Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Antoni Irminy Osińskiej (Głąb)


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Relacja Antoniny Irminy Osińskiej (Głąb)

     Urodziła się 8 VI 1933 roku w Warszawie, zamieszkała w okresie okupacji przy ul. Sękocińskiej 16 m. 23 na Ochocie. Relacja Antoni Irminy Osińskiej (Głąb) została złożona przed Główną Komisją Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu.

 

     Urodziłam się w Warszawie, gdzie moja rodzina mieszkała na stałe, przeżyliśmy wojnę i okupację również w Warszawie. Moi rodzice zmarli przed wojną, a wychowywała mnie ciotka - siostra matki Zofia Dąbrowska. Mieszkaliśmy liczną rodziną przy ul. Sękocińskiej 16 m. 23.
     W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego wpadli do mieszkania Niemcy - żołnierze, nie wiem, jakiej formacji, byli w zielonych mundurach i kazali nam wychodzić, gdyż wypędzali ludność z tej dzielnicy. Moja prawna opiekunka - ciocia Zofia Dąbrowska chciała przy wyjściu pomóc mojej babci Józefie Dąbrowskiej i za to jeden z dwóch żołnierzy zastrzelił ciocię jeszcze w mieszkaniu. Pozostali wyszli. Na schodach, my mieszkaliśmy na III piętrze, zrobiło się zamieszanie i wiem, że zastrzelono jeszcze jakąś kobietę, nazwiska jej nie znałam. Po wypędzeniu wszystkich z domu, pędzili nas Niemcy przez miasto na targowisko zwane Zieleniakiem, a stamtąd po pewnym czasie przeszliśmy na dworzec Warszawa Zachodnia. Tam było już mnóstwo ludzi, załadowaliśmy się do wagonów osobowych. Zawieziono nas do Pruszkowa, gdzie nas wyładowano w brutalny sposób, popychając, przez co ludzie się przewracali, m. in. moja babcia i spędzili nas do parowozowni, gdzie były wgłębienia. Ściśnięto nas tam tak bardzo, że nawet na stojąco nie bardzo każdy miał dla siebie miejsce. Gdy się ściemniło, trochę się rozluźniło i wówczas w kucki, na betonie spędziliśmy noc.
     Na drugi dzień ludzi wyprowadzali, więc zrobiło się luźniej i wtedy zauważyliśmy, że nie ma babci, która weszła przecież z nami do parowozowni. Moja wujenka Jadwiga Dąbrowska zaczęła chodzić, szukać babci, pytać ludzi, m. in. sióstr zakonnych i PCK. Babci nie odnaleźliśmy.
     Niemcy segregowali ludzi na grupy wiekowe do różnych transportów. Z mojej rodziny - ja, wówczas 11-letnia dziewczynka razem z wujenką Jadwigą Dąbrowską i jej dwojgiem dzieci, 7-letnią Małgorzatą Dąbrowską i 8-letnim Bogdanem Dąbrowskim wyjechaliśmy transportem w wagonach bydlęcych po ok. 2 dniach pobytu w Pruszkowie. Pozostała część rodziny, jako osoby starsze, tzn. ciocia Maria Dąbrowska (po wojnie dowiedziałam się, że zmarła w drodze wskutek choroby, na terenie Polski, gdyż ich transport rozpuszczono na naszym terytorium, powiedziała mi o tym gosposia) oraz gosposia Zofia Orłowska (zmarła w 1950 r.) jechały innym transportem.
     Nas wieźli przez teren Polski, czasem zatrzymując pociąg. Chyba wrzucali coś do jedzenia, ale nikomu z mojej rodziny nic nie udało się zdobyć. Ludzie dzielili się tym, co komuś udało zdobyć. Nie pamiętam, ile dni trwała podróż, dowieziono nas do obozu w Oranienburgu i wyładowano już na terenie obozu, gdyż były tam baraki, wieżyczki z wartownikami, druty kolczaste i żołnierze z psami. Tam zrobiono selekcję i odłączono mężczyzn oraz starszych chłopców. Kobiety z dziećmi wyprowadzono z terenu obozu, załadowano ponownie do wagonów i zawieziono do obozu Bergen-Belsen. Prawdopodobnie było to 13 sierpnia 1944 roku, gdy byliśmy w Oranienburgu, już następnego dnia byliśmy w Bergen-Belsen. Nadmieniam, że przy selekcji w obozie w Oranienburgu moja wujenka spotkała swoją siostrę Wandę Żarską z jej dwunastoletnią córką Hanną. Od tego czasu byłyśmy razem.
     W Bergen-Belsen, normalnym obozie za drutami kolczastymi, z wieżyczkami ze strażnikami - były namioty, gdzie nas umieszczono. Namioty były bardzo duże, nie wiem, ile mieściły osób. Moja rodzina była razem. Myliśmy się pod kranami na wolnym powietrzu, ustępy też nie były osłonięte. Dawano nam jeść jeden raz dziennie: kartofle w łupinach, brukiew, zupę brukwiową, czasem chleb i herbatę miętową. W tym obozie przebywały kobiety z dziećmi, siostry zakonne, samotne kobiety i dzieci z sierocińców. Wiele z nas chorowało na biegunkę, moja rodzina też. Nie leczono nas, jedynie siostry zakonne doglądały chorych. Kobiety były codziennie wywożone do pracy poza teren obozu. Gdzie? Nie pamiętam. Na czym polegała ich praca - nie wiem. Dzieci zostawały w obozie, sprzątały, zbierały drewno, itp. Spaliśmy na słomie, a właściwie sieczce. Tuliliśmy się do siebie, bo było zimno, większość chorowała na gardło, była przeziębiona. Po jakimś czasie, po dopominaniu się, rozdano nam po jednym kocu. Byłyśmy tam do listopada 1944 roku. Najpierw wywieziono siostry zakonne i kobiety bezdzietne, na końcu dopiero kobiety z dziećmi, które poszeregowali rodzinami. Bałyśmy się o nasz los, szczególnie po zniknięciu sióstr i tamtych kobiet. Przypuszczam, że w Bergen-Belsen byliśmy do połowy listopada.
     Na piechotę wyprowadzono nas z obozu, przechodziliśmy obok obozu żydowskiego. Przy drodze zobaczyłyśmy stertę czarnych ubiorów - widać było, że to sutanny. Stwierdziłyśmy, że siostry zakonne prawdopodobnie zostały zamordowane. Zaprowadzili nas do wagonów i przewieźli do następnego obozu. Nie wiem, jak to było daleko, ale długo nie jechaliśmy. Ten obóz nazywał się Lerthe i przypuszczam, że mogła to być filia obozu w Bergen-Belsen. W tym obozie były również tylko kobiety z dziećmi. Tam kazano się nam rozebrać, odzież zabrali i kazali wejść do śmierdzącej, okropnej komory w celu - jak mówili - odwszenia. Myśleliśmy, że to komora gazowa, a to była chyba łaźnia, ale tam nas wcale nie wykąpano, a jedynie przetrzymano przez kilka godzin. Po wypuszczeniu oddano nam nasze ubrania ponumerowane chyba stemplami i zrobiono nam zdjęcia. Każdemu osobno. Chyba pobrano nam również odciski palców. Po tym wszystkim załadowano nas do pociągu lub autobusu, obecnie dokładnie nie pamiętam i zawieziono do miasta Braunschwieg, które było bardzo zniszczone i puste. Tam przez jakiś czas siedzieliśmy na gruzach, potem podstawiono autobus i przewieziono nas do obozu Grasleben. Tam dzieci pracowały na terenie obozu przy pracach porządkowych, a kobiety pracowały na terenie kopalni, pod ziemią w fabryce części samolotowych. Spaliśmy na pryczach, jedzenie było lepsze: zupy, czasem kawałek mięsa, chleb, marmolada.
     W obozie w Grasleben były w lesie baraki, gdzie przebywali sami mężczyźni. Byli to Holendrzy, Francuzi i Belgowie. Gdzie pracowali nie wiem. Dla kobiet były dwa baraki, gdzie łącznie było 150 osób z Powstania Warszawskiego. W tym obozie dla kobiet była Lagerführer - kobieta, która bardzo źle się odnosiła do kobiet, szczuła je psami. Małych chłopców, którzy byli w obozie z matkami, Lagerführer często biła, gdy chodzili pomagać w różnych pracach.
     W tym obozie doczekałyśmy do wyzwolenia obozu przez wojsko amerykańskie, chyba w marcu 1945 roku. Stamtąd przewieziono nas do obozu w Marientalu, w strefie amerykańskiej, gdzie zwieziono ludzi z różnych obozów i różnej narodowości. Był to duży obóz, jak miasteczko. Wiele tam było baraków, uliczki między nimi. W tym obozie przebywałyśmy przez rok, tam było już lepsze, bardziej zorganizowane życie. Była nawet szkoła polska, do której chodziłam wraz z kuzynem Bogdanem, kuzynką Małgorzatą i Hanną Żarską, z tym, że Wanda Żarska z córką wyjechały wcześniej, chyba zimą transportem morskim. My zaś, tzn. wujenka z dziećmi i ja wróciliśmy dopiero ostatnim transportem w kwietniu 1946 roku do Legnicy, gdzie wujenka dostała dokument repatriacyjny na całą naszą czwórkę. Z Legnicy pojechaliśmy do Warszawy, również na Dworzec Zachodni. Ciocia poszła sprawdzić nasze mieszkanie, ale było już zajęte i wówczas pojechaliśmy do Białegostoku do rodziny i tam już zostaliśmy.
     Chciałabym jeszcze nadmienić, że w obozie w Marientalu byłam przyjęta do komunii. Poza tym dodaję, że w Marientalu najpierw byliśmy pod opieką Amerykanów, a potem Anglików. Chciałabym jeszcze dodać, że w obozie Bergen-Belsen pogryzł mnie pies, gdy biegłam. Ugryzł mnie w pośladek i gojenie trwało długo, mimo stosowania jakiegoś tam leczenia. Rana była głęboka. Przez wiele lat odczuwałam bóle. Pogryzienia przez psy zdarzały się dosyć często.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten