Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Sylwestra Rzaczykiewicza


  Muzeum Historyczne m. st. Warszawy

Sylwester Rzaczykiewicz
Lat 12, w czasie okupacji i Powstania Warszawskiego mieszkał na Jelonkach.

 

     Był piękny poranek dnia 7 września 1944 roku. Na osiedlu Jelonki zwanym Miasto Ogród znajdującym się między Fortem Wola a Odolanami w Warszawie od rana było spokojnie. Tu po wymordowaniu mieszkańców Woli przez Ukraińców z Armii RONA, którzy stacjonowali na tym osiedlu, trzeba się było mieć na baczności, a szczególnie kobiety, które były atakowane przez pijanych Ronowców.
     Nagle zajechało kilka samochodów wyładowanych Niemcami. Dali oni kategoryczny rozkaz, aby wszyscy w określonym czasie wynieśli się z domów i zebrali na pobliskiej polanie, gdyż Jelonki będą spalone ze względów strategicznych. Moja rodzina w składzie: ojciec, matka, siostra (24 lata) i ja (12 lat), złapaliśmy co się dało i poszliśmy na to pole, które było naprzeciw naszej ulicy. W tym czasie już jedna strona naszej ulicy stała w ogniu.
     Po spędzeniu wszystkich mieszkańców ustawiono nas w kolumnę i popędzono na podwarszawskie Włochy na stację kolejową. Tam, po paru godzinach, załadowano nas do pociągu i odwieziono do Pruszkowa do parowozowni kolejowej. Byliśmy głodni, zmęczeni, ale o ucieczce nie było mowy, gdyż byliśmy obstawieni przez żołnierzy w dziwnych mundurach - jak się potem okazało byli to Łotysze i Estończycy na służbie u Niemców. Na szczęście była tam woda, więc można było chociaż się napić. Oczywiście oblazły nas zaraz wszy. Następnego dnia załadowano nas do wagonów towarowych i jechaliśmy 3 dni w nieznanym kierunku. Na postojach można było na chwilę wysiąść z wagonu, ale byliśmy mocno pilnowani. W końcu dojechaliśmy do Breslau (Wrocław). Tam dano nam trochę jedzenia i staliśmy 2 doby w kolejce do "mykwy" i odwszalni. Następnie załadowano nas do pociągu osobowego, a ponieważ było nas kilkaset osób, więc było niezmiernie ciasno i znów jechaliśmy 2 doby. Okazało się, że dojechaliśmy za Berlin do miejscowości Falkensein za Spandau.
     Zapędzono nas do olbrzymiego obozu międzynarodowego. Był to obóz pracy. Tam znajdowali się ludzie z całej podbitej Europy. Był to obóz głównie kolejarzy, którzy obsługiwali Berlin i okolice, ponieważ wszyscy Niemcy walczyli na froncie. Mieszkaliśmy w wielkich salach w byłych koszarach wojskowych, po kilkadziesiąt osób w jednej sali z piętrowymi łóżkami. Miałem wtedy 12 lat i podlegałem obowiązkowi pracy. Byłem zatrudniony w obozowym Komando, czyli do utrzymywania porządku i czystości w obozie. Również kilka razy robiono łapanki w obozie i zapędzano nas do zasypywania lejów po bombach oraz do nagonek z grzechotkami w czasie partyjnych polowań na zwierza w lasach. Raz pamiętam zapędzono nas do zasypywania lejów po bombach, ale okazało się, że były niewypały lub bomby z opóźnionym zapłonem. Wtedy nas wycofano, a spędzono jeńców rosyjskich. Życie w obozie upływało między głodem i nalotami. Dostawaliśmy 1 kg chleba z trocinami na tydzień, zupę z brukwi i po 2 kartofle gotowane w łupinach. Od czasu do czasu marmoladę z brukwi lub buraków. Na szczęście budynki były ogrzewane z kotłowni obozowej, w której między innymi naszym obowiązkiem było czyścić piece opalane brykietami i śmieciami. Było to zajęcie trudne i bardzo ciężkie.
     Jedyną pociechą były dla nas naloty alianckie. W nocy angielskie, w dzień amerykańskie. To były wspaniałe widoki, jak te kolosy czteromotorowe leciały bombardować znienawidzonych Niemców za zburzoną Warszawę. Jednocześnie były te widoki rozpaczliwe, gdy ten kolos czteromotorowy walił się na ziemię lub rozsypywał się w powietrzu i ginęło 12 ludzi załogi, w której mogli być również Polacy. Niemiecka obrona przeciwlotnicza była bardzo sprawna. Od początku 1945 roku naloty trwały codziennie. Na szczęście nasz obóz znajdował się na uboczu i nas nie bombardowali.
     To trwało do początku maja 1945 roku. Niemców pilnujących nas w obozie było coraz mniej, a od 5 maja nie było już ani jednego Niemca. Wszyscy uciekli za Łabę. Gdzieś 6 lub 7 maja 1945 roku przyjechał na rowerze pijany żołnierz radziecki i zapytał: "Kuda Germany?", gdy usłyszał, że uciekli - odjechał. Za jakiś czas zajechała przed obóz bateria dział polowych, nie pamiętam - cztery czy pięć. Byli to biedni, głodni żołnierze z pierwszej linii i karnych kompanii, w ogóle nie zaprowiantowani. Szukali u nas jedzenia i byli wściekli, że nic nie znaleźli, bo my też nic nie mieliśmy. Po paru godzinach odjechali.
     Moja rodzina zaczęła rozglądać się za sposobem powrotu do Polski. Na pieszo nie mogło być mowy, ponieważ ojciec mój był chory na gruźlicę i zmarł już 1 czerwca 1948 roku.
     Pozostało już tylko złapać pociąg jadący na wschód przez Polskę. I tak po paru tygodniach polowania udało nam się uprosić władze radzieckie kolejowe na załadowanie się na wagony tzw. "lory" (podłogi bez boków), które wiozły szyny kolejowe na wschód do Rosji.
     Tak jechaliśmy pod gołym niebem na tychże szynach przez 10 dni, raz do przodu, to znowu do tyłu, gdyż pociąg musiał omijać zniszczone tory i linie kolejowe. Przeżyłem straszliwą burzę w nocy na wierzchu szyn na tych wagonach. Pioruny waliły wokół, a deszcz i wicher mało nas nie zrzuciły z wagonów.
     Wróciliśmy do Warszawy do naszego domu na Jelonkach - wszyscy przeżyliśmy. Dom nie został spalony, ale całkowicie splądrowany i ogołocony ze wszystkiego. Nawet książki były przekłuwane bagnetami przez żołdactwo. Takie są moje wspomnienia z tej wojny, którą pamiętam i widzę jakby to było parę dni temu, a nie kilkadziesiąt lat.
     Pozostał mi uraz psychiczny do Niemców i do wszystkiego co niemieckie i pewno nie pozbędę się tego uczucia do końca życia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten