Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ewy Osieckiej


foto
Wspomnienie Ewy Osieckiej wypędzonej przez Niemców z domu na Sadybie  w Warszawie      4 września 1944 r.   - z matką i siostrą

     Do chwili wybuchu wojny byliśmy normalną, szczęśliwą rodziną - rodzice, moja starsza siostra Hania i ja. Napaść Niemiec na Polskę 1 września 1939 r. i  wkrótce Rosji Sowieckiej 17 września zniszczyły  doszczętnie życie naszej rodziny - w 1940 r. zginął w Katyniu nasz Ojciec, a w 1944 r. po pięciu latach ciężkiej okupacji Niemcy wypędzili nas z domu,  pozbawiając nas dachu nad głową i całego mienia, dorobku naszych Rodziców. W momencie wybuchu wojny miałam zaledwie rok, a moja siostra 9 lat. Mieszkaliśmy na Sadybie, w pięknym mieszkaniu z tarasem, przy ul. Goraszewskiej - rodzice mieli plany kupna domku z ogrodem w pobliżu lub na Żoliborzu. Żyli skromnie, dorabiając się po trochu wszystkiego wytężoną pracą. Mama, która ukończyła studia polonistyczne, zajmowała się domem i wychowaniem nas. Ojciec, absolwent Wyższej Szkoły Handlowej, awansował właśnie na stanowisko dyrektora KKO; był znanym hokeistą, dwukrotnym Olimpijczykiem, w okresie międzywojennym reprezentował barwy Polski na licznych zawodach międzynarodowych, ostatnio sędziował mecze. Oczywiście nie pamiętam mojego Ojca i był to zawsze wielki smutek mego osieroconego życia. Ojciec był bardzo przystojny, a z opowiadań i wspomnień Mamusi i Siostry oraz innych osób, wiem, że był obdarzony niezwykłym urokiem postaci, obejścia, życzliwości dla ludzi, pogodnego usposobienia i wielkiej dobroci. Lubił ład i porządek, a jednocześnie ruch i życie. Uwielbiał sport, zwłaszcza hokej na lodzie, jeździł też na nartach, pływał, grał w tenisa. Był porucznikiem rezerwy. Piszę o tym, aby uwidocznić, jak wielką była Jego strata, nie tylko dla rodziny.   
     W lecie 1939 r. sytuacja międzynarodowa stała się napięta, mówiono o wojnie i czyniono do niej przygotowania. W sierpniu nastąpiła pierwsza mobilizacja, Tatuś miał już w pogotowiu mundur i buty wojskowe.... 1 września wybucha wojna, a 3 września rano mobilizacja obejmuje Tatusia.  Był to piękny, ciepły dzień i mój Dziadek, malarz, na tarasie pośpiesznie malował jeszcze portret Tatusia, ale Ojciec już spieszył się na pociąg - pożegnanie i wyjazd z kartą mobilizacyjną do Chełma Lubelskiego, z myślą, że za parę tygodni przecież wróci do domu. Nie wrócił. Odtąd już zawsze byłyśmy same, bez Niego. 
        Przeżywamy oblężenie Warszawy, bombardowania, braki żywności. W pokojach wylatują szyby, odłamki pocisku wpadają do pokoju przebijając ściany szafy i wszystkie ubrania, cudem niemal nic nam się nie stało. 27 września wkraczają Niemcy. 20 żołnierzy zajmuje na kwaterę jeden pokój, po 3 tygodniach wynoszą się, zostawiając nieład i brud. Mama nie ma środków do życia, rodzina pomaga, jak może, ale jest ciężko, tym bardziej, że Mama traci zdrowie: nerwobóle, zapalenie korzonków nerwowych sprawiają nieznośny ból, z trudnością może się poruszać. Choroba Mamy pozostała na całe życie w postaci uszkodzenia kręgosłupa i wynikających stąd innych dolegliwości. Straszliwa, mroźna zima, brak opału, żywności. Gnieździmy się w jednym pokoju, który opala tylko żelazny piecyk. Reszta mieszkania jest nie opalana, pękają dwa razy rury w łazience, woda zalewa mieszkanie. Żadnej wiadomości od Ojca, złe wieści, Polska między dwoma wrogami. Mamę niszczy niepokój o Tatusia - przeraźliwie smutne dni, niedospane noce. Wreszcie przed świętami Bożego Narodzenia 1939 r. przychodzi jedyny zresztą list od Tatusia z obozu w Kozielsku, z niewoli sowieckiej, oszczędny w słowach, widać, że nie wszystko może pisać, ale z nadzieją, że może się wkrótce zobaczymy - Mamusia natychmiast wysyła przez PCK list. Kończy się sroga zima. Wiosną przychodzi wcześniejszy list od Tatusia, pisany w 4 dni po wyruszeniu na wojnę - 7 września 1939 r. - z Równego, w dniu w którym dotarł do swojej formacji, po podróży pełnej grozy. List wędrował ponad pół roku, przez cenzurę niemiecka. Pisze do Mamy: ?Januś, pilnuj  dzieci i siebie, o mnie myśl tak, jak powinno się myśleć o żołnierzu." Lęka się bardzo o nasz los. Potem nastąpił okres niewoli w Kozielsku i ....Katyń.
      Do nieszczęść związanych z okropnościami wojny doszły jeszcze choroby. Choruje Hania, musi przerwać naukę na 2 miesiące. Na zapalenie opon mózgowych zapada Ciocia, siostra Mamy, w bardzo ciężkim stanie leży u nas, bo szpitale są bombardowane. Jest też u nas jej teściowa i córeczka, dojeżdża wuj. Na głowie Mamy cały dom, lekarze, zabiegi, operacja. I ciągłe naloty. Po szczęśliwym wyzdrowieniu Cioci, zaczyna znów ciężko chorować Hanka - gorączka, silne bóle reumatyczne, wreszcie dyfteryt. Zaraz po niej, w grudniu 1942 r., zapadam na dyfteryt i ja. Choruję 3 miesiące, dochodzi zapalenie mięśnia sercowego, prawie umieram. Pod koniec zimy 1943 r. zakradają się do nas w nocy złodzieje przez taras i z jednego pokoju wynoszą wszystko co tam było, oprócz mebli (maszynę do szycia, ubrania, bieliznę, żywność - przeniesione na czas mojej choroby). Po tych nieszczęściach przychodzi najgorsze. W kwietniu 1943 r. gazety codziennie drukują listy - wykazy "pomordowanych w ZSRR w lesie Katyńskim oficerów polskich". Pewnego dnia na liście tej ukazuje się nazwisko Tatusia.  Pamiętam ten straszny dzień, bo Mamusia zemdlała, a ja czując, że wydarzyło się coś bardzo złego wsunęłam się skulona pod szafę w sypialni i płakałam, aż zasnęłam i ktoś mnie wreszcie tam znalazł. Mama, jak wiele innych, nie mogła uwierzyć, chwytała się każdej iskierki nadziei - może to propaganda niemiecka? To niemożliwe, przecież to jeńcy wojenni.... Ale musiała żyć i troszczyć się o nas. A groza wojny stawała się coraz straszniejsza, wciąż nowe ofiary, egzekucje, łapanki, obozy koncentracyjne. W lecie 1944 r. Niemcy biorą ludzi do kopania rowów przeciwlotniczych, idzie też Mamusia.
      1 sierpnia  wybucha Powstanie. Całą noc leje deszcz. Ze wspomnień Mamy wiem, że nad ranem wpadło do nas 5 powstańców, chroniąc się przed Niemcami. Mama ich ukrywała przez kilka godzin, potem rozbiegli się pojedynczo, gdy obstrzał niemiecki ustał. Moi dwaj wujowie  walczą w Powstaniu, jeden z nich ginie pierwszego dnia w Alei  Szucha. Do domu przychodzą uciekinierzy ze zbombardowanych domów z Czerniakowa  i z innych dzielnic - jest razem 11 osób, wody już nie ma. Zasypuje się okna suteryn - tam będzie schron. Cenniejsze rzeczy, fotografie, pamiątki - sąsiedzi i Mama pośpiesznie zakopują w walizkach w ogródku. 2 września od rana zaczyna się straszliwa akcja Niemców na Sadybę. Wszyscy schodzą do piwnic. Bardzo boję się - mam przy sobie  ukochaną lalkę, dla której jedna z  pań, uciekinierek, zrobiła opaskę Czerwonego Krzyża. Dom chwieje się po każdym silniejszym wybuchu, gruz się sypie, huk, nie wiadomo co się dzieje. Pamiętam ciemność piwnicy, przerażenie i zbiorowe modlitwy, szczególnie "Pod Twoją obronę...". Ktoś krzyczy, że idą Niemcy. Mama ma jeszcze na tyle przytomności, że biegnie do mieszkania na górę i chwyta z szafy swoje zimowe palto (z myślą do okrycia w nocy, na parę dni!), trochę dokumentów (w tym bezcenny list od Tatusia z Kozielska), garnuszek, coś z żywności, lekarstwa. Jesteśmy spocone, półprzytomne z przerażenia. Jakiś mężczyzna chce zabrać mnie na ręce (żeby siebie ratować). Niemcy wpadają do piwnicy z granatami w rękach wrzeszcząc: "Raus, raus, schnell!". Wypędzają nas, zrywając zegarki, wyrywając cenniejsze rzeczy. Oczami przerażonego i zadziwionego zarazem dziecka patrzę na stojącego przy furtce Niemca, z karabinem, który ma na rękach aż po łokcie różne zegarki i wychodzącym z domu ludziom zdziera następne, także pierścionki.... Tuż obok domu na ulicy ogromne leje po pociskach; zaplątujemy się w pozrywane druty przewodów elektrycznych, zapadamy się w te leje. Nie poznajemy ulic- dymy, pożary, jęki. Wpędzają nas na wysepkę w Forcie Czerniakowskim. Niesamowite wrażenie, jeszcze dziś widzę obrazy:  oświetlone wnętrza fortu, gdzie Niemcy piją, bawią się, tańczą - przy muzyce grającego na pianinie Niemca w czapce; a obok tłum przerażonych ludzi, głównie kobiety i dzieci, i coraz wyraźniejsze w zapadającym zmierzchu groźne, czerwone od pożarów niebo nad Warszawą.  Robi się ciemno, zimno. Co z nami zrobią, czy  czeka nas tu śmierć? Po jakimś czasie każą nam iść i pod eskortą i razami kolb pędzą przez płonącą Warszawę, całą noc prawie: przez Służew, Okęcie, Ochotę, na Dworzec Zachodni. Noc piękna z księżycem  w pełni. Ja mam gorączkę i po drodze, w marszu zasypiam, ledwo żywą prowadzą mnie pod ręce  Mamusia i Hania. Z tej przerażającej drogi na całe życie pozostał mi też obraz  pola ze stojącą na nim stylową kanapą, oświetloną blaskiem  księżycowym zmieszanym z czerwienią łun pożarów. Wreszcie po okrążeniu Warszawy wiozą nas gdzieś - okazuje się, że do obozu w Pruszkowie. Pobyt w tym obozie - to jedno piekło! Pamiętam wielką halę, leżących ludzi, jęki i krzyki, niepokój, zamieszanie. Potem selekcja ludzi przez Niemców. Dzięki temu, że jesteśmy z Mamą, nie wywożą jej do Niemiec. Upychają nas na stojąco w zabitych deskami wagonach bydlęcych i wiozą w niewiadomym kierunku. Głodnym, spragnionym i ledwo żywym, tuż przed godziną policyjną, każą wysiąść i iść, gdzie kto chce. Nie mamy dokąd. Śpimy w jakiejś stodole. Następnego dnia podjeżdżają wozy chłopskie i zabierają nas do pobliskiej wsi,  koło Opoczna. Przydzielają nas i również wyrzuconą z Warszawy  panią Halinę do najbogatszego gospodarza na wsi. Śpimy na słomie, nie chcą dać nawet derki końskiej do przykrycia, nakrywamy się paltami; w nocy łażą po nas karaluchy, które Mama odpędza kawałkiem drewna. Jest coraz zimniej, nie dostajemy drewna na opał i wody. Mamy wszy ubraniowe i świerzb - pamiątki z obozu, które Mama tępi  i leczy to po kryjomu, wędruje po lekarstwa 14 km do Opoczna.  "Chodzimy na jedzenie" do innych gospodarzy - nie mamy obuwia, tylko jakieś letnie sandałki. Zimno i trochę głodno. Ja dostaję zapalenia oskrzeli. Nocami wpadają partyzanci, a co gorsze Ukraińcy i Niemcy - boimy się bardzo. Jesteśmy same, choruje też starsza pani Helena.
      Nic nie wiemy o najbliższych. Dochodzą wieści, że Powstanie upadło, że Warszawa w gruzach, a resztę domów podpalają Niemcy. A tu nie sposób żyć. Mama postanawia z panią Haliną wyruszyć do Warszawy - pieszo, potem kolejką z Nowego Miasta. Podróż jest koszmarna, śnieg, tłumy szabrowników. Nigdzie nie chcą dać schronienia, choć na parę godzin. Cudem znajdujemy nocleg w Służewcu, jak się okazało u gospodarzy znajomych naszego Wujka, brata Mamy. Dają nam jeść, poduszeczkę i półbuciki dla Mamusi, bo szła już prawie boso. I dalej już tylko z p. Haliną  przedziera się Mama  do Wilanowa, gdzie stara się uzyskać od niemieckiego Komando zezwolenie na przejście do domu na Sadybę. Niemcy kpią sobie z niej i zabierają jej dowód osobisty mówiąc, że zostanie odesłana do obozu! Z pomocą przyszedł wtedy ranny oficer austriacki - dzięki niemu Mama  dostała przepustkę na pójście do mieszkania, a nawet na konia i wóz do zabrania rzeczy; są to oczywiste kpiny Niemców, którzy doskonale wiedzą, że tam już nic nie ma. Z trudem po śniegu i mrozie  powędrowały obie na naszą ulicę Goraszewską: a tam dom spalony, ukryte w ogródku rzeczy zniknęły,  a więc  nie mamy domu, nie mamy już nic!
    
Wracamy do Janowa. Życie staje się jeszcze cięższe, dla gospodarzy jesteśmy intruzami, którzy wtargnęli do ich chaty. Zima, mróz, nie mamy obuwia i ciepłej odzieży, przez szpary w ścianach wieje, chorujemy... Mama w Opocznie stara się zdobyć trochę wełny na czapeczki i rękawiczki - boi się, gdyż po drodze  spotyka oddziały wojska, wśród nich są Mongołowie. Pewnego razu w kupionej "Gazecie Radomskiej" znajduje ogłoszenie (tylko raz zamieszczone!), że nasz Dziadek (jej ojciec) poszukuje rodziny; adres w Radomiu. Co za szczęście! Trzeba mieć zezwolenie władz  na wysłanie karty do Dziadka. W niedługim czasie otrzymujemy od niego odpowiedź z obietnicą, że nasz wuj przyjedzie do nas. Wkrótce przyjechał; to co zobaczył, przechodziło jego najgorsze wyobrażenia. Przyrzekł, że postara się nas zabrać do Radomia, choć on i Ojciec żyją w bardzo trudnych warunkach. I zorganizował tą podróż, to nasze ocalenie - po kryjomu, najpierw wynajętym wozem, potem ciężarówką jakiegoś przedsiębiorstwa, będącego po nadzorem niemieckim - z narażeniem własnego życia. Cały nasz dobytek to była miska, patelnia, garnek i to, co miałyśmy na sobie. Było to 23 grudnia 1944 r. W Radomiu Dziadek  wystarał się o słomę i siennik dla nas. Wieczór wigilijny spędziłyśmy już z częścią rodziny na opowiadaniach o ostatnich, dramatycznych przeżyciach nas bezdomnych. W Warszawie trwały jeszcze walki.
      Dzięki staraniom naszego Wuja zamieszkałyśmy w kuchni na terenie rzeźni miejskiej, u dyrektora której Mama dostała pracę, jako opiekunka jego nowonarodzonego dziecka -  otrzymywała za to dwa obiady ze stołówki i coś do zjedzenia rano i wieczorem; dostała też 2 prześcieradła i parę butów, w których po wyreperowaniu chodziły na zmianę z Hanią. Po raz pierwszy od ponad 4 miesięcy mogłyśmy położyć się  spać do prawdziwego łóżka, już nieważne, że trzy do jednego. Zostawałyśmy z Hanią same nawet w nocy, bo Mama pracowała. Było ciężko dalej i biednie. Zbliżał się front. 13 stycznia Radom został oswobodzony. Działy się straszliwe sceny, kiedy żołdactwo Armii Czerwonej wdarło się na teren rzeźni i rabowało wszystko, potem robili to niektórzy radomianie.
      Niedługo potem trzeba było zwolnić kuchenkę i starać się o przydział jakiegoś "mieszkania", trudności były okropne. Mama otrzymała 1 pokój w 5-o pokojowym mieszkaniu, które zajmował krawiec z rodziną. Nie łatwe było z nimi życie. Przy pomocy dobrych ludzi Mama uzyskała pracę jako kasjerka w cukierni Krajowej Spółdzielni Kolejarzy. W pokoju: żelazna "koza", prycza do spania od Wujka, który przedarł się do Warszawy, pożyczony stół i stołek. W czasie południowej przerwy Mama przynosiła nam obiad z jakiejś stołówki i z niepokojem o nas biegła znów do pracy, którą kończyła o godz. 21.  Dziadek przeniósł się do Łodzi, więc znów byłyśmy same, niepewne dalszego losu. Hania zaczęła chodzić go Gimnazjum, uczyła mnie czytać i pisać. Zachorowałam wtedy na odrę, dzielnie, jako 6-letnie dziecko, chodziłam sama na zastrzyki. W Radomiu rozpoczęłam naukę idąc od razu do drugiej klasy. Na wiosną 1946 roku Mama zaczęła pracować w Warszawie, dzięki  znów pomocy Wuja,  nami opiekowała się wtedy Babcia (ze strony Ojca), która wróciła szczęśliwie z obozu w Ravensbrück, do którego została wywieziona z Warszawy z moimi ciotkami, też z Powstania. Również i one straciły wszystko.
      Z perspektywy lat podziwiam pokolenia moich rodziców i dziadków, mężne i nie załamujące się wobec straszliwych ciosów losu i odbudowujące życie w zupełnie nowej, też przerażającej rzeczywistości.  
      Nasze tułacze życie trwało do sierpnia 1946 r., kiedy dzięki pomocy  rodziny mogłyśmy zamieszkać w pokoju z kuchnią przy ul. Koszykowej w Warszawie.  Wuj, który tu głównie pomógł,  zatroszczył się też o niezbędne sprzęty dla nas. Zaczęłam chodzić do szkoły, z początku odprowadzana przez Mamę, ponieważ było jeszcze dużo niebezpiecznych ruin, które często waliły się, zabijając ludzi. Siostra - do liceum. Mama rozpoczęła pracę, ale było bardzo trudno utrzymać 3 osoby.  Trzeba było też w zimie dźwigać węgiel z piwnicy (zresztą do 1961 r.).
      W pierwszych latach po wojnie tli się jeszcze iskierka nadziei, że może Ojciec wróci; Mama robi wszelkie możliwe poszukiwania, także przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż  - uzyskana odpowiedź Radzieckiego Czerwonego Krzyża w Moskwie z 14.12.1959 r. brzmi, że Tatuś  "nie został odnaleziony na terenie ZSRR"- a nazwisko Ojca figurowało przecież na listach oficerów polskich zamordowanych w Katyniu. W kraju panuje okres wzmożonego stalinizmu. Za odmowę wstąpienia do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej Mamie grozi utrata pracy. Chorujemy wszystkie trzy na reumatyzm, przyczyną tego jest wygnanie w Janowie i bardzo zimne i wilgotne mieszkanie, w którym będziemy przebywać 14 lat. Mimo wszystkich trudności  zdałam maturę w Liceum Kl. z Tańskich Hoffmanowej, mając jeszcze wspaniałych nauczycieli,  ukończyłam Politechnikę Warszawską, tam też zaczęłam pracować i całe moje dalsze życie zawodowe zostało z nią związane. Tu też zrobiłam doktorat i habilitację i uzyskałam stanowisko profesora.
      Lata wojny i wygnania, utrata wszystkiego, owocowały długi czas nie tylko trudnymi warunkami życia, problemami materialnymi, ale też chorobami wszystkich nas trzech. Trauma  będąca wynikiem przeżyć wojennych, wypędzeniem z domu naznaczyła trwale nasze życie.         
       Wspomnienia moje z okresu wojny i wygnania z Warszawy oparłam przede wszystkim na świadectwach mojej Matki i Siostry. Składają się one na trudną historię naszej rodziny, będącą niestety jedną z tysięcy jej podobnych historii innych rodzin warszawskich. Przedstawiam jej fragmenty na dowód gehenny losów Polaków po napaści Niemiec i  Związku Sowieckiego na nasz kraj - w czasie i po zakończeniu II Wojny Światowej; jako świadectwo historii, która nie powinna się nigdy już powtórzyć oraz wobec prób tworzenia ostatnio nowej historii i  fałszowania faktów.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten