Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Antoniny Irminy Osińskiej (Głąb)


     Nas wieźli przez teren Polski, czasem zatrzymując pociąg. Chyba wrzucali coś do jedzenia, ale nikomu z mojej rodziny nic nie udało się zdobyć. Ludzie dzielili się tym, co komuś udało zdobyć. Nie pamiętam, ile dni trwała podróż, dowieziono nas do obozu w Oranienburgu i wyładowano już na terenie obozu, gdyż były tam baraki, wieżyczki z wartownikami, druty kolczaste i żołnierze z psami. Tam zrobiono selekcję i odłączono mężczyzn oraz starszych chłopców. Kobiety z dziećmi wyprowadzono z terenu obozu, załadowano ponownie do wagonów i zawieziono do obozu Bergen-Belsen. Prawdopodobnie było to 13 sierpnia 1944 roku, gdy byliśmy w Oranienburgu, już następnego dnia byliśmy w Bergen-Belsen. Nadmieniam, że przy selekcji w obozie w Oranienburgu moja wujenka spotkała swoją siostrę Wandę Żarską z jej dwunastoletnią córką Hanną. Od tego czasu byłyśmy razem.
     W Bergen-Belsen, normalnym obozie za drutami kolczastymi, z wieżyczkami ze strażnikami - były namioty, gdzie nas umieszczono. Namioty były bardzo duże, nie wiem, ile mieściły osób. Moja rodzina była razem. Myliśmy się pod kranami na wolnym powietrzu, ustępy też nie były osłonięte. Dawano nam jeść jeden raz dziennie: kartofle w łupinach, brukiew, zupę brukwiową, czasem chleb i herbatę miętową. W tym obozie przebywały kobiety z dziećmi, siostry zakonne, samotne kobiety i dzieci z sierocińców. Wiele z nas chorowało na biegunkę, moja rodzina też. Nie leczono nas, jedynie siostry zakonne doglądały chorych. Kobiety były codziennie wywożone do pracy poza teren obozu. Gdzie? Nie pamiętam. Na czym polegała ich praca - nie wiem. Dzieci zostawały w obozie, sprzątały, zbierały drewno, itp. Spaliśmy na słomie, a właściwie sieczce. Tuliliśmy się do siebie, bo było zimno, większość chorowała na gardło, była przeziębiona. Po jakimś czasie, po dopominaniu się, rozdano nam po jednym kocu. Byłyśmy tam do listopada 1944 roku. Najpierw wywieziono siostry zakonne i kobiety bezdzietne, na końcu dopiero kobiety z dziećmi, które poszeregowali rodzinami. Bałyśmy się o nasz los, szczególnie po zniknięciu sióstr i tamtych kobiet. Przypuszczam, że w Bergen-Belsen byliśmy do połowy listopada.
     Na piechotę wyprowadzono nas z obozu, przechodziliśmy obok obozu żydowskiego. Przy drodze zobaczyłyśmy stertę czarnych ubiorów - widać było, że to sutanny. Stwierdziłyśmy, że siostry zakonne prawdopodobnie zostały zamordowane. Zaprowadzili nas do wagonów i przewieźli do następnego obozu. Nie wiem, jak to było daleko, ale długo nie jechaliśmy. Ten obóz nazywał się Lerthe i przypuszczam, że mogła to być filia obozu w Bergen-Belsen. W tym obozie były również tylko kobiety z dziećmi. Tam kazano się nam rozebrać, odzież zabrali i kazali wejść do śmierdzącej, okropnej komory w celu - jak mówili - odwszenia. Myśleliśmy, że to komora gazowa, a to była chyba łaźnia, ale tam nas wcale nie wykąpano, a jedynie przetrzymano przez kilka godzin. Po wypuszczeniu oddano nam nasze ubrania ponumerowane chyba stemplami i zrobiono nam zdjęcia. Każdemu osobno. Chyba pobrano nam również odciski palców. Po tym wszystkim załadowano nas do pociągu lub autobusu, obecnie dokładnie nie pamiętam i zawieziono do miasta Braunschwieg, które było bardzo zniszczone i puste. Tam przez jakiś czas siedzieliśmy na gruzach, potem podstawiono autobus i przewieziono nas do obozu Grasleben. Tam dzieci pracowały na terenie obozu przy pracach porządkowych, a kobiety pracowały na terenie kopalni, pod ziemią w fabryce części samolotowych. Spaliśmy na pryczach, jedzenie było lepsze: zupy, czasem kawałek mięsa, chleb, marmolada.
     W obozie w Grasleben były w lesie baraki, gdzie przebywali sami mężczyźni. Byli to Holendrzy, Francuzi i Belgowie. Gdzie pracowali nie wiem. Dla kobiet były dwa baraki, gdzie łącznie było 150 osób z Powstania Warszawskiego. W tym obozie dla kobiet była Lagerführer - kobieta, która bardzo źle się odnosiła do kobiet, szczuła je psami. Małych chłopców, którzy byli w obozie z matkami, Lagerführer często biła, gdy chodzili pomagać w różnych pracach.
     W tym obozie doczekałyśmy do wyzwolenia obozu przez wojsko amerykańskie, chyba w marcu 1945 roku. Stamtąd przewieziono nas do obozu w Marientalu, w strefie amerykańskiej, gdzie zwieziono ludzi z różnych obozów i różnej narodowości. Był to duży obóz, jak miasteczko. Wiele tam było baraków, uliczki między nimi. W tym obozie przebywałyśmy przez rok, tam było już lepsze, bardziej zorganizowane życie. Była nawet szkoła polska, do której chodziłam wraz z kuzynem Bogdanem, kuzynką Małgorzatą i Hanną Żarską, z tym, że Wanda Żarska z córką wyjechały wcześniej, chyba zimą transportem morskim. [...]
     Chciałabym jeszcze nadmienić, że w obozie w Marientalu byłam przyjęta do komunii. Poza tym dodaję, że w Marientalu najpierw byliśmy pod opieką Amerykanów, a potem Anglików. Chciałabym jeszcze dodać, że w obozie Bergen-Belsen pogryzł mnie pies, gdy biegłam. Ugryzł mnie w pośladek i gojenie trwało długo, mimo stosowania jakiegoś tam leczenia. Rana była głęboka. Przez wiele lat odczuwałam bóle. Pogryzienia przez psy zdarzały się dosyć często.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten