Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Lewartowskiego


Tam zmiana środka lokomocji na wagony towarowe. Jedziemy powoli na zachód. Moja matka ma zapalenie ucha środkowego. Potwornie cierpi, ma wysoką gorączkę. Jest bardzo gorąco, a skąpa ilość wody z trudem zdobywanej na stacjach nie gasi pragnienia. 
     Po czterech dniach w nocy pociąg zatrzymuje się na przedmieściach jakiegoś wielkiego miasta. Mówią, że to Berlin. Wokół widać liczne pożary. [...]
     Nie potrafię dzisiaj odtworzyć całej trasy, pozostały w pamięci poszczególne epizody.
     Pierwszy nocleg na gołej ziemi. Piękna do tej pory pogoda załamuje się, pada mokry śnieg. Mam mój płaszcz i cienki kocyk, jaki mi się udało zabrać z obozu. Nie wolno palić ognisk. Rano jestem sztywny z zimna.
     Marsz koło południa, dzień później. Okrzyki: "Herr Scharfführer mit Radfahr nach Hinten" ["Panie Scharfführer z rowerem do tyłu"]. Po chwili strzał. Zginął następny z nas, który nie miał siły iść dalej. Zwłoki tych z poprzedzających kolumn widujemy w przydrożnych rowach.
     Pogoda poprawia się, jest ciepło i świeci słońce. W pobliżu drogi widać kopce z kartoflami. Zatrzymujemy się, bo grupa więźniów z poprzedzającej nas kolumny rzuca się na kopiec. SS-mani walą kolbami, słychać pojedyncze strzały. Ludzie wracają do kolumny. Idziemy dalej. Dwóch więźniów leży w pobliżu kopca. Na skraju drogi stoi olbrzymi Ukrainiec, pod pochyloną głową trzyma wypełniony częściowo krwią kapelusz, krew z głowy dalej leje się strumieniem. Jęczy: "Jej Bohu, ubił mienia, ubił mienia" ["O Boże, zabił mnie, zabił mnie"].
     Od dwóch dni za nami słychać coraz silniejszy głos dział. Pierwszy i jedyny nocleg w stodole na słomie. Koło północy ktoś woła: "koledzy, eskorta uciekła, jesteśmy wolni". Kilku więźniów otwiera wrota i wychodzi na zewnątrz. Seria z pistoletu maszynowego odbiera im na zawsze złudzenia.
     Dwa dni później. Mój znikomy zapas żywności dawno się skończył. Rano epizod z początku tych wspomnień. Tego lub następnego dnia do naszych kolumn podjeżdżają samochody Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Przekupiona eskorta pozwala wydać po jednej paczce UNRRA na pięciu. Po południu zganiają nas do bukowego lasu na wzgórzu. Jest ciepło i już zielono, na ziemi zwały suchych liści, można sobie umościć legowiska. Wolno palić ogniska. Dzielimy żywność, gotujemy sproszkowane mleko, herbatę. Z konserw próbujemy ugotować coś ciepłego. Zbieramy młode pokrzywy, ugotowane przypominają szpinak. W tym lesie spędzamy dwa dni ratujące życie tych, którzy mieli siły tu dojść i nie objedli się za szybko. Ci zwijają się z bólu, kilku umiera. Po dwu dniach rankiem wymarsz, jedzenie się skończyło.
     Szosa zapchana Niemcami uciekającymi na zachód. Samochody osobowe, ciężarowe, a przede wszystkim wozy konne zapchane dobytkiem, na którym siedzą kobiety i dzieci. Widok jak w Polsce w roku 1939. I tak jak w Polsce nadlatują myśliwce, strzelają z karabinów maszynowych i zrzucają bomby. Nas nie atakują, widocznie wiedzą, kim jesteśmy. Mijamy rozbite wozy, zabite i ranne konie, mnóstwo trupów i rannych, sceny rozpaczy. Nie wolno nam pomagać. Lekkie uczucie zemsty, ale przede wszystkim groza i pytanie, po co? Przecież to już koniec, a zabicie tych ludzi go nie przyspieszy.
     Około 300 m od szosy las, a na jego skraju stanowiska kilku Messerschmittów. Jeden z nich kołuje i wznosi się w powietrze. Pojawia się amerykański myśliwiec. Jedna krótka seria i Messerschmitt wali się na ziemię i wybucha.
     Trzeci Maja, koło południa, nasza eskorta gdzieś znikła. Podobno przed nami próbowali do więźniów strzelać, ale ich rozbrojono. Scena, której nigdy nie zapomnę. Na skraju drogi stoi ciężarówka pełna wyższych niemieckich oficerów. Podjeżdża do nich ciężarówka pełna roześmianych amerykańskich żołnierzy, którzy wołają i kiwają do Niemców, żeby im rzucali swoje pistolety. Oficerowie z wyniosłymi minami odpinają pasy i rzucają pistolety. Amerykanie zaśmiewają się i odjeżdżają nie troszcząc się ani o Niemców ani o nas. Wspaniała konfrontacja dwu światów, przeciwnych mentalności. Dla oficerów niemieckich poddanie się wrogowi i oddanie broni, to musiało być straszne i wielkie przeżycie. Prawdopodobnie spodziewali się odpowiedniego zachowania przeciwników. Tymczasem ze strony żołnierzy amerykańskich to nie był nawet akt rozbrojenia. Oni po prostu kolekcjonowali niemieckie pistolety.
     Idziemy dalej luźnymi gromadami. Zaczynają się przedmieścia Szwerina. Piękna aleja wśród drzew, ogrodów i luksusowych willi. Na jej skraju tabor wyprzęgniętych wojskowych wozów konnych wypełnionych żywnością. Rzucamy się na jedzenie, po chwili nieśmiało dołączają się do nas okoliczni mieszkańcy. Starsza pani uśmiecha się do mnie i mówi: "endlich wir haben etwas zu essen" ["nareszcie mamy coś do jedzenia"]. Jem jakiś znakomity suchar i zagryzam żółtym serem. Znalazłem jakąś butelkę, w której był mile pachnący, słodki płyn. Popijam sobie tym płynem jedzenie i nagle czuję, że muszę się położyć pod najbliższym drzewem. Obudziłem się następnego dnia na pryczy w obozie polskich, od wczoraj byłych, robotników przymusowych. Mówią mi, że znaleźli mnie kompletnie pijanego, ale, że to uratowało mi pewnie życie, bo straciłem przytomność zanim zdążyłem się objeść, co po takim wygłodzeniu dla wielu skończyło się chorobą, a nawet śmiercią. Poją mnie mlekiem z proszku z cukrem i stopniowo dochodzę do sił. Po kilku dniach przychodzi polecenie Amerykanów, że wszyscy więźniowie mają się zebrać w po niemieckich koszarach. Okazuje się, że mamy tam teraz mieszkać. Z przygodnym towarzyszem, garbatym tapicerem z Woli, zajmujemy jakąś izbę na poddaszu. Znajduje się tam magazyn mundurów, które wiszą chyba tysiącami, większość z nich to paradne mundury oficerskie. Poza nieregularnymi i skąpymi przydziałami żywności, w której dominuje mleko i jajka w proszku, nikt się nami nie zajmuje, nie interesują się nami żadne służby medyczne. Każdy musi sobie radzić sam. Mój tapicer znalazł gdzieś elektryczną maszynkę, na której gotujemy, co się da. Obiecuje mi, że po powrocie do Warszawy zatrudni mnie jako czeladnika. Byłby to już drugi mój zawód. Niestety lekkomyślnie wybrałem ostatecznie medycynę. Ponieważ możemy się swobodnie poruszać, organizują się grupy, które w podszwerińskich wioskach zdobywają żywność na drodze zwykłego rabunku, bo kupować nie mamy za co.
     Niezwykle ciekawe obserwacje dotyczące armii amerykańskiej. Kompletny luz, począwszy od mundurów, przypominających nieco stroje sportowe, a skończywszy na zachowaniu żołnierzy pełniących wartę. Niedbale rozwalony na przyniesionym skądś krześle żołnierz nie wstaje nawet w obecności obchodzącego posterunki oficera. Oficerowie wyglądem nie różnią się od żołnierzy, trudno zauważyć jakieś dystynkcje. Nie widać zwartych oddziałów, poruszają się idąc gęsiego po obu stronach drogi. Obserwowałem wydawanie posiłku. Zamiast żołnierskich menażek, do których widoku przywykliśmy we wszystkich armiach europejskich, żołnierze amerykańscy mieli trzy talerze połączone ze sobą tak, że dawały się rozsuwać, do których fasowali trzydaniowy obiad z kompotem brzoskwiniowym na deser. To zupełnie inny świat w porównaniu z tym, do czego przywykliśmy w wojennej Europie.
     Po około dwóch tygodniach oświadczono nam, że zostaniemy przewiezieni do Lubeki, do angielskiej strefy okupacyjnej. Załadowano nas do ciężarówek, które po jakimś czasie zatrzymały się w jakimś miejscu wyglądającym na opuszczone lotnisko, gdyż były tam betonowe pasy startowe i hale przypominające hangary. Zamknięto nas w tych hangarach, a następnie kolejno grupami musieliśmy defilować przed grupą amerykańskich oficerów rozebrani do pasa i z podniesionymi do góry rękami. Pod pachą malowano nami jakąś brunatną cieczą krzyż. Okazało się, że w ten sposób sprawdzono, czy nie ukryli się wśród nas SS-mani, którzy mieli wytatuowane pod pachą numery. W innych hangarach w ten sam sposób oddzielano SS-manów od wziętych do niewoli żołnierzy Wehrmachtu. Po noclegu na siennikach porozrzucanych na podłodze hangarów dojechaliśmy do przedmieścia Lubeki, gdzie ulokowano nas znowu w obozie składającym się z typowych baraków. Uprzednio trzymano tam robotników czy jeńców rosyjskich. Na piętrowych metalowych pryczach leżały zgniłe sienniki, a wszystko ruszało się od pluskiew. Wywalamy wszystko na dwór i z sienników i drewnianych sprzętów rozpalamy wielkie ogniska, w których wypalamy prycze. Skutek był taki, że musieliśmy spać na gołych sprężynach, a i tak w nocy ze wszystkich szpar wychodziły tysiące pluskiew. Ponieważ wydano nam coś w rodzaju bielizny pościelowej radzimy sobie w ten sposób, że nawzajem zawiązujemy się w poszwach od kołder (kołder oczywiście nie ma). Ostatni śpi w nie zawiązanej poszwie. Ustalamy odpowiednią kolejkę.
     Obozem zajmują się jacyś polscy oficerowie w angielskich mundurach. Jak widać nie potrafili nam zapewnić ludzkich warunkach egzystencji. Jedzenie jest bardzo skąpe, głównie konserwy, po których często chorujemy. Brak opieki lekarskiej, mycie w ciepłej wodzie i kąpiel raz na tydzień. Dopiero po około 10 dniach zjawia się ekipa, która przy pomocy DDT odwszawia (co było zbędne, bo o dziwo wesz nie było) i odpluskwia, co zresztą było mało skuteczne.
     W tych warunkach musimy znów zadbać o siebie sami. W moim baraku organizuje się grupa samopomocowa nastawiona na zdobywanie i przygotowywanie zdrowej żywności. Przedsiębiorczy koledzy przygotowują dokument w języku niemieckim i angielskim, w którym komendant wojskowy Lubeki rozkazuje okazicielowi sprzedać za marki (obecnie bezwartościowe) żądany towar. Dokument był zaopatrzony w podpis komendanta i pieczęć sporządzoną z przedwojennej pięciozłotówki. Odpowiednia grupka udawała się z tym dokumentem i markami, których mieliśmy mnóstwo z jakiejś rozbitej kasy wojskowej, na wieś, i tam kazała sobie zabić i oprawić krowę lub świnię, pozostawiając resztki na pociechę chłopom. Do moich zadań należało zrobienie z tego jedzenia. Znalazłem gdzieś wielki kocioł metalowy, a w okolicznych ogrodach zbierałem jarzyny. Pod kotłem ustawionym na cegłach rozpalałem wielki ogień i wrzucałem do niego jarzyny i mięso z połowy krowy. Po około dwóch godzinach jedzenie było gotowe, każdy w grupie dostawał odpowiedni przydział. Wystarczało na jakieś dwa dni, po kilku dniach ruszała następna wyprawa.
     Pod koniec czerwca dowiedziałem się, że w Lubece powstała polska szkoła z internatem. Natychmiast się tam zgłosiłem i zostałem przyjęty. Szkoła mieściła się w budynku nieczynnej wówczas szkoły niemieckiej. Uczniami były nastolatki w różnym wieku, uczyli nas nauczyciele, oficerowie rezerwy uwolnieni z oflagów. Sypialnie to były spore izby z piętrowymi znowu łóżkami, ale na tych łóżkach była czysta pościel, pierwszy raz od roku spałem w piżamie, a nie w dziennej bieliźnie. Wydano nam przyzwoite ubrania. Wolny dostęp do łazienek z ciepłą wodą i prawdziwym mydłem. Kuchnia wydawała trzy dobre posiłki dziennie. Tak, więc po bez mała roku znalazłem się w ludzkich warunkach. Lekcje odbywały się w normalnych klasach liczących po kilkanaścioro uczniów. Jako język obcy wybrałem rosyjski, ponieważ Polska miała być teraz pod rosyjską okupacją, a język wroga należy znać.
     Przedsmak tego, co może nas tam czekać, stanowiły straszne sceny przekazywania Sowietom przez Anglików jeńców rosyjskich z wyzwolonych obozów. Przekazywanie odbywało się na dworcu kolejowym w pobliżu, którego była nasza szkoła. Część dworca znajdowała się w głębokim wąwozie, czy wykopie i tam właśnie jeńcy mieli się przesiadać z wagonów angielskich do rosyjskich. Wielu z nich, świadomych, co ich czeka w ojczyźnie, starało się uciec, wspinając się po zboczach wąwozu. Byli z nich spychani z powrotem kolbami karabinów przez żołnierzy angielskich i rosyjskich.
     Na początku lipca udało mi się dać ogłoszenie o miejscu pobytu w Czerwonym Krzyżu. O dziwo poskutkowało. Na początku września wyglądając przez okno na ulicę zobaczyłem moją matkę w towarzystwie polskiego oficera. Byłem przez chwilę pewien, że to mój ojciec. Fakt, że był to komendant ochrony polskiego obozu, w którym mieszkała matka z bratem, był dużym zawodem, ale i tak graniczyło to z cudem.
     Rozmaitymi wojskowymi pociągami po czterech dniach dojechaliśmy do Dössel, a następnie samochodem do majątku Riepen kilka kilometrów dalej. Pałacyk w tym majątku został zarekwirowany siedzibę polskich kobiet, wywiezionych przez Niemców na roboty, z dziećmi. Ich bezpieczeństwa strzegł pluton polskich żołnierzy (byłych jeńców), uzbrojonych przez Anglików, pod komendą polskiego porucznika. Mieszkaliśmy całkiem wygodnie, gotowały i sprzątały Niemki, a my, młodzież chodziliśmy do polskiej szkoły w sąsiedniej wsi Hohenwepel. Wszyscy chłopcy dostali angielskie mundury z napisami Poland. Szkoła została zorganizowana przez polskich oficerów uwolnionych z wielkiego oflagu pod Dössel. Tym razem wybrałem angielski.
     Oficerowie ci, z których niektórzy odnaleźli swe rodziny wywiezione na roboty do Niemiec, zostali zakwaterowani w okolicznych wioskach, tak, że cała okolica była "okupowana" przez Polaków. Było bardzo wesoło, organizowano różne imprezy kulturalne i zabawy, na których po raz pierwszy w życiu nauczyłem się tańczyć. Wstępny instruktaż otrzymałem od mej Mamy. Na początku mego pobytu w Riepen dostaliśmy wiadomość od ojca, że jest już w Warszawie. Wobec tego zapadła decyzja powrotu i rozpoczęło się oczekiwanie na transport. Wróciliśmy w czerwcu 1946 r., aby rozpocząć niełatwe życie w zrujnowanym mieście pod komunistycznym reżymem PRL.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten