Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ewy Osieckiej


foto

       Mama postanawia z panią Haliną wyruszyć do Warszawy - pieszo, potem kolejką z Nowego Miasta. Podróż jest koszmarna, śnieg, tłumy szabrowników. Nigdzie nie chcą dać schronienia, choć na parę godzin. Cudem znajdujemy nocleg w Służewcu, jak się okazało u gospodarzy znajomych naszego Wujka, brata Mamy. Dają nam jeść, poduszeczkę i półbuciki dla Mamusi, bo szła już prawie boso. I dalej już tylko z p. Haliną  przedziera się Mama  do Wilanowa, gdzie stara się uzyskać od niemieckiego Komando zezwolenie na przejście do domu na Sadybę. Niemcy kpią sobie z niej i zabierają jej dowód osobisty mówiąc, że zostanie odesłana do obozu! Z pomocą przyszedł wtedy ranny oficer austriacki - dzięki niemu Mama  dostała przepustkę na pójście do mieszkania, a nawet na konia i wóz do zabrania rzeczy; są to oczywiste kpiny Niemców, którzy doskonale wiedzą, że tam już nic nie ma. Z trudem po śniegu i mrozie  powędrowały obie na naszą ulicę Goraszewską: a tam dom spalony, ukryte w ogródku rzeczy zniknęły,  a więc  nie mamy domu, nie mamy już nic!
       
Wracamy do Janowa. Życie staje się jeszcze cięższe, dla gospodarzy jesteśmy intruzami, którzy wtargnęli do ich chaty. Zima, mróz, nie mamy obuwia i ciepłej odzieży, przez szpary w ścianach wieje, chorujemy... Mama w Opocznie stara się zdobyć trochę wełny na czapeczki i rękawiczki - boi się, gdyż po drodze  spotyka oddziały wojska, wśród nich są Mongołowie. Pewnego razu w kupionej "Gazecie Radomskiej" znajduje ogłoszenie (tylko raz zamieszczone!), że nasz Dziadek (jej ojciec) poszukuje rodziny; adres w Radomiu. Co za szczęście! Trzeba mieć zezwolenie władz  na wysłanie karty do Dziadka. W niedługim czasie otrzymujemy od niego odpowiedź z obietnicą, że nasz wuj przyjedzie do nas. Wkrótce przyjechał; to co zobaczył, przechodziło jego najgorsze wyobrażenia. Przyrzekł, że postara się nas zabrać do Radomia, choć on i Ojciec żyją w bardzo trudnych warunkach. I zorganizował tą podróż, to nasze ocalenie - po kryjomu, najpierw wynajętym wozem, potem ciężarówką jakiegoś przedsiębiorstwa, będącego po nadzorem niemieckim - z narażeniem własnego życia. Cały nasz dobytek to była miska, patelnia, garnek i to, co miałyśmy na sobie. Było to 23 grudnia 1944 r. W Radomiu Dziadek  wystarał się o słomę i siennik dla nas. Wieczór wigilijny spędziłyśmy już z częścią rodziny na opowiadaniach o ostatnich, dramatycznych przeżyciach nas bezdomnych. W Warszawie trwały jeszcze walki.
      Dzięki staraniom naszego Wuja zamieszkałyśmy w kuchni na terenie rzeźni miejskiej, u dyrektora której Mama dostała pracę, jako opiekunka jego nowonarodzonego dziecka -  otrzymywała za to dwa obiady ze stołówki i coś do zjedzenia rano i wieczorem; dostała też 2 prześcieradła i parę butów, w których po wyreperowaniu chodziły na zmianę z Hanią. Po raz pierwszy od ponad 4 miesięcy mogłyśmy położyć się  spać do prawdziwego łóżka, już nieważne, że trzy do jednego. Zostawałyśmy z Hanią same nawet w nocy, bo Mama pracowała. Było ciężko dalej i biednie. Zbliżał się front. 13 stycznia Radom został oswobodzony. Działy się straszliwe sceny, kiedy