Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Wierzbowskiej-Pawlik


foto

         Podczas okupacji mieszkałam wraz z rodzicami w Warszawie na Bielanach w domku jednorodzinnym przy ul. Hajoty 35. Rodzice należeli do AK do Sztabu VII Obwodu "Obroża" Warszawa - Powiat. 
        W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego miałam 11 lat. Ojciec mój nie zdążył dołączyć do swojej jednostki organizacyjnej ani wrócić na Bielany. Zdołał przedostać się na Ochotę na tzw. Kolonię Staszica, gdzie mieszkał jego ojciec. Mieszkanie zastał puste, gdyż jego ojciec (a mój dziadek) wyszedł do szewca na ul. Wilczą i już nie mógł wrócić do domu. W tej sytuacji ojciec mój Witold Wierzbowski brał udział w walkach w batalionie "Odwet II" na terenie Ochoty, a ja z mamusią pozostałyśmy na Bielanach. Początkowo w okolicach naszego miejsca zamieszkania, w czasie Powstania Warszawskiego byli Niemcy a później również Ukraińcy. Zarówno jedni jak i drudzy przychodzili do naszych domów i kradli, co się dało np. Niemcy bieliznę damską mówiąc, że to dla wojska lub rowery, na których potem jadąc i spotykając nas kłaniali się jak znajomi. Pouczali nas również jak należy chować pieniądze i biżuterię przed Ukraińcami. Ich zdaniem należało wpychać je w szparę między oparcie a siedzenie kanapy. Ukraińcy nie tylko kradli, ale również gwałcili zarówno kobiety jak i małe dziewczynki. Koło naszego domu dość często przechodzili powstańcy idący z Bielan lub Żoliborza do Kampinosu. Czasem zatrzymywali się u nas po drodze. Wspomagaliśmy ich na różne sposoby. 
       Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że domy na naszej i sąsiednich ulicach mają być spalone. Chcąc ratować, co się da, wiele rzeczy (nie wyłączając mebli) wyrzucano przez okna do ogródków licząc na to, że może uratują się z pożaru. Chyba wtedy również poprzecinano lub poprzewracano siatki pomiędzy ogródkami, aby połączy je w większy teren. Zostaliśmy wyrzuceni z domów i wszyscy z okolicznych ulic poszliśmy w kierunku Zdobyczy Robotniczej. Tam przyjęli nas obcy, ale życzliwi ludzie i u nich w strasznej ciasnocie czekaliśmy niepewni, co nas dalej spotka. Po kilku godzinach moja mamusia i część innych osób postanowiło wrócić do domów, aby jeszcze coś wynieść przed spaleniem. Ja zostałam z jakimiś sąsiadkami i obcymi ludźmi. Denerwowałam się strasznie, bo mamusia bardzo długo nie wracała. Po wielu godzinach przyszła i opowiedziała jak po ogródkach jeździł na koniu pijany Ukrainiec i chciał ją zastrzelić. Udało jej się uciec, między wyrzuconymi do ogródków meblami tylko dlatego, że Ukrainiec był na tyle pijany, że nie mógł wyciągnąć broni (zaczepiła się o coś). Po pewnym czasie pozwolono nam wrócić do domów i okazało się, że nie są spalone tylko bardzo splądrowane. 
       W dniu 17.09.1944 r. wszyscy mieszkańcy Bielan otrzymali rozkaz zebrania się w oznaczonym miejscu. Tam osoby stare zostały oddzielone i nie wiem co się z nimi stało.  Pozostali zostali otoczeni przez pilnujących Niemców i Ukraińców i około południa popędzeni naprzód. Każdy bez względu na wiek miał ze sobą tobołek z najważniejszymi rzeczami. Były to głównie dokumenty, biżuteria, pieniądze i trochę ciepłych ubrań. Rozeszła się wiadomość, że będą nas przywiązywać do czołgów jako żywe tarcze. Nikt nam nie mówił gdzie nas prowadzą ani co nas czeka. Wiele osób nie miało siły, więc zatrzymywało się na chwilę, aby odpocząć lub porzucało część niesionych przez siebie rzeczy. Konwojenci nie pozwalali zatrzymywać się. Czasem bili kolbami od karabinu (moją mamusię również), a czasem strzelali i zabijali. Niektórzy próbowali uciec z transportu. Wielu z nich zostało zastrzelonych. 
        W nocy z 17 na 18 września szliśmy szosą, niedaleko której zobaczyliśmy trzy chałupki w różnej odległości od szosy. Wówczas i my spróbowałyśmy szczęścia. Najpierw leżałyśmy płasko w rowie, potem pobiegłyśmy za pierwszą chałupkę a następnie coraz dalej aż za ostatnią. Pilnujący długo jeszcze chodzili, szukali uciekinierów i strzelali. Zaglądali również za budynki, ale po obejrzeniu drugiego za trzeci już nie poszli. Tam, wraz z innymi uciekinierami przesiedziałyśmy kilka godzin. Rano przyszedł gospodarz i zaprowadził nas na stryszek, na którym na rozsypanej słomie leżało już sporo wcześniej przybyłych warszawiaków. Wszyscy zostaliśmy poczęstowani gorącą kawą. Od gospodarzy, ryzykujących życiem za ratowanie nas, dowiedzieliśmy się, że znajdujemy się w Gołąbkach (gmina Blizne). Ponieważ ojciec mój był inspektorem samorządowym i wizytował między innymi tę gminę, mamusia postanowiła, że najlepiej skontaktować się z wójtem. Szczęśliwie okazało się, że za kilka godzin będzie jechał wóz, aby zawieźć mleko do urzędu gminy i możemy nim jechać. Ucieszyłyśmy się bardzo i skorzystałyśmy z okazji. Wójtem okazał się pan Sopoćko, o którym mamusia niejednokrotnie słyszała  opowiadań tatusia. Nie tylko zabrał nas do siebie do domu, ale powiedział nam, że tatuś został z Warszawy wcześniej wysiedlony, wydostał się z Pruszkowa i u niego zatrzymał się. Tego właśnie dnia (18 września) pojechał do Pruszkowa, bo dowiedział się, że przyjdzie transport z Bielan i chciał próbować odszukać nas i jakoś "wyciągnąć" na wolność. Pod wieczór wrócił bardzo zmartwiony, że nas nie znalazł, a gdy zobaczyliśmy się radości i łez nie było końca. 
        Przez jakiś czas mieszkaliśmy u pana Sopoćki w Gołąbkach przy ul. Jasnej w bardzo malutkim pokoiku. Tam też doszedł do nas mój dziadek po przejściu przez obóz pruszkowski, a potem również stryj. Mieliśmy jedno łóżko, które było dla dziadka, a pozostali spali tak stłoczeni na podłodze, że w razie potrzeby wstania w nocy chodziliśmy po sobie nawzajem. Gotowaliśmy głównie kartofle z kapustą lub kartofle z marchwią w jedynym posiadanym przez nas garnku. Jedliśmy na zmianę z jednego półmiska. Kartofle, kapusta i marchew były podkradane na polu, gdyż nie można było w tym czasie w żaden inny sposób zdobyć pożywienia. Niewielki stary garnek dostaliśmy od kogoś, a poobijany emaliowany półmisek znalazłam na śmietniku i byłam z tego bardzo dumna. Przed zimą wyprowadziliśmy się od pana Sopoćki do większego (pokój i kuchnia) mieszkania, chyba przy ul. Warszawskiej, nadal w Gołąbkach. Mieliśmy tu żelazne łóżka i jakąś pościel (nie wiem skąd), ale było bardzo zimno i wilgotno. Pościel była popleśniała, ściany wilgotne i było tak zimno, że woda w nocy zamarzała w kuble. Do szkoły zaczęłam chodzić do zakonnic a potem otworzyli szkołę powszechną i tam przeniosłam się. Brak odpowiedniego obuwia powodował stałe przemaczanie nóg, a ponieważ nic nie wysychało ciągle chodziłam w mokrych butach. W efekcie odmroziłam nogi do tego stopnia, że miałam rany. Stopy były tak opuchnięte, że nie mieściły się nawet w większych o dwa numery butach mamusi. Ręce również miałam dotkliwie odmrożone. Problem ten dotyczył całej rodziny. 
         Na początku wiosny dziadek i stryj wyprowadzili się do Zalesia Górnego a tatuś pojechał szukać pracy i mieszkania w Łodzi. My z mamusią zostałyśmy w Gołąbkach do maja 1945 roku. Potem wyjechałyśmy do Mszczonowa, gdzie po przejściu przez obóz w Pruszkowie osiedlili się: moja babcia i dwie ciocie - w tym jedna z mężem i dwojgiem małych dzieci. W Mszczonowie zaczęłam uczęszczać do gimnazjum i na kilka miesięcy zostałam pod opieką rodziny, gdyż w tym czasie oboje rodzice pojechali szukać mieszkania i pracy w Gdańsku. Sprowadzili mnie do siebie na jesieni 1946 roku, gdy otrzymali w Sopocie przydział kwaterunkowy jednego małego przejściowego pokoju przy rodzinie szklarza. Był to bardzo nieżyczliwy dla nas człowiek. Utrudniał nam życie na każdym kroku np. pomimo ustalonych godzin korzystania z kuchni uniemożliwiał przygotowywanie posiłków odstawiając nasze garnki z pieca, na którym gotowaliśmy. Do naszego pokoju wchodziło się z przedpokoju. Pokój ten połączony był również z pokojem, w którym mieszkała rodzina szklarza. Pomieszczenia te dzieliła tylko cieniutka kotara z materiału, gdyż nie było między nimi drzwi. Bardzo często słychać było pijackie awantury, tak jakbyśmy mieszkali we wspólnym pomieszczeniu. Rozmawiać mogliśmy tylko szeptem, gdyż wszystko słychać było w drugim pokoju. Na szczęście po dość krótkim czasie tatuś dostał przydział innego mieszkania. Były to trzy pokoje, również w Sopocie, przy ul. 22 Lipca w mieszkaniu Gertrudy Thiel - autochtonki. Od niej odkupiliśmy meble, które znajdowały się w przydzielonych nam pokojach (nie miała gdzie ich zabrać). Niektóre z tych mebli posiadam do dzisiaj. Kuchnię, łazienkę i wc użytkowaliśmy wspólnie. Tym razem wspólne mieszkanie nie było uciążliwe. Gertruda okazała się osobą kulturalną, ugodową i życzliwą. 
       W międzyczasie nasz dom na Bielanach został bardzo zniszczony i całkowicie ograbiony, ale nie spalony. Kilka obcych rodzin dostało w nim przydziały kwaterunkowe na poszczególne pomieszczenia. Następnie dom został upaństwowiony. 
       Do Warszawy wróciliśmy w 1952 roku i zamieszkaliśmy na Żeraniu, w jednym 12- metrowym pokoiku bez używalności kuchni. Został on przydzielony mojemu ojcu, jako mieszkanie służbowe.
        Jestem głęboko przekonana, iż to, że nikt z mojej najbliższej rodziny (zarówno ze strony ojca jak i matki) nie zginął ani podczas okupacji, ani Powstania, ani wysiedlenia - zawdzięczamy szczególnej opiece boskiej, bo niewiele było takich rodzin w Warszawie.

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten