Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Wierzbowskiej-Pawlik


foto

         W nocy z 17 na 18 września szliśmy szosą, niedaleko której zobaczyliśmy trzy chałupki w różnej odległości od szosy. Wówczas i my spróbowałyśmy szczęścia. Najpierw leżałyśmy płasko w rowie, potem pobiegłyśmy za pierwszą chałupkę a następnie coraz dalej aż za ostatnią. Pilnujący długo jeszcze chodzili, szukali uciekinierów i strzelali. Zaglądali również za budynki, ale po obejrzeniu drugiego za trzeci już nie poszli. Tam, wraz z innymi uciekinierami przesiedziałyśmy kilka godzin. Rano przyszedł gospodarz i zaprowadził nas na stryszek, na którym na rozsypanej słomie leżało już sporo wcześniej przybyłych warszawiaków. Wszyscy zostaliśmy poczęstowani gorącą kawą. Od gospodarzy, ryzykujących życiem za ratowanie nas, dowiedzieliśmy się, że znajdujemy się w Gołąbkach (gmina Blizne). Ponieważ ojciec mój był inspektorem samorządowym i wizytował między innymi tę gminę, mamusia postanowiła, że najlepiej skontaktować się z wójtem. Szczęśliwie okazało się, że za kilka godzin będzie jechał wóz, aby zawieźć mleko do urzędu gminy i możemy nim jechać. Ucieszyłyśmy się bardzo i skorzystałyśmy z okazji. Wójtem okazał się pan Sopoćko, o którym mamusia niejednokrotnie słyszała z opowiadań tatusia. Nie tylko zabrał nas do siebie do domu, ale powiedział nam, że tatuś został z Warszawy wcześniej wysiedlony, wydostał się z Pruszkowa i u niego zatrzymał się. Tego właśnie dnia (18 września) pojechał do Pruszkowa, bo dowiedział się, że przyjdzie transport z Bielan i chciał próbować odszukać nas i jakoś "wyciągnąć" na wolność. Pod wieczór wrócił bardzo zmartwiony, że nas nie znalazł, a gdy zobaczyliśmy się radości i łez nie było końca.
       Przez jakiś czas mieszkaliśmy u pana Sopoćki w Gołąbkach przy ul. Jasnej w bardzo malutkim pokoiku. Tam też doszedł do nas mój dziadek po przejściu przez obóz pruszkowski, a potem również stryj. Mieliśmy jedno łóżko, które było dla dziadka, a pozostali spali tak stłoczeni na podłodze, że w razie potrzeby wstania w nocy chodziliśmy po sobie nawzajem. Gotowaliśmy głównie kartofle z kapustą lub kartofle z marchwią w jedynym posiadanym przez nas garnku. Jedliśmy na zmianę z jednego półmiska. Kartofle, kapusta i marchew były podkradane na polu, gdyż nie można było w tym czasie w żaden inny sposób zdobyć pożywienia. Niewielki stary garnek dostaliśmy od kogoś, a poobijany emaliowany półmisek znalazłam na śmietniku i byłam z tego bardzo dumna. Przed zimą wyprowadziliśmy się od pana Sopoćki do większego (pokój i kuchnia) mieszkania, chyba przy ul. Warszawskiej, nadal w Gołąbkach. Mieliśmy tu żelazne łóżka i jakąś pościel (nie wiem skąd), ale było bardzo zimno i wilgotno. Pościel była popleśniała, ściany wilgotne i było tak zimno, że woda w nocy zamarzała w kuble. Do szkoły zaczęłam chodzić do zakonnic a potem otworzyli szkołę powszechną i tam przeniosłam się. Brak odpowiedniego obuwia powodował stałe przemaczanie nóg, a ponieważ nic nie wysychało ciągle chodziłam w mokrych butach. W efekcie odmroziłam nogi do tego stopnia, że miałam rany. Stopy były tak opuchnięte, że nie mieściły się nawet w większych o dwa numery butach mamusi. Ręce również miałam dotkliwie odmrożone. Problem ten dotyczył całej rodziny. 
        Na początku wiosny dziadek i stryj wyprowadzili się do Zalesia Górnego a tatuś pojechał szukać pracy i mieszkania w Łodzi. My z mamusią zostałyśmy w Gołąbkach do maja 1945 roku. Potem wyjechałyśmy do Mszczonowa, gdzie po przejściu przez obóz w Pruszkowie osiedlili się: moja babcia i dwie ciocie - w tym jedna z mężem i dwojgiem małych dzieci. W Mszczonowie zaczęłam uczęszczać do gimnazjum i na kilka miesięcy zostałam pod opieką rodziny, gdyż w tym czasie oboje rodzice pojechali szukać mieszkania i pracy w Gdańsku. Sprowadzili mnie do siebie na jesieni 1946 roku, gdy otrzymali w Sopocie przydział kwaterunkowy jednego małego przejściowego pokoju przy rodzinie szklarza. Był to bardzo nieżyczliwy dla nas człowiek. Utrudniał nam życie na każdym kroku np. pomimo ustalonych godzin korzystania z kuchni uniemożliwiał przygotowywanie posiłków odstawiając nasze garnki z pieca, na którym gotowaliśmy. Do naszego pokoju wchodziło się z przedpokoju. Pokój ten połączony był również z pokojem, w którym mieszkała rodzina szklarza. Pomieszczenia te dzieliła tylko cieniutka kotara z materiału, gdyż nie było między nimi drzwi. Bardzo często słychać było pijackie awantury, tak jakbyśmy mieszkali we wspólnym pomieszczeniu. Rozmawiać mogliśmy tylko szeptem, gdyż wszystko słychać było w drugim pokoju. Na szczęście po dość krótkim czasie tatuś dostał przydział innego mieszkania. Były to trzy pokoje, również w Sopocie, przy ul. 22 Lipca w mieszkaniu Gertrudy Thiel - autochtonki. Od niej odkupiliśmy meble, które znajdowały się w przydzielonych nam pokojach (nie miała gdzie ich zabrać). Niektóre z tych mebli posiadam do dzisiaj. Kuchnię, łazienkę i wc użytkowaliśmy wspólnie. Tym razem wspólne mieszkanie nie było uciążliwe. Gertruda okazała się osobą kulturalną, ugodową i życzliwą.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten