Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Olk Wieczorek


       Wszyscy warszawiacy pracowali przy odbudowie Warszawy. Nawet dzieci uprzątały gruz, żeby mogły wjechać samochody i dowieźć żywność. Kobiety z podwarszawskich miejscowości (jak Babice) przynosiły na plecach bańki z mlekiem zawinięte w płótno, żeby sprzedać dla maleńkich dzieci. Zaczęli ściągać ludność z całej Polski do odbudowy stolicy. Ci ludzie dostawali mieszkania szybciej niż warszawiacy, bo mieszkali w hotelach robotniczych. Mnie, warszawiankę, chcieli wywieźć za Zamość. Miałam wtedy 13 lat. To była Instytucja Opieki Społecznej na Żurawiej. Chcieli pomóc matce, bo była wdową z dwójką dzieci. Dali palto, sukienkę i buty. Opiekunki wsadziły dużo dzieci w pociąg. Zawieźli nas do Zamościa. Wsadzili do tego zamku, który jest na rynku i zamknęli, ale nie na klucz, bo po wojnie zamek był ograbiony, po prostu wyjęli z naszej strony klamki. Następnego dnia do tego zamku przychodziły wiejskie kobiety, one nawet nie potrafiły mówić po polsku, były strasznie biedne. Kazali nam wychodzić na środek sali i mówić co potrafimy robić. Zapytałam tej wiejskiej kobiety, co ja będę robić, usłyszałam, że będę paść krowy i gęsi i pomagać w obrządku. Na drugi dzień, te kobiety miały nas zabrać. Ale cztery najstarsze dziewczyny zbuntowały się. Jak panie z tej opieki nas zamknęły okazało się, że ktoś ma scyzoryk i nim się otworzyło drzwi i dzięki temu uciekłyśmy. Dostałyśmy się na szosę i próbowałyśmy łapać stopa. Mówiłyśmy, że jesteśmy z Warszawy i prosiłyśmy, żeby nas ktoś podwiózł do Lublina na pociąg. Zabrał nas kierowca ciężarówki, który na pace wiózł jajka. Kazał nam tam wsiąść. Z głodu wypiłyśmy mu trochę tych jajek. Tak po prośbie dotarłyśmy w końcu do Warszawy. Matka nakrzyczała na mnie, że chciało mi się wypoczywać, bo w domu było źle. Parę dni później przyszły do domu panie z opieki i kazały oddać ubrania i więcej się nie pokazywać.
      Zaczęłam chodzić do szkoły, aż na Żelazną. Ale to było daleko i musiałam chodzić pieszo, więc przepisali mnie na Elbląską. Ale nie było wtedy wiaduktu na Powązkowskiej (był zerwany, oczyścili tylko tory), więc nieraz nie było sposobu, by dotrzeć do szkoły. Nieraz było tak, że wojska radzieckie wracały pociągami z zachodu i szły całe zestawy armat lub grabieży - wszystko wywozili na wschód. Nie było możliwości by przejść przez tory. A nieraz transporty stały godzinami. Dlatego dostęp do szkoły był ograniczony. W takich warunkach skończyłam siedem klas szkoły podstawowej. W roku 1949, mając 17 lat wyszłam za mąż. Urodziłam troje dzieci. Daj Boże każdemu takie dzieci. Mam pięcioro wnuków i dwoje prawnuczków. Szczycę się tym, że jestem rodowitą warszawianką, a moje dzieci nie uciekają za granicę, pracują na stanowiskach, pokończyły szkoły i są uczciwymi ludźmi i patriotami i też są dumni z tego, że są warszawiakami.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten