Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Uszyńskiej


foto

  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Relacja Elżbiety Uszyńskiej

 

Elżbieta Uszyńska
Lat 11, w czasie Powstania Warszawskiego mieszkała przy ul. Grzybowskiej 5.

 

     Wybuch Powstania Warszawskiego zastał naszą rodzinę w komplecie (rodzice musieli znać datę jego rozpoczęcia). Dwa dni wcześniej mama przywiozła nas ze Świdra z wakacji: moją o 5 lat starszą siostrę i mnie.
     Pierwszego sierpnia o godzinie 5 po południu włączono syreny alarmowe, widać było wielkie ożywienie. Przez otwarte okna naszego mieszkania, na I piętrze przy ul. Grzybowskiej 5, wdzierały się zwiększające na sile odgłosy wojny.
     Mieszkańcy przystąpili do układania barykady (pierwsza oddzielająca ulicę od Ogrodu Saskiego), na początku ulicy, tuż przy bramie domu. Gromadzono różny sprzęt i wszelkie żelastwo. W kilka godzin wyrosła zapora wysoka i rozległa, za nią żołnierze AK czuli się bezpieczniej.
     Ludzie biegali oszołomieni w jakimś radosnym transie. Magiczny entuzjazm udzielił się i nam dzieciom. Wreszcie udręczona okupacją Warszawa zaatakowała wroga!
     Siostra moja usiadła do pianina. Pierwszy raz od 5 lat trwania wojny, mogła grać głośno, bez obaw o represje, utwory fortepianowe ze zbiorku "Kwiaty Polskie". Grała więc najgłośniej jak tylko mogła krakowiaki i kujawiaki, ale i żołnierskie pieśni. A na dole, na podwórzu przystanęło kilka osób, aby wsłuchać się w te zakazane przez okupanta piosenki.
     Jest pierwszy ranny, mężczyzna około 50 lat. Poniesiony zrywem walki, chwycił karabin i wyskoczył przed barykadę. Miał przestrzelone obydwie ręce. Pierwsza krew i pierwsze moje przerażenie. Z bielizny pościelowej robimy bandaże, na pewno się przydadzą, rannych będzie wielce.
     Wieczór i noc spędzamy w piwnicy pod domem. Była ona dość duża, wcześniej mieścił się w niej warsztat ślusarski. Jest wystarczająca dla pomieszczenia kilkudziesięciu osób, mieszkańców oficyny.
     Nie wiedziałam, że wszystkie następne dni i noce przyjdzie nam pozostawać w podziemiach domu. Właściwie tylko dni, noce służyły dorosłym do zdobywania wody, żywności i wiadomości o przebiegu powstańczych walk. W dzień podwórze i ulica były pod ostrzałem, głównie z PAST-y. Niebezpieczni byli również snajperzy zwani "gołębiarzami". Ukryci na poddaszach domów, trafnie strzelali do wychodzących z piwnic ludzi.
     Trudno mi ustalić, którego dnia Powstania nastąpiła wielka tragedia. Grupa żołnierzy AK próbowała przedostać się do Ogrodu Saskiego, aby z zaskoczenia zaatakować Niemców. Wypad przed barykadę nie udał się. Obrzuceni granatnikami wszyscy polegli, w odległości zaledwie kilku metrów od barykady.
     Nie było warunków, aby ich ściągnąć. Rejon ten w dzień i w nocy był szczególnie strzeżony, a w nocy oświetlony reflektorami.
     Po upływie więcej niż 10 dni, długimi bosakami z podkopu barykady przyciągnięto ich ciała. Właściwie tylko strzępy odzieży pomieszanej ze zmasakrowanymi zwłokami. We wszystkich zagłębieniach roiły się larwy much. Ułożono ich w bramie oficyny. Nie wiem, czy zidentyfikowano tych chłopców. Na klombie podwórza wyrosły groby z naprędce zbitymi krzyżami w liczbie szesnastu.
     Niedługo po tym szoku, doszły do nas porażające wiadomości. Do zdobytych przez okupanta domów wpadają Ukraińcy w niemieckich mundurach i zabijają wszystkich, bez użycia broni, bagnetami czy sztyletami. Nasza kamienica była najbardziej narażona na taki atak jako pierwsza przy tej ulicy.
     Wszyscy mieszkańcy przenieśli się do piwnic innych domów w rejony ulic Złotej i Siennej. Między piwnicami powstały szlaki komunikacyjne. Wybijano otwory w ścianach przylegających do siebie kamienic, co dawało możliwość przemieszczania się ludzi, nawet na duże odległości, bez wychodzenia na zewnątrz.
     Walki nie ustawały. Ataki niemieckiej artylerii i bombardowania, stwarzały nieustanne zagrożenie życia, ale i ogromny strach. Nie opuszczałam mojej mamy. Stale trzymałam ją za rękę, wtulona w jej postać. Nie chciałam zginąć sama, bałam się też i o nią. Największe niebezpieczeństwo widziałam w zawalonym domu i największą grozę w śmierci pod gruzami.
     Wybierałam miejsce w piwnicy, gdzie mur był najgrubszy, a w pobliżu okienko lub otwór wejściowy.
     Mijały dni 30 i 40 i więcej. Nasłuchiwałyśmy z siostrą detonacji dochodzących z frontu, z prawego brzegu Wisły. Kładłyśmy nasze uszy na ziemi, słuchając czy zbliża się ofensywa radziecka. Nasz słuch nas nie mylił. Oni stali w miejscu, nie chcieli pomagać walczącej Warszawie.
     Wielkie spustoszenie w zabudowie domów robiły ogromne pociski nazwane przez nas "bertami". Nadlatywały z charakterystycznym pogłosem przeszywanego powietrza. Niektóre z nich nie eksplodowały. Wróżyłyśmy lecące, aby po osiągnięciu celu nie wypaliły i liczyłyśmy, ile takich "bert" było dziennie.
     Przed opuszczeniem Warszawy 4 października, wracamy na kilka godzin do domu przy ul. Grzybowskiej. W pośpiechu gromadzimy niezbędne rzeczy, które zabierzemy ze sobą. Część dobytku rodzice zamurowują w piwnicy. Może coś ocaleje?
     Ja opatulam w poduszki moje lalki. Ktoś mi powiedział, że naboje i odłamki wpadając w pierze, tracą swoją siłę. Osłaniam je w ten sposób, przed okaleczeniem. Opuszczam moje towarzyszki wojennego dzieciństwa, o imionach bohaterek, Emilkę od Emilii Plater i Joasię od Joanny D'Arc, pewna, że do nich wrócę.
     Exodus ludności Warszawy, na rozkaz Niemców odbywał się wzdłuż ulic Śródmieścia i Woli. Szedł ten żałobny kondukt środkiem jezdni, bo po obydwu stronach ulic płonęły domy, podpalone celowo przez Niemców.
     Pierwszy odpoczynek mamy w kościele św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Niemcy stale są obecni. Kierują nas do stacji Warszawa Zachodnia. Na peronach panuje wielki tłok. Pogubione rodziny nawołuje się, słuchać krzyki i płacz. Pociągiem podmiejskim zostajemy przewiezieni do Pruszkowa i skierowani do obozu Dulag 121. Aby nas nie rozdzielono, przy sortowaniu ludzi, wpadamy na pomysł. Mama opiekuje się siostrą, a ojciec trzyma mnie na rękach, mam zabandażowaną nogę, co sugeruje, że jestem ranna.
     Udaje się! Mijamy bramkę razem. Niemiecka kontrola i tu wybierała kobiety i mężczyzn, aby ich skierować do pracy w Rzeszy.
     Przez pruszkowski obóz przeszła cała wysiedlona Warszawa w przybliżeniu 650000 osób. Warunki panujące w Dulagu były niezwykle ciężkie i trudne. Lokowano ludzi w halach fabrycznych, wilgotnych i zimnych, na betonowych, brudnych od smarów podłogach.
     Wielkie skupisko wyczerpanych i niedożywionych ludzi nasuwało uzasadnione obawy, wybuchu epidemii, która i nas mogła dotknąć.
     Zgłaszamy się do transportu, jedziemy w nieznane. Ładują nas do wagonów towarowych bez dachów. W wielkim ścisku i zimnie przez kilka dni krążymy po jakiś torach i stacjach. Ktoś wyskakuje z pociągu, eskortujący transport Niemcy strzelają i trafiają go.
     Wreszcie otwarcie drzwi wagonów na stacji Włoszczowa. Krzyk: "Raus!", oznajmia nam, że mamy opuszczać wagony. Jesteśmy wolni, pozostawieni własnemu losowi. Idziemy drogą, mija nas furmanka, ale zatrzymuje się. Zabierają nas do majątku ziemskiego Nieznanowice (własność rodziny Karskich). Jest tu 100-osobowa grupa warszawian, stłoczonych w kilku pokojach. Na zbitych z desek dwupiętrowych pryczach, w słomie służącej za posłanie, przeżyliśmy następne 7 miesięcy.
     W dzień panowali tu Niemcy, w nocy odwiedzali nas kieleccy partyzanci "Jędrusie", z którymi warszawianie dzielili się porcjami jedzenia i wiadomościami.
     W Nieznanowicach doczekaliśmy wkroczenia Armii Czerwonej. Siedziałam na murze ogrodzenia majątku, razem z innymi dziećmi. Przed nami droga wypełniona radzieckim wojskiem. Pochód ten to masa zmęczonego tłumu, szli dość wolno, tylko nieliczni jechali ciężarowymi samochodami lub na czołgach. Nie było walki. Niemcy odeszli wieczorem, Rosjanie weszli następnego dnia.
     W Nieznanowicach stacjonowała grupa radzieckich oficerów. Odwiedzali oni pokoje warszawian. Mama i ojciec znali biegle rosyjski. Czasami rozmowy były drastyczne. Zapamiętałam przetłumaczoną przez mamę wypowiedź starszego lejtnanta: "Wy Polacy jak się z nami nie zgodzicie, to my was wszystkich na bagnetach zaniesiemy do Moskwy! (był trochę wstawiony, a więc szczery).
     Po jego wyjściu mama wielce strapiona powiedziała: "Niemców przeżyliśmy, ale czy przeżyjemy Sowietów, nie wiem".
     Wróciliśmy do Warszawy w połowie maja 1945 roku. Dom zburzony wypalony, piwnica rozkradziona. Od zera rozpoczynamy życie. Moje dzieciństwo odeszło na zawsze, nie miałam już więcej lalek. Pozostałam wierna Emilce i Joasi, które spłonęły w Powstaniu Warszawskim w domu przy ulicy Grzybowskiej 5.    

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten