęli, ale nie na klucz, bo po wojnie zamek był ograbiony, po prostu wyjęli z naszej strony klamki. Następnego dnia do tego zamku przychodziły wiejskie kobiety, one nawet nie potrafiły mówić po polsku, były strasznie biedne. Kazali nam wychodzić na środek sali i mówić co potrafimy robić. Zapytałam tej wiejskiej kobiety, co ja będę robić, usłyszałam, że będę paść krowy i gęsi i pomagać w obrządku. Na drugi dzień, te kobiety miały nas zabrać. Ale cztery najstarsze dziewczyny zbuntowały się. Jak panie z tej opieki nas zamknęły okazało się, że ktoś ma scyzoryk i nim się otworzyło drzwi i dzięki temu uciekłyśmy. Dostałyśmy się na szosę i próbowałyśmy łapać stopa. Mówiłyśmy, że jesteśmy z Warszawy i prosiłyśmy, żeby nas ktoś podwiózł do Lublina na pociąg. Zabrał nas kierowca ciężarówki, który na pace wiózł jajka. Kazał nam tam wsiąść. Z głodu wypiłyśmy mu trochę tych jajek. Tak po prośbie dotarłyśmy w końcu do Warszawy. Matka nakrzyczała na mnie, że chciało mi się wypoczywać, bo w domu było źle. Parę dni później przyszły do domu panie z opieki i kazały oddać ubrania i więcej się nie pokazywać.
       Zaczęłam chodzić do szkoły, aż na Żelazną. Ale to było daleko i musiałam chodzić pieszo, więc przepisali mnie na Elbląską. Ale nie było wtedy wiaduktu na Powązkowskiej (był zerwany, oczyścili tylko tory), więc nieraz nie było sposobu, by dotrzeć do szkoły. Nieraz było tak, że wojska radzieckie wracały pociągami z zachodu i szły całe zestawy armat lub grabieży - wszystko wywozili na wschód. Nie było możliwości by przejść przez tory. A nieraz transporty stały godzinami. Dlatego dostęp do szkoły był ograniczony. W takich warunkach skończyłam siedem klas szkoły podstawowej. W roku 1949, mając 17 lat wyszłam za mąż. Urodziłam troje dzieci. Daj Boże każdemu takie dzieci. Mam pięcioro wnuków i dwoje prawnuczków. Szczycę się tym, że jestem rodowitą warszawianką, a moje dzieci nie uciekają za granicę, pracują na stanowiskach, pokończyły szkoły i są uczciwymi ludźmi i patriotami i też są dumni z tego, że są warszawiakami.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten