Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Alicji Rzaczykiewicz


  Muzeum Historyczne m. st. Warszawy

Alicja Rzaczykiewicz
Lat 9, w czasie okupacji i Powstania Warszawskiego mieszkała przy ul. Wolskiej 151 na Woli.

 

     Wojna wybuchła 1 września 1939 roku. Miałam wtedy 4 lata i mieszkałam z rodzicami i starszą siostrą w Warszawie przy ul. Wolskiej 151. Mój tata poszedł na wojnę, a ja z mamą i siostrą uciekłyśmy pod gradem kul, bomb i palących się domów do cioci na ul. Złotą do centrum Warszawy.
     Tam przeżyłyśmy ciągłe naloty, strach i głód. Po pewnym czasie tata wrócił z wojny. Okazało się, że jesteśmy pod okupacją niemiecką. Mój tata posiadał taksówkę zarobkową, ale zaraz po powrocie Niemcy zabrali mu ją, na co wydali dokument rekwizycji. W 1940 roku urodził się mój brat. Było nas już 5 osób. Cierpieliśmy niedostatek, nękały nas ciągłe łapanki na ulicach i strach. Niejednokrotnie stałam z ludźmi pod murem, a Niemcy straszyli wycelowanymi w nas karabinami. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.
     W dniu 1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie. Mój tato był w organizacji w Armii Krajowej gdzieś na mieście. Przeżywaliśmy strach, co z nim. Kiedy po 4 dniach pokazał się w domu, była radość, że żyje, jednak nie na długo.
     W dniu 5 sierpnia 1944 roku stało się najgorsze. Niemcy wpadli do naszej kamienicy przy ul. Wolskiej 151, strzelając i rzucając granaty do mieszkań i do schronów. To była rzeź. Zabijali wszystkich nie wyłączając dzieci. Kule leciały koło mnie, jedna zadrasnęła mnie w nogę koło kolana, ale nie naruszyła kości. Uciekałam, schowałam się, przeżyłam. Podobno diabeł strzela, a Pan Bóg kule nosi. Zabili mojego tatę, mamę, siostrę i brata. Z całego domu dwie kamienice, ocalało parę osób. Ja ocalałam cudem. Wieczorem, kiedy wszystko ucichło, uciekłam do drugiego domu, przestraszona po trupach, na granicy obłędu. Tam trafiłam do schronu, między kobiety i dzieci. Ktoś dał mi kawałek chleba, ktoś inny pozwolił przykucnąć na swoim barłogu, aby się przespać. Oblazły mnie wszy, nie było, gdzie się umyć. Strach był ogromny, leciały bomby, Warszawa się paliła. Co jakiś czas wpadali Niemcy z wycelowanymi do nas karabinami. Siedziałam w najciemniejszym kącie piwnicy. Okropnie się bałam. Byłam głodna. Jadły mnie wszy. Po paru dniach Niemcy wyprowadzili nas, co jakiś czas stawiając pod murem z wycelowanymi karabinami. Myśleliśmy, że nas rozstrzelają. Chowałam się za ludźmi, bałam się, przecież byłam jeszcze dzieckiem, sama jedna.
     W końcu pognali nas do kościoła i tam zamknęli. Nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Już nikt nie dawał mi nic do jedzenia, bo sami nie mieli, a jeśli ktoś coś miał to dał swoim dzieciom. Kilka osób postanowiło uciekać. Znaleźli jakieś okienko i uciekali, a ja za nimi, jak ten bezpański piesek. Uciekaliśmy pod osłoną nocy. Dotarliśmy do Sochaczewa. W Sochaczewie Niemcy wyłapali uciekinierów z Warszawy i zamknęli nas w kinie. Niemcy zabronili ludziom z miasta przynosić nam jedzenie lub cokolwiek pod karą śmierci. Chcieli nas zagłodzić na śmierć za Powstanie. Po paru dniach ludzie z Sochaczewa wyprowadzili dzieci pod osłoną nocy. Mnie wzięła jakaś Pani, która miała już swoich troje dzieci. Wywiozła mnie na wieś do gospodarza Kapałko na wieś Sianna. Miałam być niby ich dzieckiem, gdyby pytali Niemcy, a tak naprawdę to musiałam paść krowy i pomagać w domu. Spałam na podłodze na słomie i jakichś workach. Byłam ciągle głodna. Córka gospodarzy powiedziała, że jestem ich parobkiem nie wiedziałam, co to słowo znaczy. Nie posłali mnie do szkoły. Kiedy zrobiło się zimno uszyli mi spódnicę i płaszcz z jakichś szmat. Marzłam i dalej gryzły mnie wszy. Ciężko zachorowałam, miałam silną gorączkę, wtedy pamiętam, że półprzytomną umyli mnie i pierwszy raz położyli do łóżka. Pamiętam jak stali nade mną i patrzyli, czy jeszcze żyją i chyba wezwali lekarza. Przeżyłam.
     Kiedy przeszedł front, co było dla mnie nowym ciężkim przeżyciem, strachem nie do opisania, gdyż znów strzelali z karabinów i armatek, gospodarze nie oddali mnie do sierocińca, chociaż zbierano sieroty, ani nie posłali do szkoły, gdyż byłam im potrzebna jako służąca.
     Na wiosnę 1945 roku odnalazła mnie moja ciocia i zabrała do siebie do Warszawy. Moja ciocia znalazła w naszym warszawskim mieszkaniu, które nie było zburzone, jedynie porozrzucane po podłodze zdjęcia i dokumenty mojego taty, reszta dobytku została rozszabrowana. Mnie pozostał jedynie grób zbiorowy na cmentarzu na Woli. Grób Polaków zamordowanych przez Niemców 5 sierpnia 1944 roku w domu przy ul. Wolskiej 151 w Warszawie.    

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten