Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bohdana Lewartowskiego


Rano pociąg zatrzymuje się na stacji Oranienburg, wokół widać sosny. Wysiadamy, prowadzą nas drogą na plac wśród zielonych baraków. Przed barakami trawa i kwiaty, istna sielanka. Mówią, że tu będziemy mieszkać, ale najpierw musimy iść do kąpieli. Oddzielają starszych chłopców i mężczyzn od kobiet i dzieci. Tak po raz ostatni przed zakończeniem wojny widziałem moją matkę i brata.
     Z placu zaprowadzono nas do baraków, w których odbywało się przerabianie ludzi na więźniów. Zabierają wszystkie rzeczy, golą nas dokładnie i dają coś, co kształtem przypomina kawałek mydła. Po kąpieli pod prysznicem ubieramy się w pasiaki. Te pół godziny zmienia nas tak dokładnie, że nie poznaję najbliższych sąsiadów z mego domu. Tak w szesnastym roku życia znalazłem się w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen.
     Po kąpieli umieszczono nas w barakach rewiru kwarantanny, gdzie w całkowitej bezczynności spędziliśmy około 14 dni. Jedzenie było na tyle znośne, że nie byłem bardzo głodny. Po tym czasie zamieniamy pasiaki na cywilne ubrania, ale marynarki czy bluzy na plecach, a spodnie w połowie uda, mają wycięte prostokątne dziury załatane kolorowym materiałem. Dostajemy też numery z czerwonymi trójkątami (więzień polityczny, Polacy zawsze byli polityczni), które naszywamy z lewej strony na piersi i na prawym udzie ponad dziurą. Mój numer to 90631. Mój najbliższy kolega z domu, z którym się trzymamy razem, ma 90632. To trzeba umieć szybko wyrecytować po niemiecku pod groźbą nader niemiłych konsekwencji w wypadku błędu: Neunzig tausend sechs hundert einunddreißig.
     Młodych chłopców zebrano razem i oświadczono, że będziemy się uczyć zawodu. Dano nam do wyboru szewca i mechanika samochodowego. Większość wybrała to drugie, jako bardziej godne mężczyzny, ale zawód szewca skojarzył mi się natychmiast ze spokojnym siedzeniem pod dachem. To nie mogła być zbyt wyczerpująca praca. Wybrałem to i z trudem namówiłem mego kolegę. Okazało się, że to była jedna z najważniejszych decyzji w moim życiu. Nauka mechaniki samochodowej polegała bowiem na rozbieraniu wraków na złomowisku na otwartym powietrzu, co wraz z narastającym w obozie głodem i marnym ubraniem sprawiło, że większość z ochotników nie przeżyła zimy. Po ceremonii wyboru zawodu rozprowadzono nas po barakach, zwanych blokami, w których mieliśmy dalej mieszkać.
     Centralną część baraku stanowiły łazienki i latryny. Łazienki to były trzy kamienne okrągłe baseny na wysokości pasa, do których spływała woda z kranów umieszczonych na środkowej kolumnie. Woda była oczywiście zimna, a w zimie lodowata. Symetrycznie po obu stronach łazienki były dwie sale dziennego pobytu, w których stały długie stoły i ławy. Można też było dostać szafkę na rzeczy osobiste, jeśli ktoś takowe posiadał. Za salami dziennego pobytu były sale sypialne. Zastawione one były ciasno 3 i 4-piętrowymi pryczami, na których leżały brudne i wygniecione sienniki. Prycze były w zasadzie jednoosobowe, ale w tym czasie na każdą wypadało po trzech więźniów. Można więc było tylko leżeć nieruchomo na boku, przyciśniętym do sąsiadów. Sypialnie nie były ogrzewane, spało się w dziennych ubraniach, a buty chowało pod siennikiem. W nocy nie wolno było wstawać, a i tak przy takim zagęszczeniu było to trudne. Wielu miało zapalenie pęcherza. Tak więc noclegi należały w tym czasie do najważniejszych elementów obozowej udręki. Za organizację życia na bloku odpowiedzialny był więzień funkcyjny, blokowy. W moim bloku nr 68 był to niemiecki komunista, dość przyzwoity człowiek. Niestety mieszkał on w swojej klitce po drugiej stronie bloku. Po mojej mieszkał jego zastępca, też Niemiec i straszna szuja.
     O godz. 5.00 w lecie, a o 6.00 w zimie, obozowy dzwon zrywał nas z prycz. W salach dziennego pobytu wydawano zbożową ciepłą kawę, a jeśli ktoś zachował coś z wieczornego przydziału chleba (w tym czasie około 250 g), mógł zjeść coś w rodzaju śniadania. Następny dzwon wzywał na apel. Odbywał się on na placu stanowiącym centralny obszar obozu. Było to wielkie półkole oparte o mur obozowy, w którego środku stał budynek z bramą główną, na której był dla KC napis: "Arbeit macht frei" ["Praca czyni wolnym"]. W jego ścianę skierowaną do placu wbudowano rodzaj długiej werandy, na której stały karabiny maszynowe. Od placu promieniście odchodziły uliczki pomiędzy barakami. Na szczytach baraków przylegających do placu widniały wielkie białe litery tworzące w sumie budujące hasło: "Arbeit, Gehorsam und Sauberkeit sind deine Meilensteinen zum Freicheit" ["Praca, posłuszeństwo i porządek są twoim kamieniem milowym do wolności"]. Wobec warunków w barakach to ostatnie wezwanie trudno było spełnić. Apel polegał na ustawieniu się mieszkańców każdego bloku w ściśle określonym miejscu placu apelowego w pięciorzędowe kolumny. Blokowy liczył więźniów, a następnie zdawał raport odpowiedniemu SS-manowi. Jeśli w całym obozie liczącym w tym czasie około 30 tysięcy więźniów wszystko się zgadzało, dawano komendę rozejścia i ponownego ustawienia się w kolumnach według przydziału pracy. Jeśli nie, apel mógł trwać wiele godzin. W zimie pociągało to za sobą ofiary śmiertelne. Następnie kolumny wyruszały do roboty. Mój przydział to Schuhfabrik (fabryka butów), która znajdowała się w pierścieniu zakładów pomiędzy właściwym obozem, a jego zewnętrznymi murami. Produkowano w niej różnego rodzaju wojskowe buty i naprawiano używane. To drugie stało się moim zajęciem na najbliższe 7 miesięcy. Nas, chłopców, usadzono przy dwóch długich masywnych drewnianych warsztatach (szczegół ważny dla mego dalszego losu), przy których piętrzyły się góry używanych butów przeznaczonych do reperacji. Pieczę nad nami objął więzień, stary majster szewski, jak się okazało niemiecki komunista i bardzo przyzwoity człowiek. Musiał być dobrym dydaktykiem, bo po kilku dniach każdy z nas wyrabiał normę. Każdy but i skórzaną zelówkę moczyło się w kuble z wodą. Do buta wkładało się kopyto i umieszczało go na kolanach przytrzymując specjalnym paskiem, który w dawnych czasach nazywano pocięglem. Następnie po oddzieleniu starej zelówki nową przybijało się kilkoma drewnianymi szpilkami i przykrawało ostrym, szewskim nożem do kształtu buta.
     Trzymając nóż specjalnym chwytem, mając za prowadnicę krawędź zelówki, jego końcem zaznaczało się dwa rowki biegnące równolegle do krawędzi zelówki. W rowkach tych, w odstępach około 10 mm, robiło się szpilarkiem dziurki penetrujące aż do wnętrza buta. W te dziurki wkładało się drewniane szpilki i wbijało w głąb dziurki młotkiem. Musiało to być wykonane jednym uderzeniem, a szpilka nie śmiała się złamać. Po wyjęciu z buta kopyta, czubki szpilek i wszelkie nierówności usuwało się z wnętrza buta raszplą. Następny etap, to nabicie zelówki gwoździami oraz naprawa obcasa. To nabijanie zelówki gwoździami wiąże się z jedną z najdziwniejszych przygód, jakie mi się trafiły w obozie. Któregoś dnia zatrzymał się przy mnie oficer SS nadzorujący naszą fabrykę i przyglądał się mojej pracy. Akurat nabijałem zelówkę gwoździami. W pewnej chwili źle uderzony gwóźdź wyprysnął i boleśnie uderzył SS-mana w dłoń. Skuliłem się czekając na wrzask i bicie. Tymczasem SS-man pogładził mnie po ogolonej głowie i bez słowa odszedł. Nigdy więcej go nie widzieliśmy, mówiono, że popełnił samobójstwo.
     Towarzystwo przy naszych warsztatach było mieszane i ciekawe. Poza kilkoma Polakami było kilku Ukraińców i Białorusinów. Ponieważ rozmowy nie były zabronione, opowiadaliśmy sobie o naszym życiu, przeczytanych książkach i innych sprawach interesujących nastolatków. Koledzy ze Wschodu uczyli nas rosyjskiego.
     W sąsiednim baraku połączonym z naszym pracował oddział jeńców rosyjskich ubranych w wojskowe mundury i pod bezpośrednią komendą swego oficera. Ich felczer opatrywał nasze skaleczenia, jakich nie brakowało przy pracy. Jeńcy ci byli traktowani zadziwiająco dobrze w porównaniu z tym, co się działo w jenieckich obozach dla Rosjan. Tym niemniej przed ewakuacją obozu zostali rozstrzelani i spaleni w krematorium. Może było to lepsze niż to, co mogło ich spotkać po wydaniu przez aliantów po wojnie w ręce władz sowieckich. Dantejskie sceny towarzyszące temu przekazywaniu widziałem na dworcu kolejowym w Lubece, do której trafiłem po zakończeniu wojny.
     Po zakończeniu pracy około godz. 18.00 i po rewizji (czy nie wynosimy czegoś, co mogło mieć wartość w obozie) wracaliśmy do obozu, do naszych baraków, gdzie wydawano wieczorną zupę i dzienny przydział chleba i margaryny. Poza tym pracujący dostawali w południe dwie kromki chleba z margaryną i plasterek kiełbasy. W niedzielę było coś w rodzaju bardzo rzadkiego gulaszu i po parę kartofli w mundurkach. To względnie znośne wyżywienie z upływem czasu stale się pogarszało, by w ostatnich miesiącach przed ewakuacją ograniczyć się do zupy z jarmuszu lub marchwi na wodzie i znikomej porcji chleba.
     Kiedy staram się sobie przypomnieć, co czułem w pierwszym okresie w obozie, pozostaje wrażenie przerażającej, dojmującej obcości i grozy otoczenia. Byłem chłopcem wychowanym w katolicko - harcerskiej atmosferze pielęgnowanej w czasie wojny zarówno w domu i szkole czy konspiracyjnym gimnazjum oraz w Szarych Szeregach. Wszelkie dotychczas przeżyte okropności wojny, bombardowania, łapanki, głód, to było coś z zewnątrz, co atakowało mój świat, ale go nie pokonało. Mieliśmy z bratem dom, który mojej matce dzięki heroicznym wysiłkom udawało się utrzymać, mimo że po dostaniu się ojca do niewoli, zostaliśmy bez środków utrzymania i polską konspiracyjną szkołę. Teraz nic z tego nie zostało. W baraku otaczali mnie dorośli mężczyźni różnych narodowości (więźniami poza Polakami byli Niemcy, Francuzi, Holendrzy, Belgowie, Ukraińcy) wszyscy pod terrorem obozowym, zachowujący się często w zdumiewający i odrażający sposób, w czym celowali Francuzi. Dobiła mnie publiczna egzekucja przez powieszenie więźnia schwytanego po ucieczce z obozu. Odbyła się w kilka dni po zakończeniu kwarantanny, w czasie porannego apelu. Nie wolno było odwrócić wzroku. Widziałem przedtem martwych ludzi, ale nigdy zabijania. Byłem w szoku, modliłem się o cud, którego oczywiście nie było. Takich egzekucji z różnych powodów było później więcej. Już nie modliłem się o cud. Jednak zdolności fizycznej i psychicznej adaptacji są naprawdę zdumiewające. Niewątpliwym oparciem były bardzo dobre, jak na obóz koncentracyjny warunki w pracy oraz kilka listów, które dostałem od matki wywiezionej wraz z moim młodszym bratem do pracy przymusowej u niemieckiego chłopa, a później w lasach państwowych. Mogłem nawet na nie odpisywać, przy czym zakres dozwolonej informacji był nader ograniczony. Skutkiem tego wszystkie listy brzmiały mniej więcej jednakowo: "Liebe Mutti. Ich bin gesund und habe leichte, sitzende Arbeit. Ich liebe dich, Bohdan" ["Kochana Mamo. Jestem zdrowy i mam lekką, siedzącą pracę. Kocham Cię, Bohdan"]. Zamieszczona w jednym z listów informacja, że posiadałem zawód szewca, spowodowała zwrot listu. Dostałem również od matki trzy paczki z żywnością, którą zresztą w dużym stopniu rozkradli współwięźniowie ze Wschodu. Ostatnia, zawierająca jedynie wysuszone kromki chleba, dotarła do mnie kilka dni przed ewakuacją obozu i niewątpliwie uratowała mi życie, gdyż w obozie był wówczas głód i bez tej pomocy nie przeżyłbym ewakuacji. Ważnym oparciem była też dla mnie opieka, jaką mnie otoczyli dwaj starsi stażem i wiekiem więźniowie Polacy, mieszkający po przeciwnej stronie baraku. Polegała ona przede wszystkim na udzielaniu dobrych rad bezcennych dla przeżycia w obozie.
     Tak to wszedłem w monotonny tryb obozowego życia, urozmaicony tylko w niedziele. Schuhfabrik była w niedziele zamknięta, ale odpoczynek świąteczny był nie dla więźniów. W niedziele pracowaliśmy poza obozem rozładowując barki na Szprewie. Towarem był najczęściej gruz z Berlina, kartofle lub buraki cukrowe. Pomiędzy barką a brzegiem była kilkumetrowa przestrzeń, przez którą przerzucano dość wąskie deski. Po tych deskach, w zimie często oblodzonych, trzeba było przetoczyć ciężko naładowane teczki. Wobec osłabienia pracujących było to na granicy możliwości. Ześlizgnięcie się taczki często wraz z więźniem do wody zdarzało się niemal każdej niedzieli i praktycznie równało się śmierci, bo przeżycie osłabionego człowieka w ubraniu ociekającym lodowatą wodą na mrozie do powrotu do obozu było mało prawdopodobne. Umierał przed powrotem lub później na zapalenie płuc.
     Tak to przedstawiały się warunki w pierwszym miesiącu mego pobytu w obozie. Robiło się coraz zimniej, wreszcie przyszła zima na szczęście dosyć łagodna. Wydano płaszcze, ale mój był bardzo cienki tak, że apele, zwłaszcza te przedłużone, stawały się coraz większą udręką. Racje żywnościowe stawały się coraz skąpsze, narastał głód. Ciekawe były różnice w zachowaniu więźniów różnych narodowości wobec pogarszających się warunków. Polacy, Niemcy i ludzie ze Wschodu Europy zachowywali godność osobistą i nie dawali się upodlić. Znacznie gorzej znosili to ludzie z Zachodu Europy, a zwłaszcza Francuzi. Wielu z nich było brudnych, załamanych i wyjadało ze śmietników niejadalne resztki jak obierki ziemniaków, po czym ciężko chorowali. Widziałem Francuza wyjadającego łyżką czyjeś wymiociny z umywalni. To moralne załamanie miało i inne konsekwencje. Gdzieś na początku zimy zrobił mi się wielki czyrak blisko prawego łokcia. Ponieważ wymagał on szybkiej interwencji udało mi się u blokowego dostać skierowanie do tzw. "rewiru", tj. szpitala i ambulatorium. Doświadczeni więźniowie uprzedzali mnie, żebym nie dał się tam skierować do lekarza Francuza, "bo na pewno cię wykończy". Udało mi się dostać do Polaka. Zabieg wykonany oczywiście bez znieczulenia, bo takowego nie było, udał się i jakoś żyłem dalej.
     Nawet do obozu docierały skąpe wieści o tym, co się dzieje na frontach. W komunikatach w oficjalnych niemieckich gazetach, które starzy więźniowie czasem zdobywali, pojawiały się nazwy miejscowości coraz bliżej granic Niemiec. Co noc nad nami przelewały się masy samolotów lecących na Berlin. Wystrzały artylerii przeciwlotniczej zlewały się w jeden grzmot, a odłamki bębniły po dachach baraków.
     W marcu bieg wypadków nabrał szybkości.
     Nie pamiętam dokładnie, kiedy ogłoszono, że obóz prawdopodobnie zostanie ewakuowany pieszo, ale jeśli ktoś nie czuje się na siłach iść, to może się zgłosić i będzie ewakuowany koleją. Pewna liczba naiwnych to uczyniła, a na drugi dzień dym z krematorium zasnuł plac apelowy. Po kilku dniach urządzono apel, na którym niezdolni do marszu mieli być wyselekcjonowani celem ewakuacji koleją. Moi opiekunowie z drugiej strony baraku wypchali mi policzki papierem ze starych gazet i lekko mnie uróżowali, dzięki czemu wyglądałem całkiem zdrowo. Selekcja mnie ominęła. Znów na placu apelowym trudno było oddychać. W tym czasie zniknęli też nasi zaprzyjaźnieni jeńcy rosyjscy.
     Któregoś ciepłego marcowego dnia w czasie przerwy południowej z przed baraku obserwowaliśmy eskadry bombowców. Nagle zobaczyliśmy odrywające się od samolotów bomby. Każdy krył się, gdzie mógł. Ja wskoczyłem do baraku i upadłem pomiędzy warsztat i kupę butów do zelowania. W tym momencie spadło wiele bomb, z których jedna uderzyła w mój barak, około 50 m ode mnie. Przy tak bliskim wybuchu właściwie nie słychać huku, tylko odczuwa się potworny wstrząs. Dach nade mną zawalił się, ale oparł się na warsztacie, który ocalił mi prawdopodobnie życie. Kiedy się spod niego wyczołgałem, kupa butów już się tliła. Wyskoczyłem na zewnątrz i pobiegłem do rowu przeciwlotniczego. Ziemia dosłownie paliła się, gdyż poza bombami zrzucano zapalające się płytki fosforowe. Zanim dobiegłem do rowu, mój płaszcz tlił się w kilku miejscach.
     Okazało się potem, że padliśmy ofiarą amerykańskiego nalotu na Oranienburg i przylegającą do obozu osadę SS. Chociaż obóz w zasadzie nigdy nie był bombardowany, dzięki osławionej celności amerykańskich pilotów, którym zdarzało się bombardować własne oddziały, fala nalotu dywanowego zawadziła o Schuhfabrik i inne obwodowe części obozu. Było wiele ofiar.
     Ten nalot całkowicie zmienił życie obozowe w ogóle, a moje w szczególności. Schuhfabrik była rozbita, wobec czego przydzielono nas do grup usuwających niewypały i bomby z opóźnionym zapalnikiem, których wiele spadło na Oranienburg. Praca polegała na tym, że odkopywaliśmy taką bombę na tyle, aby można się było dostać do zapalnika. Następnie saper rozbrajał ją, a my zakładaliśmy na nią sznury i wyciągaliśmy z ziemi. Następnie bomby turlało się po bruku w kąt rynku, skąd zabierały je ciężarówki. Było dużo uciechy na widok popłochu mieszkańców. W tej pracy zdarzyła się następna z dziwnych przygód obozowych. Pewnego dnia nastąpił znowu dzienny nalot. Mając nadzieję, że samoloty lecą na Berlin, przyglądaliśmy się im spokojnie, stojąc u wylotu krytego rowu przeciwlotniczego. W tym miejscu w odległości kilku metrów znajdowały się wejścia do dwu sąsiednich rowów. W pewnym momencie zauważyliśmy, że od jednego z samolotów odrywa się coś ciemnego. Nasza grupka więźniów wpadła do jednego z rowów, a trzej SS-mani eskorty do drugiego. Jedna jedyna zrzucona bomba uderzyła dokładnie w środek tego drugiego rowu, a z eskorty zostały porozrzucane strzępy i pogięte karabiny. Z jednej strony mieliśmy trochę satysfakcji, ale z drugiej był to poważny kłopot. Zostaliśmy bez eskorty, z którą moglibyśmy wrócić do obozu, a napotkani bez niej moglibyśmy zostać posądzeni o ucieczkę i straceni. Ucieczka nie wchodziła zresztą w grę, gdyż nasze ubrania nie budziły wątpliwości i nie było się gdzie ukryć. W końcu znalazł się policjant, który ściągnął nową eskortę.
     Życie w obozie było coraz trudniejsze do zniesienia. Rozbita przez sojuszników kanalizacja nie działała, wyżywienie ograniczało się do jarmuszu lub marchwi gotowanej w wodzie i chyba 1/8 bochenka chleba. W tym czasie zaszło jeszcze jedno wydarzenie, którego nie rozumieliśmy. Mianowicie Polaków i Niemców umieszczono razem w barakach, a pozostałe narodowości w innych barakach. Wreszcie 20 kwietnia 1945 roku, tj. w dzień urodzin moich i Hitlera rozpoczęła się ewakuacja obozu. Ustawiono nas poza bramą obozową w kolumny odpowiadające barakom (po 500 osób), z czego wynika, że byłem w kolumnie polsko-niemieckiej. Każdy dostał pół bochenka chleba. Poza tym miałem jeszcze parę sucharków od Mamy i nie pamiętam, skąd mały woreczek ziaren żyta. Kolumny kolejno ruszały w drogę pod eskortą SS-manów. Wiedziałem, że zaczyna się etap, który ostatecznie zadecyduje, czy będę żył.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten