Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Olk Wieczorek


      Z Dworca Zachodniego mnie, matkę i brata wywieźli do Pruszkowa. Tam spotkaliśmy matki siostrę (tę z Burakowskiej) - Anielę Kołakowską z synem Tadeuszem (drugi syn zginął w Powstaniu Warszawskim) oraz moją babcię (matkę matki) Agnieszkę Lorent. Razem spotkało się nas tam 6 osób z rodziny. Załadowali nas na transport do Niemiec. Zawieźli do Libeau. Tam przenocowaliśmy i pojechaliśmy dalej do Oranierburga. W Oranierburgu była selekcja, żeby nie było osób samotnych do Lerte. Tam była też kąpiel, golenie głów, jak ktoś miał wszy i po nocy spędzonej na podłodze, znów do pociągu. Gdy w pociągu ktoś miał fizjologiczną potrzebę, to trzeba było załatwiać się w biegu pociągu. Matka trzymała za ręce w drzwiach pociągu towarowego, wszystkie kobiety robiły tak samo. A w wagonie byli też chłopcy 16 - 17 letni.
      W Lerte okolczykowali nas (tak jak teraz robią to zwierzętom) i zrobili zdjęcie z numerem na piersi. Tam byliśmy ze dwa tygodnie. Nawet raz przywieźli mężczyzn i matka poznała sąsiadki syna - Bogdana Pączkowskiego (on chyba był w Powstaniu Warszawskim). Rzucił mi kromkę chleba przez płot - to był luksus. W Lerte było okropnie. Prócz Niemców było dużo Ukraińców w mundurach niemieckich.
      Gdy zbliżał się wieczór, kobiety wszystkie prycze do spania z dziećmi przysuwały do drzwi, bo ci Ukraińcy dobierali się do kobiet na oczach dzieci. To było straszne. Niemcy tego nie robili, najwyżej, jak był rozkaz to zabił.  Raz widziałam, jak sąsiadka miała na palcu obrączkę. Jak zobaczył ją Łotysz, to kazał zdjąć. Ona nie mogła, więc ugryzł ją w palec i zabrał tę obrączkę. Taki widok był dla dzieci straszny.
      Po pobycie w Lerte zawieźli nas do Bergen-Belsen, a tam były takie wielkie namioty, że mogło wjechać 20 czołgów. Tam było spanie na trawie, a była późna jesień. Matka umyła mi głowę na dworze. Dostałam wrzodów na całej głowie, do tego jeszcze wszy. Cała moja głowa to był jeden wielki strup, strasznie cierpiałam. Jedliśmy kit - marchew w obierkach, liście kapusty i jarmuż. Jak się znalazło puszkę, koło kantyny niemieckiej, to było w czym zjeść, a pokrywka służyła za łyżkę. Do picia dawali miętę. Wodę piłam z rynsztoka, przez chusteczkę. Na plac apelowy pędzili nas Niemcy z psami S.S. kazali się ustawić dzieci przed matką, a jak ktoś był samotny, to go oddzielali od nas i mówili, że pojadą w góry Haren, a my do bauerów, jako transport matek z dziećmi. W ostatniej chwili brat wystąpił przed babcię. Niemiec się zatrzymał, spojrzał i zapytał Junge?, babcia kiwnęła głową, że tak i dzięki temu ocalała. Te znajome, co pojechały w góry Haren już do Warszawy nie wróciły.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten