Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Lewartowskiego


  Relacja Bohdana Lewartowskiego

Lat 15, w czasie okupacji i Powstania Warszawskiego mieszkał na Ochocie.

Sachsenhausen

     Dziesiątego sierpnia, w dziesiątym dniu Powstania, wrzeszczący SS-mani wyrzucają mieszkańców naszego domu na ulicę. SS-man każe mi otworzyć plecak. Spostrzega harcerską finkę i wyciąga pistolet. Wartka niemczyzna mojej matki jakoś powstrzymuje go od jego użycia. Finka ląduje za ogrodzeniem ogródka, a my wraz z mieszkańcami sąsiednich domów ruszamy przez ulicę Filtrową, park, do Wawelskiej i Grójeckiej. W parku SS-man zabija niesionego przez rodzinę na noszach volksdeutscha z sąsiedniego domu i jakąś staruszkę. Na Wawelskiej za Raszyńską pozostałości plądrowania domów przez własowców. Przed willami leżą wyrzucone sprzęty, a między nimi zwłoki mieszkańców. Na Grójeckiej własowiec każe mi wyjść z grupy i stanąć twarzą do ściany. Czekam na strzał, ale nic się nie dzieje. Po chwili odwracam się i nie widząc nikogo, doganiam naszych. Na Dworcu Zachodnim ładujemy się do elektrycznego pociągu, który dowozi nas do Pruszkowa. Tam zmiana środka lokomocji na wagony towarowe. Jedziemy powoli na zachód. Moja matka ma zapalenie ucha środkowego. Potwornie cierpi, ma wysoką gorączkę. Jest bardzo gorąco, a skąpa ilość wody z trudem zdobywanej na stacjach nie gasi pragnienia.
     Po czterech dniach w nocy pociąg zatrzymuje się na przedmieściach jakiegoś wielkiego miasta. Mówią, że to Berlin. Wokół widać liczne pożary. Rano pociąg zatrzymuje się na stacji Oranienburg, wokół widać sosny. Wysiadamy, prowadzą nas drogą na plac wśród zielonych baraków. Przed barakami trawa i kwiaty, istna sielanka. Mówią, że tu będziemy mieszkać, ale najpierw musimy iść do kąpieli. Oddzielają starszych chłopców i mężczyzn od kobiet i dzieci. Tak po raz ostatni przed zakończeniem wojny widziałem moją matkę i brata.
     Z placu zaprowadzono nas do baraków, w których odbywało się przerabianie ludzi na więźniów. Zabierają wszystkie rzeczy, golą nas dokładnie i dają coś, co kształtem przypomina kawałek mydła. Po kąpieli pod prysznicem ubieramy się w pasiaki. Te pół godziny zmienia nas tak dokładnie, że nie poznaję najbliższych sąsiadów z mego domu. Tak w szesnastym roku życia znalazłem się w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen.
     Po kąpieli umieszczono nas w barakach rewiru kwarantanny, gdzie w całkowitej bezczynności spędziliśmy około 14 dni. Jedzenie było na tyle znośne, że nie byłem bardzo głodny. Po tym czasie zamieniamy pasiaki na cywilne ubrania, ale marynarki czy bluzy na plecach, a spodnie w połowie uda, mają wycięte prostokątne dziury załatane kolorowym materiałem. Dostajemy też numery z czerwonymi trójkątami (więzień polityczny, Polacy zawsze byli polityczni), które naszywamy z lewej strony na piersi i na prawym udzie ponad dziurą. Mój numer to 90631. Mój najbliższy kolega z domu, z którym się trzymamy razem, ma 90632. To trzeba umieć szybko wyrecytować po niemiecku pod groźbą nader niemiłych konsekwencji w wypadku błędu: Neunzig tausend sechs hundert einunddreißig.
     Młodych chłopców zebrano razem i oświadczono, że będziemy się uczyć zawodu. Dano nam do wyboru szewca i mechanika samochodowego. Większość wybrała to drugie, jako bardziej godne mężczyzny, ale zawód szewca skojarzył mi się natychmiast ze spokojnym siedzeniem pod dachem. To nie mogła być zbyt wyczerpująca praca. Wybrałem to i z trudem namówiłem mego kolegę. Okazało się, że to była jedna z najważniejszych decyzji w moim życiu. Nauka mechaniki samochodowej polegała bowiem na rozbieraniu wraków na złomowisku na otwartym powietrzu, co wraz z narastającym w obozie głodem i marnym ubraniem sprawiło, że większość z ochotników nie przeżyła zimy. Po ceremonii wyboru zawodu rozprowadzono nas po barakach, zwanych blokami, w których mieliśmy dalej mieszkać.
     Centralną część baraku stanowiły łazienki i latryny. Łazienki to były trzy kamienne okrągłe baseny na wysokości pasa, do których spływała woda z kranów umieszczonych na środkowej kolumnie. Woda była oczywiście zimna, a w zimie lodowata. Symetrycznie po obu stronach łazienki były dwie sale dziennego pobytu, w których stały długie stoły i ławy. Można też było dostać szafkę na rzeczy osobiste, jeśli ktoś takowe posiadał. Za salami dziennego pobytu były sale sypialne. Zastawione one były ciasno 3 i 4-piętrowymi pryczami, na których leżały brudne i wygniecione sienniki. Prycze były w zasadzie jednoosobowe, ale w tym czasie na każdą wypadało po trzech więźniów. Można więc było tylko leżeć nieruchomo na boku, przyciśniętym do sąsiadów. Sypialnie nie były ogrzewane, spało się w dziennych ubraniach, a buty chowało pod siennikiem. W nocy nie wolno było wstawać, a i tak przy takim zagęszczeniu było to trudne. Wielu miało zapalenie pęcherza. Tak więc noclegi należały w tym czasie do najważniejszych elementów obozowej udręki. Za organizację życia na bloku odpowiedzialny był więzień funkcyjny, blokowy. W moim bloku nr 68 był to niemiecki komunista, dość przyzwoity człowiek. Niestety mieszkał on w swojej klitce po drugiej stronie bloku. Po mojej mieszkał jego zastępca, też Niemiec i straszna szuja.
     O godz. 5.00 w lecie, a o 6.00 w zimie, obozowy dzwon zrywał nas z prycz. W salach dziennego pobytu wydawano zbożową ciepłą kawę, a jeśli ktoś zachował coś z wieczornego przydziału chleba (w tym czasie około 250 g), mógł zjeść coś w rodzaju śniadania. Następny dzwon wzywał na apel. Odbywał się on na placu stanowiącym centralny obszar obozu. Było to wielkie półkole oparte o mur obozowy, w którego środku stał budynek z bramą główną, na której był dla KC napis: "Arbeit macht frei" ["Praca czyni wolnym"]. W jego ścianę skierowaną do placu wbudowano rodzaj długiej werandy, na której stały karabiny maszynowe. Od placu promieniście odchodziły uliczki pomiędzy barakami. Na szczytach baraków przylegających do placu widniały wielkie białe litery tworzące w sumie budujące hasło: "Arbeit, Gehorsam und Sauberkeit sind deine Meilensteinen zum Freicheit" ["Praca, posłuszeństwo i porządek są twoim kamieniem milowym do wolności"]. Wobec warunków w barakach to ostatnie wezwanie trudno było spełnić. Apel polegał na ustawieniu się mieszkańców każdego bloku w ściśle określonym miejscu placu apelowego w pięciorzędowe kolumny. Blokowy liczył więźniów, a następnie zdawał raport odpowiedniemu SS-manowi. Jeśli w całym obozie liczącym w tym czasie około 30 tysięcy więźniów wszystko się zgadzało, dawano komendę rozejścia i ponownego ustawienia się w kolumnach według przydziału pracy. Jeśli nie, apel mógł trwać wiele godzin. W zimie pociągało to za sobą ofiary śmiertelne. Następnie kolumny wyruszały do roboty. Mój przydział to Schuhfabrik (fabryka butów), która znajdowała się w pierścieniu zakładów pomiędzy właściwym obozem, a jego zewnętrznymi murami. Produkowano w niej różnego rodzaju wojskowe buty i naprawiano używane. To drugie stało się moim zajęciem na najbliższe 7 miesięcy. Nas, chłopców, usadzono przy dwóch długich masywnych drewnianych warsztatach (szczegół ważny dla mego dalszego losu), przy których piętrzyły się góry używanych butów przeznaczonych do reperacji. Pieczę nad nami objął więzień, stary majster szewski, jak się okazało niemiecki komunista i bardzo przyzwoity człowiek. Musiał być dobrym dydaktykiem, bo po kilku dniach każdy z nas wyrabiał normę. Każdy but i skórzaną zelówkę moczyło się w kuble z wodą. Do buta wkładało się kopyto i umieszczało go na kolanach przytrzymując specjalnym paskiem, który w dawnych czasach nazywano pocięglem. Następnie po oddzieleniu starej zelówki nową przybijało się kilkoma drewnianymi szpilkami i przykrawało ostrym, szewskim nożem do kształtu buta.
     Trzymając nóż specjalnym chwytem, mając za prowadnicę krawędź zelówki, jego końcem zaznaczało się dwa rowki biegnące równolegle do krawędzi zelówki. W rowkach tych, w odstępach około 10 mm, robiło się szpilarkiem dziurki penetrujące aż do wnętrza buta. W te dziurki wkładało się drewniane szpilki i wbijało w głąb dziurki młotkiem. Musiało to być wykonane jednym uderzeniem, a szpilka nie śmiała się złamać. Po wyjęciu z buta kopyta, czubki szpilek i wszelkie nierówności usuwało się z wnętrza buta raszplą. Następny etap, to nabicie zelówki gwoździami oraz naprawa obcasa. To nabijanie zelówki gwoździami wiąże się z jedną z najdziwniejszych przygód, jakie mi się trafiły w obozie. Któregoś dnia zatrzymał się przy mnie oficer SS nadzorujący naszą fabrykę i przyglądał się mojej pracy. Akurat nabijałem zelówkę gwoździami. W pewnej chwili źle uderzony gwóźdź wyprysnął i boleśnie uderzył SS-mana w dłoń. Skuliłem się czekając na wrzask i bicie. Tymczasem SS-man pogładził mnie po ogolonej głowie i bez słowa odszedł. Nigdy więcej go nie widzieliśmy, mówiono, że popełnił samobójstwo.
     Towarzystwo przy naszych warsztatach było mieszane i ciekawe. Poza kilkoma Polakami było kilku Ukraińców i Białorusinów. Ponieważ rozmowy nie były zabronione, opowiadaliśmy sobie o naszym życiu, przeczytanych książkach i innych sprawach interesujących nastolatków. Koledzy ze Wschodu uczyli nas rosyjskiego.
     W sąsiednim baraku połączonym z naszym pracował oddział jeńców rosyjskich ubranych w wojskowe mundury i pod bezpośrednią komendą swego oficera. Ich felczer opatrywał nasze skaleczenia, jakich nie brakowało przy pracy. Jeńcy ci byli traktowani zadziwiająco dobrze w porównaniu z tym, co się działo w jenieckich obozach dla Rosjan. Tym niemniej przed ewakuacją obozu zostali rozstrzelani i spaleni w krematorium. Może było to lepsze niż to, co mogło ich spotkać po wydaniu przez aliantów po wojnie w ręce władz sowieckich. Dantejskie sceny towarzyszące temu przekazywaniu widziałem na dworcu kolejowym w Lubece, do której trafiłem po zakończeniu wojny.
     Po zakończeniu pracy około godz. 18.00 i po rewizji (czy nie wynosimy czegoś, co mogło mieć wartość w obozie) wracaliśmy do obozu, do naszych baraków, gdzie wydawano wieczorną zupę i dzienny przydział chleba i margaryny. Poza tym pracujący dostawali w południe dwie kromki chleba z margaryną i plasterek kiełbasy. W niedzielę było coś w rodzaju bardzo rzadkiego gulaszu i po parę kartofli w mundurkach. To względnie znośne wyżywienie z upływem czasu stale się pogarszało, by w ostatnich miesiącach przed ewakuacją ograniczyć się do zupy z jarmuszu lub marchwi na wodzie i znikomej porcji chleba.
     Kiedy staram się sobie przypomnieć, co czułem w pierwszym okresie w obozie, pozostaje wrażenie przerażającej, dojmującej obcości i grozy otoczenia. Byłem chłopcem wychowanym w katolicko - harcerskiej atmosferze pielęgnowanej w czasie wojny zarówno w domu i szkole czy konspiracyjnym gimnazjum oraz w Szarych Szeregach. Wszelkie dotychczas przeżyte okropności wojny, bombardowania, łapanki, głód, to było coś z zewnątrz, co atakowało mój świat, ale go nie pokonało. Mieliśmy z bratem dom, który mojej matce dzięki heroicznym wysiłkom udawało się utrzymać, mimo że po dostaniu się ojca do niewoli, zostaliśmy bez środków utrzymania i polską konspiracyjną szkołę. Teraz nic z tego nie zostało. W baraku otaczali mnie dorośli mężczyźni różnych narodowości (więźniami poza Polakami byli Niemcy, Francuzi, Holendrzy, Belgowie, Ukraińcy) wszyscy pod terrorem obozowym, zachowujący się często w zdumiewający i odrażający sposób, w czym celowali Francuzi. Dobiła mnie publiczna egzekucja przez powieszenie więźnia schwytanego po ucieczce z obozu. Odbyła się w kilka dni po zakończeniu kwarantanny, w czasie porannego apelu. Nie wolno było odwrócić wzroku. Widziałem przedtem martwych ludzi, ale nigdy zabijania. Byłem w szoku, modliłem się o cud, którego oczywiście nie było. Takich egzekucji z różnych powodów było później więcej. Już nie modliłem się o cud. Jednak zdolności fizycznej i psychicznej adaptacji są naprawdę zdumiewające. Niewątpliwym oparciem były bardzo dobre, jak na obóz koncentracyjny warunki w pracy oraz kilka listów, które dostałem od matki wywiezionej wraz z moim młodszym bratem do pracy przymusowej u niemieckiego chłopa, a później w lasach państwowych. Mogłem nawet na nie odpisywać, przy czym zakres dozwolonej informacji był nader ograniczony. Skutkiem tego wszystkie listy brzmiały mniej więcej jednakowo: "Liebe Mutti. Ich bin gesund und habe leichte, sitzende Arbeit. Ich liebe dich, Bohdan" ["Kochana Mamo. Jestem zdrowy i mam lekką, siedzącą pracę. Kocham Cię, Bohdan"]. Zamieszczona w jednym z listów informacja, że posiadałem zawód szewca, spowodowała zwrot listu. Dostałem również od matki trzy paczki z żywnością, którą zresztą w dużym stopniu rozkradli współwięźniowie ze Wschodu. Ostatnia, zawierająca jedynie wysuszone kromki chleba, dotarła do mnie kilka dni przed ewakuacją obozu i niewątpliwie uratowała mi życie, gdyż w obozie był wówczas głód i bez tej pomocy nie przeżyłbym ewakuacji. Ważnym oparciem była też dla mnie opieka, jaką mnie otoczyli dwaj starsi stażem i wiekiem więźniowie Polacy, mieszkający po przeciwnej stronie baraku. Polegała ona przede wszystkim na udzielaniu dobrych rad bezcennych dla przeżycia w obozie.
     Tak to wszedłem w monotonny tryb obozowego życia, urozmaicony tylko w niedziele. Schuhfabrik była w niedziele zamknięta, ale odpoczynek świąteczny był nie dla więźniów. W niedziele pracowaliśmy poza obozem rozładowując barki na Szprewie. Towarem był najczęściej gruz z Berlina, kartofle lub buraki cukrowe. Pomiędzy barką a brzegiem była kilkumetrowa przestrzeń, przez którą przerzucano dość wąskie deski. Po tych deskach, w zimie często oblodzonych, trzeba było przetoczyć ciężko naładowane teczki. Wobec osłabienia pracujących było to na granicy możliwości. Ześlizgnięcie się taczki często wraz z więźniem do wody zdarzało się niemal każdej niedzieli i praktycznie równało się śmierci, bo przeżycie osłabionego człowieka w ubraniu ociekającym lodowatą wodą na mrozie do powrotu do obozu było mało prawdopodobne. Umierał przed powrotem lub później na zapalenie płuc.
     Tak to przedstawiały się warunki w pierwszym miesiącu mego pobytu w obozie. Robiło się coraz zimniej, wreszcie przyszła zima na szczęście dosyć łagodna. Wydano płaszcze, ale mój był bardzo cienki tak, że apele, zwłaszcza te przedłużone, stawały się coraz większą udręką. Racje żywnościowe stawały się coraz skąpsze, narastał głód. Ciekawe były różnice w zachowaniu więźniów różnych narodowości wobec pogarszających się warunków. Polacy, Niemcy i ludzie ze Wschodu Europy zachowywali godność osobistą i nie dawali się upodlić. Znacznie gorzej znosili to ludzie z Zachodu Europy, a zwłaszcza Francuzi. Wielu z nich było brudnych, załamanych i wyjadało ze śmietników niejadalne resztki jak obierki ziemniaków, po czym ciężko chorowali. Widziałem Francuza wyjadającego łyżką czyjeś wymiociny z umywalni. To moralne załamanie miało i inne konsekwencje. Gdzieś na początku zimy zrobił mi się wielki czyrak blisko prawego łokcia. Ponieważ wymagał on szybkiej interwencji udało mi się u blokowego dostać skierowanie do tzw. "rewiru", tj. szpitala i ambulatorium. Doświadczeni więźniowie uprzedzali mnie, żebym nie dał się tam skierować do lekarza Francuza, "bo na pewno cię wykończy". Udało mi się dostać do Polaka. Zabieg wykonany oczywiście bez znieczulenia, bo takowego nie było, udał się i jakoś żyłem dalej.
     Nawet do obozu docierały skąpe wieści o tym, co się dzieje na frontach. W komunikatach w oficjalnych niemieckich gazetach, które starzy więźniowie czasem zdobywali, pojawiały się nazwy miejscowości coraz bliżej granic Niemiec. Co noc nad nami przelewały się masy samolotów lecących na Berlin. Wystrzały artylerii przeciwlotniczej zlewały się w jeden grzmot, a odłamki bębniły po dachach baraków.
     W marcu bieg wypadków nabrał szybkości.
     Nie pamiętam dokładnie, kiedy ogłoszono, że obóz prawdopodobnie zostanie ewakuowany pieszo, ale jeśli ktoś nie czuje się na siłach iść, to może się zgłosić i będzie ewakuowany koleją. Pewna liczba naiwnych to uczyniła, a na drugi dzień dym z krematorium zasnuł plac apelowy. Po kilku dniach urządzono apel, na którym niezdolni do marszu mieli być wyselekcjonowani celem ewakuacji koleją. Moi opiekunowie z drugiej strony baraku wypchali mi policzki papierem ze starych gazet i lekko mnie uróżowali, dzięki czemu wyglądałem całkiem zdrowo. Selekcja mnie ominęła. Znów na placu apelowym trudno było oddychać. W tym czasie zniknęli też nasi zaprzyjaźnieni jeńcy rosyjscy.
     Któregoś ciepłego marcowego dnia w czasie przerwy południowej z przed baraku obserwowaliśmy eskadry bombowców. Nagle zobaczyliśmy odrywające się od samolotów bomby. Każdy krył się, gdzie mógł. Ja wskoczyłem do baraku i upadłem pomiędzy warsztat i kupę butów do zelowania. W tym momencie spadło wiele bomb, z których jedna uderzyła w mój barak, około 50 m ode mnie. Przy tak bliskim wybuchu właściwie nie słychać huku, tylko odczuwa się potworny wstrząs. Dach nade mną zawalił się, ale oparł się na warsztacie, który ocalił mi prawdopodobnie życie. Kiedy się spod niego wyczołgałem, kupa butów już się tliła. Wyskoczyłem na zewnątrz i pobiegłem do rowu przeciwlotniczego. Ziemia dosłownie paliła się, gdyż poza bombami zrzucano zapalające się płytki fosforowe. Zanim dobiegłem do rowu, mój płaszcz tlił się w kilku miejscach.
     Okazało się potem, że padliśmy ofiarą amerykańskiego nalotu na Oranienburg i przylegającą do obozu osadę SS. Chociaż obóz w zasadzie nigdy nie był bombardowany, dzięki osławionej celności amerykańskich pilotów, którym zdarzało się bombardować własne oddziały, fala nalotu dywanowego zawadziła o Schuhfabrik i inne obwodowe części obozu. Było wiele ofiar.
     Ten nalot całkowicie zmienił życie obozowe w ogóle, a moje w szczególności. Schuhfabrik była rozbita, wobec czego przydzielono nas do grup usuwających niewypały i bomby z opóźnionym zapalnikiem, których wiele spadło na Oranienburg. Praca polegała na tym, że odkopywaliśmy taką bombę na tyle, aby można się było dostać do zapalnika. Następnie saper rozbrajał ją, a my zakładaliśmy na nią sznury i wyciągaliśmy z ziemi. Następnie bomby turlało się po bruku w kąt rynku, skąd zabierały je ciężarówki. Było dużo uciechy na widok popłochu mieszkańców. W tej pracy zdarzyła się następna z dziwnych przygód obozowych. Pewnego dnia nastąpił znowu dzienny nalot. Mając nadzieję, że samoloty lecą na Berlin, przyglądaliśmy się im spokojnie, stojąc u wylotu krytego rowu przeciwlotniczego. W tym miejscu w odległości kilku metrów znajdowały się wejścia do dwu sąsiednich rowów. W pewnym momencie zauważyliśmy, że od jednego z samolotów odrywa się coś ciemnego. Nasza grupka więźniów wpadła do jednego z rowów, a trzej SS-mani eskorty do drugiego. Jedna jedyna zrzucona bomba uderzyła dokładnie w środek tego drugiego rowu, a z eskorty zostały porozrzucane strzępy i pogięte karabiny. Z jednej strony mieliśmy trochę satysfakcji, ale z drugiej był to poważny kłopot. Zostaliśmy bez eskorty, z którą moglibyśmy wrócić do obozu, a napotkani bez niej moglibyśmy zostać posądzeni o ucieczkę i straceni. Ucieczka nie wchodziła zresztą w grę, gdyż nasze ubrania nie budziły wątpliwości i nie było się gdzie ukryć. W końcu znalazł się policjant, który ściągnął nową eskortę.
     Życie w obozie było coraz trudniejsze do zniesienia. Rozbita przez sojuszników kanalizacja nie działała, wyżywienie ograniczało się do jarmuszu lub marchwi gotowanej w wodzie i chyba 1/8 bochenka chleba. W tym czasie zaszło jeszcze jedno wydarzenie, którego nie rozumieliśmy. Mianowicie Polaków i Niemców umieszczono razem w barakach, a pozostałe narodowości w innych barakach. Wreszcie 20 kwietnia 1945 roku, tj. w dzień urodzin moich i Hitlera rozpoczęła się ewakuacja obozu. Ustawiono nas poza bramą obozową w kolumny odpowiadające barakom (po 500 osób), z czego wynika, że byłem w kolumnie polsko-niemieckiej. Każdy dostał pół bochenka chleba. Poza tym miałem jeszcze parę sucharków od Mamy i nie pamiętam, skąd mały woreczek ziaren żyta. Kolumny kolejno ruszały w drogę pod eskortą SS-manów. Wiedziałem, że zaczyna się etap, który ostatecznie zadecyduje, czy będę żył.
     Nie potrafię dzisiaj odtworzyć całej trasy, pozostały w pamięci poszczególne epizody.
     Pierwszy nocleg na gołej ziemi. Piękna do tej pory pogoda załamuje się, pada mokry śnieg. Mam mój płaszcz i cienki kocyk, jaki mi się udało zabrać z obozu. Nie wolno palić ognisk. Rano jestem sztywny z zimna.
     Marsz koło południa, dzień później. Okrzyki: "Herr Scharfführer mit Radfahr nach Hinten" ["Panie Scharfführer z rowerem do tyłu"]. Po chwili strzał. Zginął następny z nas, który nie miał siły iść dalej. Zwłoki tych z poprzedzających kolumn widujemy w przydrożnych rowach.
     Pogoda poprawia się, jest ciepło i świeci słońce. W pobliżu drogi widać kopce z kartoflami. Zatrzymujemy się, bo grupa więźniów z poprzedzającej nas kolumny rzuca się na kopiec. SS-mani walą kolbami, słychać pojedyncze strzały. Ludzie wracają do kolumny. Idziemy dalej. Dwóch więźniów leży w pobliżu kopca. Na skraju drogi stoi olbrzymi Ukrainiec, pod pochyloną głową trzyma wypełniony częściowo krwią kapelusz, krew z głowy dalej leje się strumieniem. Jęczy: "Jej Bohu, ubił mienia, ubił mienia" ["O Boże, zabił mnie, zabił mnie"].
     Od dwóch dni za nami słychać coraz silniejszy głos dział. Pierwszy i jedyny nocleg w stodole na słomie. Koło północy ktoś woła: "koledzy, eskorta uciekła, jesteśmy wolni". Kilku więźniów otwiera wrota i wychodzi na zewnątrz. Seria z pistoletu maszynowego odbiera im na zawsze złudzenia.
     Dwa dni później. Mój znikomy zapas żywności dawno się skończył. Rano epizod z początku tych wspomnień. Tego lub następnego dnia do naszych kolumn podjeżdżają samochody Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Przekupiona eskorta pozwala wydać po jednej paczce UNRRA na pięciu. Po południu zganiają nas do bukowego lasu na wzgórzu. Jest ciepło i już zielono, na ziemi zwały suchych liści, można sobie umościć legowiska. Wolno palić ogniska. Dzielimy żywność, gotujemy sproszkowane mleko, herbatę. Z konserw próbujemy ugotować coś ciepłego. Zbieramy młode pokrzywy, ugotowane przypominają szpinak. W tym lesie spędzamy dwa dni ratujące życie tych, którzy mieli siły tu dojść i nie objedli się za szybko. Ci zwijają się z bólu, kilku umiera. Po dwu dniach rankiem wymarsz, jedzenie się skończyło.
     Szosa zapchana Niemcami uciekającymi na zachód. Samochody osobowe, ciężarowe, a przede wszystkim wozy konne zapchane dobytkiem, na którym siedzą kobiety i dzieci. Widok jak w Polsce w roku 1939. I tak jak w Polsce nadlatują myśliwce, strzelają z karabinów maszynowych i zrzucają bomby. Nas nie atakują, widocznie wiedzą, kim jesteśmy. Mijamy rozbite wozy, zabite i ranne konie, mnóstwo trupów i rannych, sceny rozpaczy. Nie wolno nam pomagać. Lekkie uczucie zemsty, ale przede wszystkim groza i pytanie, po co? Przecież to już koniec, a zabicie tych ludzi go nie przyspieszy.
     Około 300 m od szosy las, a na jego skraju stanowiska kilku Messerschmittów. Jeden z nich kołuje i wznosi się w powietrze. Pojawia się amerykański myśliwiec. Jedna krótka seria i Messerschmitt wali się na ziemię i wybucha.
     Trzeci Maja, koło południa, nasza eskorta gdzieś znikła. Podobno przed nami próbowali do więźniów strzelać, ale ich rozbrojono. Scena, której nigdy nie zapomnę. Na skraju drogi stoi ciężarówka pełna wyższych niemieckich oficerów. Podjeżdża do nich ciężarówka pełna roześmianych amerykańskich żołnierzy, którzy wołają i kiwają do Niemców, żeby im rzucali swoje pistolety. Oficerowie z wyniosłymi minami odpinają pasy i rzucają pistolety. Amerykanie zaśmiewają się i odjeżdżają nie troszcząc się ani o Niemców ani o nas. Wspaniała konfrontacja dwu światów, przeciwnych mentalności. Dla oficerów niemieckich poddanie się wrogowi i oddanie broni, to musiało być straszne i wielkie przeżycie. Prawdopodobnie spodziewali się odpowiedniego zachowania przeciwników. Tymczasem ze strony żołnierzy amerykańskich to nie był nawet akt rozbrojenia. Oni po prostu kolekcjonowali niemieckie pistolety.
     Idziemy dalej luźnymi gromadami. Zaczynają się przedmieścia Szwerina. Piękna aleja wśród drzew, ogrodów i luksusowych willi. Na jej skraju tabor wyprzęgniętych wojskowych wozów konnych wypełnionych żywnością. Rzucamy się na jedzenie, po chwili nieśmiało dołączają się do nas okoliczni mieszkańcy. Starsza pani uśmiecha się do mnie i mówi: "endlich wir haben etwas zu essen" ["nareszcie mamy coś do jedzenia"]. Jem jakiś znakomity suchar i zagryzam żółtym serem. Znalazłem jakąś butelkę, w której był mile pachnący, słodki płyn. Popijam sobie tym płynem jedzenie i nagle czuję, że muszę się położyć pod najbliższym drzewem. Obudziłem się następnego dnia na pryczy w obozie polskich, od wczoraj byłych, robotników przymusowych. Mówią mi, że znaleźli mnie kompletnie pijanego, ale, że to uratowało mi pewnie życie, bo straciłem przytomność zanim zdążyłem się objeść, co po takim wygłodzeniu dla wielu skończyło się chorobą, a nawet śmiercią. Poją mnie mlekiem z proszku z cukrem i stopniowo dochodzę do sił. Po kilku dniach przychodzi polecenie Amerykanów, że wszyscy więźniowie mają się zebrać w po niemieckich koszarach. Okazuje się, że mamy tam teraz mieszkać. Z przygodnym towarzyszem, garbatym tapicerem z Woli, zajmujemy jakąś izbę na poddaszu. Znajduje się tam magazyn mundurów, które wiszą chyba tysiącami, większość z nich to paradne mundury oficerskie. Poza nieregularnymi i skąpymi przydziałami żywności, w której dominuje mleko i jajka w proszku, nikt się nami nie zajmuje, nie interesują się nami żadne służby medyczne. Każdy musi sobie radzić sam. Mój tapicer znalazł gdzieś elektryczną maszynkę, na której gotujemy, co się da. Obiecuje mi, że po powrocie do Warszawy zatrudni mnie jako czeladnika. Byłby to już drugi mój zawód. Niestety lekkomyślnie wybrałem ostatecznie medycynę. Ponieważ możemy się swobodnie poruszać, organizują się grupy, które w podszwerińskich wioskach zdobywają żywność na drodze zwykłego rabunku, bo kupować nie mamy za co.
     Niezwykle ciekawe obserwacje dotyczące armii amerykańskiej. Kompletny luz, począwszy od mundurów, przypominających nieco stroje sportowe, a skończywszy na zachowaniu żołnierzy pełniących wartę. Niedbale rozwalony na przyniesionym skądś krześle żołnierz nie wstaje nawet w obecności obchodzącego posterunki oficera. Oficerowie wyglądem nie różnią się od żołnierzy, trudno zauważyć jakieś dystynkcje. Nie widać zwartych oddziałów, poruszają się idąc gęsiego po obu stronach drogi. Obserwowałem wydawanie posiłku. Zamiast żołnierskich menażek, do których widoku przywykliśmy we wszystkich armiach europejskich, żołnierze amerykańscy mieli trzy talerze połączone ze sobą tak, że dawały się rozsuwać, do których fasowali trzydaniowy obiad z kompotem brzoskwiniowym na deser. To zupełnie inny świat w porównaniu z tym, do czego przywykliśmy w wojennej Europie.
     Po około dwóch tygodniach oświadczono nam, że zostaniemy przewiezieni do Lubeki, do angielskiej strefy okupacyjnej. Załadowano nas do ciężarówek, które po jakimś czasie zatrzymały się w jakimś miejscu wyglądającym na opuszczone lotnisko, gdyż były tam betonowe pasy startowe i hale przypominające hangary. Zamknięto nas w tych hangarach, a następnie kolejno grupami musieliśmy defilować przed grupą amerykańskich oficerów rozebrani do pasa i z podniesionymi do góry rękami. Pod pachą malowano nami jakąś brunatną cieczą krzyż. Okazało się, że w ten sposób sprawdzono, czy nie ukryli się wśród nas SS-mani, którzy mieli wytatuowane pod pachą numery. W innych hangarach w ten sam sposób oddzielano SS-manów od wziętych do niewoli żołnierzy Wehrmachtu. Po noclegu na siennikach porozrzucanych na podłodze hangarów dojechaliśmy do przedmieścia Lubeki, gdzie ulokowano nas znowu w obozie składającym się z typowych baraków. Uprzednio trzymano tam robotników czy jeńców rosyjskich. Na piętrowych metalowych pryczach leżały zgniłe sienniki, a wszystko ruszało się od pluskiew. Wywalamy wszystko na dwór i z sienników i drewnianych sprzętów rozpalamy wielkie ogniska, w których wypalamy prycze. Skutek był taki, że musieliśmy spać na gołych sprężynach, a i tak w nocy ze wszystkich szpar wychodziły tysiące pluskiew. Ponieważ wydano nam coś w rodzaju bielizny pościelowej radzimy sobie w ten sposób, że nawzajem zawiązujemy się w poszwach od kołder (kołder oczywiście nie ma). Ostatni śpi w nie zawiązanej poszwie. Ustalamy odpowiednią kolejkę.
     Obozem zajmują się jacyś polscy oficerowie w angielskich mundurach. Jak widać nie potrafili nam zapewnić ludzkich warunkach egzystencji. Jedzenie jest bardzo skąpe, głównie konserwy, po których często chorujemy. Brak opieki lekarskiej, mycie w ciepłej wodzie i kąpiel raz na tydzień. Dopiero po około 10 dniach zjawia się ekipa, która przy pomocy DDT odwszawia (co było zbędne, bo o dziwo wesz nie było) i odpluskwia, co zresztą było mało skuteczne.
     W tych warunkach musimy znów zadbać o siebie sami. W moim baraku organizuje się grupa samopomocowa nastawiona na zdobywanie i przygotowywanie zdrowej żywności. Przedsiębiorczy koledzy przygotowują dokument w języku niemieckim i angielskim, w którym komendant wojskowy Lubeki rozkazuje okazicielowi sprzedać za marki (obecnie bezwartościowe) żądany towar. Dokument był zaopatrzony w podpis komendanta i pieczęć sporządzoną z przedwojennej pięciozłotówki. Odpowiednia grupka udawała się z tym dokumentem i markami, których mieliśmy mnóstwo z jakiejś rozbitej kasy wojskowej, na wieś, i tam kazała sobie zabić i oprawić krowę lub świnię, pozostawiając resztki na pociechę chłopom. Do moich zadań należało zrobienie z tego jedzenia. Znalazłem gdzieś wielki kocioł metalowy, a w okolicznych ogrodach zbierałem jarzyny. Pod kotłem ustawionym na cegłach rozpalałem wielki ogień i wrzucałem do niego jarzyny i mięso z połowy krowy. Po około dwóch godzinach jedzenie było gotowe, każdy w grupie dostawał odpowiedni przydział. Wystarczało na jakieś dwa dni, po kilku dniach ruszała następna wyprawa.
     Pod koniec czerwca dowiedziałem się, że w Lubece powstała polska szkoła z internatem. Natychmiast się tam zgłosiłem i zostałem przyjęty. Szkoła mieściła się w budynku nieczynnej wówczas szkoły niemieckiej. Uczniami były nastolatki w różnym wieku, uczyli nas nauczyciele, oficerowie rezerwy uwolnieni z oflagów. Sypialnie to były spore izby z piętrowymi znowu łóżkami, ale na tych łóżkach była czysta pościel, pierwszy raz od roku spałem w piżamie, a nie w dziennej bieliźnie. Wydano nam przyzwoite ubrania. Wolny dostęp do łazienek z ciepłą wodą i prawdziwym mydłem. Kuchnia wydawała trzy dobre posiłki dziennie. Tak, więc po bez mała roku znalazłem się w ludzkich warunkach. Lekcje odbywały się w normalnych klasach liczących po kilkanaścioro uczniów. Jako język obcy wybrałem rosyjski, ponieważ Polska miała być teraz pod rosyjską okupacją, a język wroga należy znać.
     Przedsmak tego, co może nas tam czekać, stanowiły straszne sceny przekazywania Sowietom przez Anglików jeńców rosyjskich z wyzwolonych obozów. Przekazywanie odbywało się na dworcu kolejowym w pobliżu, którego była nasza szkoła. Część dworca znajdowała się w głębokim wąwozie, czy wykopie i tam właśnie jeńcy mieli się przesiadać z wagonów angielskich do rosyjskich. Wielu z nich, świadomych, co ich czeka w ojczyźnie, starało się uciec, wspinając się po zboczach wąwozu. Byli z nich spychani z powrotem kolbami karabinów przez żołnierzy angielskich i rosyjskich.
     Na początku lipca udało mi się dać ogłoszenie o miejscu pobytu w Czerwonym Krzyżu. O dziwo poskutkowało. Na początku września wyglądając przez okno na ulicę zobaczyłem moją matkę w towarzystwie polskiego oficera. Byłem przez chwilę pewien, że to mój ojciec. Fakt, że był to komendant ochrony polskiego obozu, w którym mieszkała matka z bratem, był dużym zawodem, ale i tak graniczyło to z cudem.
     Rozmaitymi wojskowymi pociągami po czterech dniach dojechaliśmy do Dössel, a następnie samochodem do majątku Riepen kilka kilometrów dalej. Pałacyk w tym majątku został zarekwirowany siedzibę polskich kobiet, wywiezionych przez Niemców na roboty, z dziećmi. Ich bezpieczeństwa strzegł pluton polskich żołnierzy (byłych jeńców), uzbrojonych przez Anglików, pod komendą polskiego porucznika. Mieszkaliśmy całkiem wygodnie, gotowały i sprzątały Niemki, a my, młodzież chodziliśmy do polskiej szkoły w sąsiedniej wsi Hohenwepel. Wszyscy chłopcy dostali angielskie mundury z napisami Poland. Szkoła została zorganizowana przez polskich oficerów uwolnionych z wielkiego oflagu pod Dössel. Tym razem wybrałem angielski.
     Oficerowie ci, z których niektórzy odnaleźli swe rodziny wywiezione na roboty do Niemiec, zostali zakwaterowani w okolicznych wioskach, tak, że cała okolica była "okupowana" przez Polaków. Było bardzo wesoło, organizowano różne imprezy kulturalne i zabawy, na których po raz pierwszy w życiu nauczyłem się tańczyć. Wstępny instruktaż otrzymałem od mej Mamy. Na początku mego pobytu w Riepen dostaliśmy wiadomość od ojca, że jest już w Warszawie. Wobec tego zapadła decyzja powrotu i rozpoczęło się oczekiwanie na transport. Wróciliśmy w czerwcu 1946 r., aby rozpocząć niełatwe życie w zrujnowanym mieście pod komunistycznym reżymem PRL.   

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten