Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Sylwestra Rzaczykiewicza


Na postojach można było na chwilę wysiąść z wagonu, ale byliśmy mocno pilnowani. W końcu dojechaliśmy do Breslau (Wrocław). Tam dano nam trochę jedzenia i staliśmy 2 doby w kolejce do "mykwy" i odwszalni. Następnie załadowano nas do pociągu osobowego, a ponieważ było nas kilkaset osób, więc było niezmiernie ciasno i znów jechaliśmy 2 doby. Okazało się, że dojechaliśmy za Berlin do miejscowości Falkensein za Spandau.
     Zapędzono nas do olbrzymiego obozu międzynarodowego. Był to obóz pracy. Tam znajdowali się ludzie z całej podbitej Europy. Był to obóz głównie kolejarzy, którzy obsługiwali Berlin i okolice, ponieważ wszyscy Niemcy walczyli na froncie. Mieszkaliśmy w wielkich salach w byłych koszarach wojskowych, po kilkadziesiąt osób w jednej sali z piętrowymi łóżkami. Miałem wtedy 12 lat i podlegałem obowiązkowi pracy. Byłem zatrudniony w obozowym Komando, czyli do utrzymywania porządku i czystości w obozie. Również kilka razy robiono łapanki w obozie i zapędzano nas do zasypywania lejów po bombach oraz do nagonek z grzechotkami w czasie partyjnych polowań na zwierza w lasach. Raz pamiętam zapędzono nas do zasypywania lejów po bombach, ale okazało się, że były niewypały lub bomby z opóźnionym zapłonem. Wtedy nas wycofano, a spędzono jeńców rosyjskich. Życie w obozie upływało między głodem i nalotami. Dostawaliśmy 1 kg chleba z trocinami na tydzień, zupę z brukwi i po 2 kartofle gotowane w łupinach. Od czasu do czasu marmoladę z brukwi lub buraków. Na szczęście budynki były ogrzewane z kotłowni obozowej, w której między innymi naszym obowiązkiem było czyścić piece opalane brykietami i śmieciami. Było to zajęcie trudne i bardzo ciężkie.
     Jedyną pociechą były dla nas naloty alianckie. W nocy angielskie, w dzień amerykańskie. To były wspaniałe widoki, jak te kolosy czteromotorowe leciały bombardować znienawidzonych Niemców za zburzoną Warszawę. Jednocześnie były te widoki rozpaczliwe, gdy ten kolos czteromotorowy walił się na ziemię lub rozsypywał się w powietrzu i ginęło 12 ludzi załogi, w której mogli być również Polacy. Niemiecka obrona przeciwlotnicza była bardzo sprawna. Od początku 1945 roku naloty trwały codziennie. Na szczęście nasz obóz znajdował się na uboczu i nas nie bombardowali.
     To trwało do początku maja 1945 roku. Niemców pilnujących nas w obozie było coraz mniej, a od 5 maja nie było już ani jednego Niemca. Wszyscy uciekli za Łabę. Gdzieś 6 lub 7 maja 1945 roku przyjechał na rowerze pijany żołnierz radziecki i zapytał: "Kuda Germany?", gdy usłyszał, że uciekli - odjechał. Za jakiś czas zajechała przed obóz bateria dział polowych, nie pamiętam - cztery czy pięć. Byli to biedni, głodni żołnierze z pierwszej linii i karnych kompanii, w ogóle nie zaprowiantowani. Szukali u nas jedzenia i byli wściekli, że nic nie znaleźli, bo my też nic nie mieliśmy. Po paru godzinach odjechali.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten